Druga młodość sportowca część 7: Dziesięć na dziesięć

Trenowanie mastersa przypomina podróż w czasie. Albo wyciskając z siebie siódme poty, chcemy zatrzymać się w wersji mamil, czyli „middle-aged man in lycra”, faceta w średnim wieku wciśniętego w lajkrę (żeby nie było, jest i mawil, żeński odpowiednik). Albo dosłownie cofamy się w czasie, szukając przyczyn problemów i przypominając sobie wszystkie grzeszki młodości.



SKUTECZNE WYCOFANIE

 

W poprzedniej części zapowiadałem start w Pomorskiej 500 jako sprawdzian formy, zakładając, że nie powinienem mieć specjalnych problemów z dojechaniem spod Szczecina do Gdańska. Jak przystało na plan doskonały, także tym razem nie do końca wypalił. Precyzyjnie rzecz ujmując, udało mi się przejechać 320 z 520 kilometrów i po raz drugi musiałem wycofać się z imprezy ultra, w której startowałem. Tym samym mogę się pochwalić stuprocentową skutecznością. Musiałem wycofać się z Carpatii Divide, jak i z Pomorskiej 500. I tym razem powód był ten sam – ból kolana. Żeby było śmieszniej, tym razem prawego (a nie lewego jak poprzednio!).

 

Co by było, gdyby?

 

Pierwszego dnia imprezy przejechałem 200 kilometrów, i to w bardzo dobrym tempie. W ramach podsumowania na Stravie zobaczyłem liczby sugerujące coś w okolicach sześciu dni odpoczynku. Tyle że od 150. kilometra zacząłem coś czuć w kolanie. Niestety, najtrudniejsze fragmenty, przepastne błota, zaczęły się od 175. km i ciągnęły przez kolejne. Podobnie było przez dużą część kolejnego dnia i podjąłem jedyną wówczas rozsądną decyzję, by się wycofać. Oczywiście było mi żal. Teoretycznie, mając ponad dwa dni, mógłbym dojść do mety piechotą, tudzież używając roweru jako hulajnogi, ale poprzednia porażka i mój własny upór pokazały, że nie był to dobry pomysł. Wówczas na rower nie mogłem wsiąść przez miesiąc, tym razem już po kilku dniach wszystko było w porządku. Kolano odpoczęło, mogłem jeździć dalej. Naturalnie pojawiła się myśl, że gdybym inaczej rozłożył siły (np. jadąc pierwszego dnia tylko 150 km), może bym dojechał? Ale to trochę sprzeczne z ideą ultra. I nie likwiduje problemu kolan.

 

Dwie diagnozy

 

Wybrałem się do swojego fizjoterapeuty, a następnie do drugiego specjalisty. Wiadomo, działa tu ta sama zasada co z lekarzami – lepsze dwie diagnozy niż jedna. A nuż, któraś będzie trafna? Konsekwentnie nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że do tej pory leczono mi skutki kontuzji, a nie ich przyczyny. Badania i rozmowy z dwoma specjalistami dały mi pełniejszy obraz mojego przypadku. Choć nadal nie mam pewności, wszystko zaczyna się układać w logiczną całość. Doktor Łukasz Smołka (doktorat z fizjologii wysiłku fizycznego, ale też praktykujący fizjoterapię i korektę funkcjonalną) po zbadaniu sylwetki stwierdził, że kolana uciekają mi do środka, bo mam niewłaściwie ustawione biodra. W efekcie kolana nie pracują liniowo i przy długotrwałym wysiłku zaczynają boleć różne grupy mięśni wokół kolan. Celem przeprowadzanej fizjoterapii powinna być więc korekta pozycji, najpierw poprzez uruchomienie bioder, a następnie ćwiczenia, które mają sprawić, że kolana zaczną pracować we właściwej płaszczyźnie.

 

Druga młodość sportowca

 

Podróż w czasie

 

Rozmowa dała mi do myślenia. Pierwszy raz problem z kolanami ujawnił się w połowie lat 90., gdy wpadłem na pomysł, by z Karpacza przez góry pojechać do Liberca i z powrotem. 200 pokonanych kilometrów skończyło się czterema miesiącami przymusowej bezczynności (inna sprawa, że dzięki temu napisałem pracę magisterską). Ówczesne objawy przypomniały to, co przytrafia mi się obecnie. Długotrwały wysiłek i obciążenie, zmienna temperatura itd. Wygląda znajomo. Wówczas badano mnie pod kątem chondromalacji chrząstek, ale jeden z lekarzy (ordynator w szpitalu) stwierdził, że mam ograniczoną ruchomość bioder.

Nie wiem, czy wówczas istniała fizjoterapia sportowa dla amatorów, nie trafiłem na taką informację. Tamta uwaga lekarska nie wpłynęła na zmianę moich kolarskich obyczajów, po zmianie pozycji polegającej na podniesieniu siodła wróciłem do jeżdżenia. Sam się wyleczyłem. Informację o podobnych problemach kolarzy i stosownych zaleceniach znalazłem wtedy w niemieckim Bike’u. Gdybym jednak trafił wtedy do fizjoterapeuty, być może ten podpowiedziałby, jak zmienić pozycję kolan. Samo podniesienie siodła bowiem nie wystarczyło. Ale w międzyczasie nie pokonywałem też równie długich dystansów. Zaniedbywałem rozciąganie, podobnie jak siłownię. Efekty, jak widać, są. I niekoniecznie takie, jakich bym oczekiwał. Jeśli więc macie problemy, radę mogę mieć tylko jedną – rachunek sumienia!

 

Kierunek działań

 

Dobra strona niepowodzenia jest taka, że przynajmniej wiem, w jakim kierunku zmierzam. Dostałem piłkę, na której mam siedzieć, by rozbijać mięśnie pośladków (zabawnie brzmi, a jak boli). I pierwsze ćwiczenia na wzmacnianie mięśni (statyczne napięcie mięśni z podparciem pleców i nogami na podłodze, zgiętymi pod kątem 90 stopni). Niby nic, a trudno wytrzymać 10 razy po minucie (na początek). Posłuchałem też kolegów i koleżanek lepiej radzących sobie w wyścigach ultra i zwiększyłem tygodniową liczbę kilometrów ze 150 do 250 (mniej więcej 10 godzin jazdy). W tygodniu nadal robię treningi zalecane przez mojego trenera Mikołaja Dziewę z Inpeak Academy. W weekendy jeżdżę dłużej.

 

Gravel Attack

 

Druga młodość sportowca

Nie zniechęciło mnie nawet użądlenie w wargę na dziesiątym kilometrze. Niemal 100 kilometrów pokonałem w dobrym tempie, czując, że „noga podaje”.

 

Najważniejsze, że mimo przeszkód program treningowy przynosi efekty. Potwierdzenie miałem w postaci startu w Gravel Attack. Czułem się na tyle przygotowany, że nie zniechęciły mnie dodatkowe przypadki po drodze. W przeddzień rozebrałem częściowo napęd Sram Force eTap AXS, by nie irytować się w trakcie wyścigu przeskakiwaniem biegów (zgiąłem hak w Pomorskiej 500). Na starcie zjawiłem się najpierw dwie godziny wcześniej, odebrałem numer i spokojnie przygotowywałem siebie i wyposażenie. A następnie efektownie spóźniłem się o całe 10 minut, bo źle odczytałem swój czas (w miejsce 10:18 widziałem 11:18!). W efekcie przez kolejne pięć godzin goniłem stawkę. Nie zniechęciło mnie nawet użądlenie w wargę na dziesiątym kilometrze. Przez moment rozmyślałem o wstrząsie anafilaktycznym i dramatycznych historiach, które o tym słyszałem, ale nic podobnego się nie wydarzyło. Niemal 100 kilometrów pokonałem w dobrym tempie, czując, że „noga podaje”. Dopiero końcówka po wałach i w słońcu była trudna, ale dotoczyłem się do mety na trzydziestym którymś miejscu. Gdybym wystartował dziesięć minut wcześniej, byłoby kilka miejsc wyżej.

Co dalej? Myślę długodystansowo. Wciąż mam ochotę na ściganie! W kolejnym ultra chcę wystartować wtedy, gdy będę przekonany, że dojadę do mety. Trzymajcie kciuki!

 

Partnerami naszego cyklu są Inpeak Academy,  i Kross

 

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

 

Seria "Druga młodość sportowca"

Sztywne i wytrzymałe: buty na maraton

 

Komentarze do artykułu