Trek Fuel EX - As wszystkich tras

Sukces zaczyna się w głowie – maraton w świecie amatorów

Kilka metrów, taki dystans jest zazwyczaj między miejscem, w którym przebywam, a drzwiami wyjściowymi. To naprawdę niewiele. Przecież na maratonach i treningach przejeżdżam sporo więcej. A tymczasem zdarza się, że ten dystans trudniej pokonać niż Ultramaraton w Szklarskiej Porębie w wersji Giga.



JESTEM TYLKO…

 

Potrafimy realizować trudne zadania. Zarówno w domu, jak i w pracy, na pewno mamy na swoim koncie takie wydarzenia, z których jesteśmy dumni, a kosztowały sporo wysiłku. Jakoś tak się jednak dzieje, że czasami łatwiej wyłączyć rano budzik i spokojnie pospać dłużej, przeleżeć popołudnie, odpuścić treningi, gdy optymalna forma już tak blisko, czy rzucić wszystkim i wyjechać na wakacje all inclusive, bo przecież w końcu jesteśmy TYLKO amatorami. Tak, jesteśmy nimi, co nie oznacza, że warto zaprzepaścić cały włożony w trening trud w kilka chwil czy dni, których często później żałujemy, widząc skutki odpuszczania. Tyle, że płacz nad rozlanym mlekiem niewiele pomoże. Trzeba po prostu wrócić do budowania formy, często z dużo niższego pułapu. A to też bywa frustrujące.

 

CIĘŻKIE ŻYCIE AMATORA

 

Zaryzykuję stwierdzenie, że amatorowi trudniej utrzymać dobrą formę przez długi okres niż zawodnikowi, dla którego ściganie jest zawodem, pracą czy płatnym hobby. Ilość bodźców i różnorodność sytuacji, jakim poddawany jest klasyczny Kowalski w swoich próbach wciśnięcia w harmonogram dnia systematycznych treningów, jest naprawdę spora. Mamy skończoną możliwość skupienia, jak również skończony poziom energii do zagospodarowania w ciągu doby. Nasz organizm nie zniesie długoterminowo stresu i wyzwań na polu zawodowym, prywatnym i sportowym. Któraś z tych baniek w końcu pęknie, zazwyczaj ta, która ma najniższy priorytet, czyli sportowa. Jeśli odpuszczamy którąś z tych pierwszych na rzecz sportu, często jest to ślepa droga. Gorszy wynik sportowy, kontuzja czy choroba doprowadza wówczas do sporych problemów życiowych.

 

Trening amatorów

 

JAK TO WSZYSTKO POGODZIĆ?

 

Sukces zaczyna się w głowie. Umiejętność postawienia sobie realnych celów, zrozumienia zależności między pracą, życiem prywatnym a sportem z odpowiednio zaznaczonymi priorytetami, świadomość mechanizmów psychologicznych stojących za motywacją, determinacją, akceptacją porażki, przyjmowaniem krytyki czy ciągłą oceną naszych działań na polu sportowym jest w tym kluczowa. Chcemy lub nie, ale jako sportowcy, nieważne, zawodowi czy amatorzy, poddawani jesteśmy ciągłej ocenie. Tą oceną są nasze wyniki. Co więcej, dzisiaj tych informacji zwrotnych jest coraz więcej. Poddawani jesteśmy ocenie na każdych zawodach (zajmowane miejsce), na treningu w zapisach z Garmina (FTP, IF, Vmax, HRmax, dystans…), rejestrach na Stravie (Kudosy, QOM), aż po publikacje na Facebooku i Instagramie (like, zasięgi, komentarze…). Łatwo zagalopować się i zorientować po czasie, że praca na oceny zajmuje zbyt dużą ilość czasu w naszym życiu lub stanąć pod ścianą w postaci braku chęci, apatii, przetrenowania czy demotywacji. Tymczasem nie możemy być i w 99,99% nie będziemy mistrzami świata we wszystkich, a nawet i jednej z wymienionych dziedzin. Co nie oznacza, że nie warto się starać. Trzeba tylko umiejętnie wyznaczyć sobie cel.

 

MUSISZ MIEĆ CEL

 

Taki, który będzie cię motywował. Z jednej strony powinien być wystarczająco ambitny, ale i, a dla niektórych przede wszystkim, atrakcyjny. Ambicję mierzymy własną miarą, a nie miarą aktualnych rekordów świata. Słowo klucz brzmi WŁASNĄ! Ścigam się na rowerze prawie 15 lat, a w zawodach startuję drugie tyle. I dla mnie w tym roku, obok najważniejszych celów sezonu, takim pośrednim celem, dającym dużo frajdy i satysfakcji, był start w Bike Atelier Maratonie w Ustroniu. Dlaczego? Bo to maraton na moim terenie, w miejscu, w którym mieszkam, na ścieżkach, które pokonuję na treningach. Maraton, który wygrałam rok temu i chciałam w tym roku „obronić koronę”. Udało się. Sukces, którego nikt pewnie nie zauważy, który nie jest znaczący dla większości, ale ja mam z niego satysfakcję, która daje mi energię, na przykład do porannego zwlekania się z łóżka czy wychodzenia na trening na te same ścieżki w deszcz czy zimno.

 

CEL AMBITNY

 

Cel, który będzie ambitny. Jesteśmy tak skonstruowani, że gdy coś przychodzi nam zbyt łatwo lub bez wysiłku, nie smakuje równie dobrze jak zwycięstwa okupione potem, zmęczeniem czy przełamaniem swoich słabości. Niestety, ambicje czasem przesłaniają rzeczywistość i niekoniecznie są skorelowane z możliwościami. Jeśli do tej pory udawało się ukończyć maraton w drugiej czy trzeciej setce Open (np. na 1000 startujących), to zakładanie, że wskoczymy na podium Open, czy nawet do dwudziestki, jest mało realne. Chyba, że mamy świetne predyspozycje albo dobrego farmaceutę. Praktycznie można założyć, że progres rzędu 5 – 20% sezon do sezonu jest bardzo dobrym wynikiem. Im bardziej jesteśmy wytrenowani, tym oczywiście trudniej.

 

Trening amatorów

 

CEL MOŻLIWY

 

Cel, który będzie możliwy do zmierzenia. Jeśli chcemy na koniec sezonu powiedzieć – tak, udało się – musimy przyjąć jakąś skalę oceny. Może to być zajęte miejsce, choć nie jest to najszczęśliwszy schemat. Dlaczego? Bo w dużej mierze nie zależy od nas. Jeśli okaże się, że w waszej kategorii, na tych konkretnych zawodach czy cyklu, startowało mało albo bardzo dużo zawodników, ich poziom znacząco się podniósł w stosunku do poprzedniego sezonu lub mieli kraksy, defekty czy kontuzje to… No, właśnie. Zdrowe podejście to takie, w którym potrafimy czerpać satysfakcję z osiąganych postępów. Jeśli poprawiłam się o 20% w stosunku do ubiegłego roku i wykonywałam sumiennie treningi, a przyjeżdżam cały czas na tym samym miejscu, to czy ma to oznaczać, że nie zrealizowałam celu? Nie. W szczególności wtedy, gdy jesteśmy amatorami. Owszem, zawodowców głównie rozliczamy z zajmowanych miejsc, ale dla Kowalskiego fakt poprawy kondycji, zrzucenia kilku kilogramów czy po prostu życie w zdrowiu powinno być główną miarą sukcesu.

 

HORYZONT

 

Cel, który będzie określony w czasie. Sezon nie jest z gumy, a nasz czas nieograniczony. Tak samo osadzenie celów w czasie będzie kluczowe. Liczba mnoga nie jest przypadkowa, bo dochodzenie do głównego celu powinno być poprzedzone punktami pośrednimi.

I tu mamy kolejny ciekawy aspekt – horyzont. Wiele ze znanych mi osób patrzy często jeden sezon do przodu. W efekcie ich forma czy dyspozycja na przestrzeni lat przypominają sinusoidę. Spadki formy, demotywacja, potem nagły zryw, treningi na skraju wyczerpania, małe sukcesy, osłabiona motywacja, nadmiar kilogramów… itd. Mój horyzont sięga tak z 20 lat do przodu. I może to dzisiaj wydać się dziwne czy śmieszne, ale chciałabym kiedyś być bardzo wysportowaną, dziarską babcią. Mam kolegę, który w wieku lat trzydziestu kilku postawił sobie cel na 50. urodziny. W obu tych przypadkach mamy oczywiście również cele na sezon, miesiąc czy, schodząc do najniższych poziomów, nawet na konkretny trening.

 

Trening amatorów

 

Sens patrzenia daleko do przodu ma jednak głębszy wymiar. W dylematach typu – czy zaryzykować na zjeździe i urwać przysłowiowe 5 sekund, które i tak niewiele zmienią w ogólnej klasyfikacji, bo utrzymam aktualne miejsce, wybieram wariant bezpieczny. Dzięki temu unikam kontuzji, defektów sprzętu i mogę dalej realizować plan.

 

PODSUMOWANIE

 

Pierwszą część sezonu mamy za sobą. Niektórzy zanotowali już znaczące sukcesy, inni lizali rany, lecząc kontuzje, przeżyliśmy wzloty i upadki. To dobry moment, by zrewidować cele. A być może najwyższy czas, by je sensownie wyznaczyć. Jestem świadoma, że są wśród nas osoby, które mają potrzebę stawania na podium, otrzymania pucharu czy medalu, wybicia się z tłumu.

Obecnie w mnogości zawodów rozgrywanych każdego weekendu, wielu kategorii i dystansów, wystarczy odrobina kalkulacji i można znaleźć sobie takie imprezy, gdzie pewnie mamy realne szanse stanąć na podium. Rozumiem też takie podejście. Czasami nawet zalecane jest wybranie zawodów niższej rangi, by przełamać złą passę czy odbić się od dna. Pamiętajmy tylko przy okazji, by nasze ego nie potrzebowało osobnego transportu na ten maraton.

 

Przeczytaj również:

 

Martyna Puda - nie zrażam się i jadę dalej!

Nowości - rowery na sezon 2020

Łamiąc zasady - historia freeride'u

Komentarze do artykułu