Pomorska 500 albo osobiste Piekło Północy

Pomorska 500 to impreza, którą miałem w planach, odkąd dowiedziałem się, że zostanie rozegrana. Wiedziałem, że muszę ją przejechać. Plan był niemal doskonały, z jednym drobnym "ansem". Moich kolan.



Przygotowany, z wyjątkiem kolan

 

Odpowiadając na pytania znajomych o imprezę, konsekwentnie mówiłem o tym, że dystans nie stanowi problemu, pytaniem pozostaje tylko, czy moje kolana to wytrzymają. Już tak mają, że niekoniecznie lubią długie dystanse. W ostatnich latach stopniowo podnoszę im poprzeczkę, bo zwyczajnie podobają mi się imprezy ultra, ale problem jako taki istnieje. Przekonałem się o tym boleśnie w ubiegłym roku, gdy po trzech etapach musiałem się wycofać z Carpatia Divide. Tym razem zajechałem dalej, albo bliżej, zależy, jak na to spojrzymy. Przejechałem dwa z trzech planowanych odcinków. Przekłada się to na 320 z 520 km, do mety zostało 200 km. Tylko albo aż. Gdybym był w stanie jechać z 30 godzin bez przerwy. Tyle, że nie byłem w stanie jechać, pod górę musiałem iść. Piechotą z dwa dni. 

 

Ośrodek Frajda, wieczór przed startem

 

Czy dało się to przewidzieć? Skoro wszystkim zainteresowanym o tym mówiłem, jasne. Obawiałem się, że problem z kolanem powróci. Fizycznie jestem przygotowany, nie miałem problemów z mięśniami itd. Mógłbym jechać bez końca. Tyle, że bez kolan. W Carpatii, gdy uparłem się, że dotrę do mety trzeciego etapu, skończyło się to później miesięczną przerwą od roweru. Szedłem kilkadziesiąt kilometrów, używałem roweru jak hulajnogi itd. Kolana długo dochodziły do siebie. Tym razem odpuściłem wcześniej, po prostu chcę wkrótce znów jeździć. Cały czas się jednak zastanawiam, jak zapobiec podobnym problemom w przyszłości.

 

 

5 rano i pierwsi startujący

 

 

Śniadanko dla tych, co wstali trochę później

 

 

I jeszcze późny odbiór pakietów startowych

 

Moja mama powtarza, że nie jestem już nastolatkiem. Jasne. Powtarza tak zresztą od 30 lat. Ile kilometrów na raz to za dużo? Pierwszego dnia przejechałem ich niemal 200 (199,3 precyzyjnie rzecz biorąc). 10:44 h czystej jazdy. W końcu w wyścigach ultra chodzi o to, by przejechać dystans w jak najszybszym czasie, więc pierwszego dnia jeszcze mi się spieszyło. Mój misterny plan, zakładający, że będzie to minimum 180 kilometrów, do tej pory działał, ale prawe kolano już dawało sygnały, że coś się dzieje. Za dobrze znam ten ból, więc musiałem zwolnić. Dorota pojechała dalej sama, choć wystartowaliśmy razem. Tak samo było na Carpatii. Plan został zmodyfikowany, założenie zaczęło brzmieć następująco - po odpoczynku dotoczyć się kolejne 180 km. Jeśli to przeżyję, resztę mogę iść choćby na piechotę. I kolano wytrzymało mniej więcej do 110 km. Do setnego pobolewało, ale działało. Więc stwierdziłem, że będę robił małe przystanki co kolejnych 10 km. Po przerwie w kolejnym sklepiku na 110 km i górce tuż za - długi, łagodnie wspinający się asfalt - zabolało tak, że zsiadłem z roweru. Koniec. Mogłem tylko iść pod górę. Przeszedłem kolejne 10 km i zacząłem organizować odwrót. To akurat udało się szybko dzięki Arturowi Mazurowi (jeszcze raz dziękuję!), a ja zacząłem myśleć.

 

 

Pierwsze 150 km i piękne tempo

 

 

A tu Dorota zaczyna się oddalać...

 

Plan B

 

Myślałem o kilku rzeczach. Oczywiście, także o tym, czy w ogóle byłem w stanie przejechać całą trasę. Tak, ale inaczej planując odcinki, by rozłożyć obciążenia. Od razu zakładając, że nie przekraczam dziennych limitów typu 125 km, wówczas są spore szansę, że w całości dotarłbym na metę. Jak to pogodzić z żyłką do ścigania? No właśnie! Pomorską 500 wybrałem także dlatego, że w nazwie miała gravel, teoretycznie więc miała być dużo łatwiejsza niż Carpatia. Tu rzeczywistość zaskoczyła chyba wszystkich - ciągnące się kilometrami błota i kałuże zdecydowanie zużyły mi szybciej siły niż po prostu szutry. Znów mogę gdybać, co by było, gdyby obciążenie było mniejsze. Nie usuwa jednak mojego podstawowego problemu, czyli psujących się kolan. Mogę jeździć cały dzień, mogę przejechać Rapha Festive 500, ale nie mogę jechać bez przerwy kilka dni. Plan więc brzmi następująco - zrobić porządek z kolanami. Najpierw dowiedzieć się, co naprawdę im jest, skoro niedomaga to jedno, to drugie. Fizjoterapia, a potem praca u podstaw. Skoro działa lewe kolano, które padło poprzednim razem, to prawe też się da naprawić. A potem przygotować się tak, by w końcu dotrzeć do mety jakiegoś ultra. Jednym słowem - do trzech razy sztuka! 

 

 

Rano, po pierwszym noclegu w Połczynie Zdroju. I te znaki zapytania...

 

 

Tu się jeszcze wydawało, że dojadę...

 

Pomorska 500 

 

Nikt chyba nie spodziewał się, że impreza będzie tak trudna. Trasa jest przepiękna, ale w obecnej postaci nie mogę jej polecić komuś, kto chciałby przejechać ją turystycznie. Podziwiam organizatorów, że wyszukali tyle smaczków na jej przebiegu, jednocześnie nie jest zdecydowanie wodoodporna. Gdyby rzeczywiście przebiegała po szutrach, które nie zmieniają się w bagno, byłoby inaczej. A tak było epicko. Czy MTB było lepszym wyborem? Szczerze mówiąc rower, na którym jechałem - Rondo Ruut CF, nie miał z tym problemów, że jest trudno. Ja także technicznie dawałem radę - nie było bardzo stromych zjazdów, więc gravel jak najbardziej, w końcu tak pokrewny z przelajówką, pozwalał mi się przemieszczać do przodu. Nie bolało mnie nic poza kolanem, więc i pozycja była ok. Drobne obtarcia się nie liczą. Kostka także - spuchła prawdopodobnie od uderzenia, do mety bym dojechał, gdyby chodziło tylko o nią. Na pewno jednak fragmenty po błotach i bagnach dla większości osób łatwiejsze były na góralu. Dorota bardzo chwaliła to, że wybrała lekkiego fulla. Czołówka za to jechała na wąskich oponkach - spośród pierwszych dziesięciu osiem osób wybrało tego typu ogumienie (inna sprawa, że często były to zmodyfikowane, sztywne górale).

 

 

"Gravel" not racing ;)

 

 

110 km drugiego dnia. Za moment kolano odpadnie.

 

Jako Bike Team startowaliśmy w trójkę, Ania Sadowska wygrała wśród pań, Dorota dotarła w bardzo dobrym tempie na plażę w Gdańsku. Ja - wiadomo. Bez względu na sprzęt - zazdroszczę wszystkim, którzy dotarli o własnych siłach do mety. I gratuluję! Ja znalazłem się tam już samochodem, fajnie było zobaczyć szczęśliwych ludzi. Pozostaje trzymać tylko kciuki za przyszłe starty - innych i moje własne. Zawsze jest druga szansa. I kolejne. Prawda?

 

Więcej o samej imprezie: pomorska500.pl

 

 

Dorota na mecie świętuje zwycięstwo :)

 

 

 

 

 

 

Komentarze do artykułu