Martyna Puda – Nie zrażam się i jadę DALEJ!

W 2016 roku MARTYNA PUDA pierwszy raz wystartowała w zawodach enduro. Już wtedy wszyscy wiedzieli, że ta dziewczyna namiesza w kobiecym ściganiu. Dziś, w wieku osiemnastu lat, imponuje starszym kolegom i koleżankom, a każdą imprezę kończy na najwyższych stopniach podium lub w ścisłej kobiecej czołówce. Ze skromną blondynką z Wilkowic rozmawiamy o jej początkach, planach i przeszkodach, które stają na drodze młodych zawodników.



BIKE: Martyna, jak zaczęła się twoja przygoda z enduro? To raczej nie jest sport dla słabych i małych dziewczynek.

 

MARTYNA PUDA: Zaczęłam jeździć w wieku 15 lat, czyli dokładnie 3 lata temu, dzięki mojemu tacie, który sam startował w zawodach. Na jednej z imprez tak spodobała mi się rodzinna atmosfera, że po dekoracji oznajmiłam rodzicom, że również chcę spróbować. Początek był dość niewinny, tata uznał mój pomysł za obłęd. Mimo jego obaw ostatecznie byłam tak uparta, że zabrał mnie na Twistera jeszcze na swoim rowerze, który był dla mnie dużo za duży. Wcześniej trenowałam bieganie i od zawsze kochałam tę dyscyplinę sportu. Startowałam w wielu zawodach biegowych, które wygrywałam, co na pewno było świetną bazą pod enduro. Mam organizm dobrze przygotowany kondycyjnie i nie czuję zmęczenia po przebiegnięciu 10 km.

 

Z Twisterem polubiłaś się od pierwszego wejrzenia, ale jak doszło do tego, że na kierownicy zaczęły pojawiać się kolejne numery startowe?

 

Po Twisterze przyszedł czas na trudniejsze trasy. Ekipa Wilków, w której również jeździ mój tata, zabrała mnie na Magurkę. Ku ich zdziwieniu, Kryśka i Boxery nie okazały się dla mnie problematyczne do pokonania, zjechałam wszystko. Już wtedy zaczęli nazywać mnie wariatką, która niczego się nie boi i namawiali do startu w zawodach. Pamiętam, że pierwszymi zawodami nie stresowałam się tak bardzo, jak tymi obecnie. Raczej byłam podekscytowana, że mogę spróbować ścigania z dziewczynami, które obserwowałam na Instagramie, Facebooku i baaardzo chciałam je poznać. Mam na myśli m.in. Elę‑Petardę, Sylwię Katanę, Anię Sojkę, no i oczywiście Kasię Burek! Moją pierwszą imprezę zakończyłam z niedosytem i równocześnie sukcesem, w połowie stawki.

 

Później przyszedł czas na nowy rower i pierwsze trudne decyzje sponsorskie?

 

Dokładnie tak. Pod koniec sezonu dostałam nowy rower i wtedy wszystko zaczęło spinać się w całość, nabierałam prędkości. Od kolegów na trasach otrzymałam wiele cennych wskazówek, moja zajawka rosła w siłę. W 2017 roku wystartowałam w wiosennych zawodach Enduro Trails, gdzie podczas wyścigu zaznaliśmy czterech pór roku. Było dosłownie wszystko – śnieg, deszcz, słońce i burza. Zawody ukończyłam na drugim najwyższym stopniu podium, przegrywając wtedy z Elą Figurą tylko o 3 sekundy. Był to dla mnie przełomowy moment. Zaczęły się telefony z ofertami sponsorów, co wcześniej nawet nie przyszłoby mi do głowy. Nie sądziłam, że sprawy nabiorą takiego obrotu, a rower stanie się dla mnie tak ważny. Później poznałam Romka Kwaśnego, który szukał zawodników do swojego zespołu. Tak trafiłam do Trek Bielsko Racing, w którego barwach ścigam się od zeszłego roku razem z WT Riderem czy Markiem Konwą.

 

Martyna Puda - Trek Bielsko Racing

 

Większość rowerzystów może ci pozazdrościć dorastania w Wilkowicach. Ze ścieżek zjeżdżasz wprost do domu, czy ma to wpływ na twoje rowerowe sukcesy?

 

Rzeczywiście, tego zazdroszczą mi chyba wszyscy (śmiech). Super sprawa, kiedy po całym dniu nauki i obowiązków chcesz odpocząć i pojechać nawet przed zmrokiem w góry. Pół godzinki kręcenia i jem pyszne kluski na parze na szczycie Magurki Wilkowickiej. Jestem młoda, jeżdżę, ile mogę, kiedy tylko znajdę czas i chęci. Wybieram się równie często na Kozią Górę, której nie trzeba przedstawiać. Robię też wycieczki bardziej przygodowe po pobliskich szczytach Beskidów. Czasem wolę taką formę treningu, bez zjazdów oesami. To wielka wygoda. Czy ma to wpływ na wyniki? Trasy zjeżdżam już prawie na pamięć, a podczas zawodów dominują odcinki, na których trzeba mocno dokręcać, nad czym ciągle pracuję i co jest moją słabością.

 

 

Jesteśmy w samym środku sezonu startowego 2019, jak byś go określiła? Słyszałam też pogłoski, że jesteś jak kot, który ma siedem żyć, skąd się to wzięło?

 

Obecny sezon to dla mnie przede wszystkim kolejna próba podjęcia walki ze sobą. Ciągle się uczę, że życie nie jest tak kolorowe, jak mi się wcześniej wydawało. Nowa szkoła, nowi znajomi, pierwsi sponsorzy oraz wymagania nieraz trudne do spełnienia. Rok temu za dużo wzięłam sobie na głowę, potrzebowałam chwili przerwy od startów. Chciałabym wreszcie pokazać, na co mnie stać, ale stres, który mi towarzyszy podczas zawodów, powoduje, że nie jestem w stanie przejechać odcinka tak płynnie, jak robię to podczas treningów. Masa błędów prowadzi do wielu upadków, które nie zawsze kończą się jak na filmach, czyli szczęśliwie. Ale się nie zrażam i jadę dalej, stąd chyba plotki o kotach. Najbardziej wspiera mnie tata, który zawsze we mnie wierzy i motywuje, żeby spróbować jeszcze raz.

 

Przed Tobą niewątpliwie ogromne możliwości, ale jako młoda zawodniczka na pewno napotykasz na wiele problemów.

 

Nie jest łatwo, to prawda. Pieniądze szczęścia nie dają, ale jeśli chcę się ścigać, są kluczowym elementem jazdy na rowerze. Nie mając wsparcia ze strony teamu oraz innych firm, byłabym w naprawdę ciężkiej sytuacji. Części, ubrania, ochraniacze to tylko wierzchołek góry lodowej. Do tego dochodzą opłaty startowe, noclegi, transport. Moim marzeniem jest udział w Enduro World Series. W tym roku dostałam się do grona zawodników, którzy mieli możliwość startu, jednak koszty takiej imprezy są ogromne i bez dobrych sponsorów wyjazd graniczy z cudem. Może kiedyś uda się wystartować w juniorach… Na ten moment zbieram siły i doświadczenie. Trzymajcie kciuki!

 

Będziemy trzymać!

 

Przeczytaj również:

 

Nowości - rowery na sezon 2020

Łamiąc zasady - historia freeride'u

Komentarze do artykułu