Trek Fuel EX - As wszystkich tras

Łamiąc zasady – historia freeride’u

Freeride był policzkiem wymierzonym zasadom i konwencjom. W szalonych lat dziewięćdziesiątych grupka Kanadyjczyków wywróciła rowerowy świat do góry nogami, a właściwie do góry kołami.



 

ŚNIEŻNE ŹRÓDŁA SZALEŃCZEGO BUNTU

 

Szukając źródeł freeride’u, nie można zaczynać od świata sportu rowerowego. Pojęcie to ukształtowali snowboardziści w latach osiemdziesiątych i wczesnych dziewięćdziesiątych. Wolność, ucieczka od konwencji, niezależnie czy dotyczących stylu jazdy, ubioru, czy sprzętu. Freeride oznaczał bunt! Bunt przeciw utartym normom, przeciw temu, co stare, przeciw drobnomieszczaństwu rodziców. Całymi latami prowadzano nas za rączkę po stokach narciarskich, zmuszano do jazdy gęsiego, wpajano dokładnie zdefiniowane ruchy. Byliśmy musztrowani przez niedouczonych instruktorów, którzy przydzielali nas do grup zaawansowania po to, żeby w każdy weekend brać udział w jakichś zawodach. I jakby tego było mało, dwa razy w tygodniu spotykaliśmy się w dusznych salach gimnastycznych, żeby znów utrwalać narciarskie schematy. Od dziesięcioleci nie zmieniało się nic, nawet narty były niemalże te same. A wygląd ciuchów? Czerwony, biały, niebieski, i tak w kółko.

 

SNOWBOARD – WEJŚCIE STYLÓWY

 

Snowboard momentalnie zmienił wszystko. W końcu mieliśmy to coś, poczucie niczym nieskrępowanej jazdy. Okazało się, że jednak da się pokonywać zakręty, o jakich nigdy nikomu się nawet nie śniło. I to jak! Stylowo! Sypiąc metrowym pióropuszem białego puchu. To było coś, jak śnieżny surfing. Lekceważyliśmy regulaminy wytyczonych tras. Przechodziliśmy pod szlabanami, a wszystko po to, żeby przeżyć całkowicie nowy rodzaj wolności w dziewiczym terenie. Freeride pojawił się w czasie, kiedy był najbardziej pożądany. Chcieliśmy być wolni, chcieliśmy mieć dookoła siebie naturę i poruszać się w niej bez jakiejkolwiek presji. Chociażby tej związanej z zawodami i walką o sekundy. Przyświecało nam hasło: „droga jest celem”. Freeride szybko znalazł swoich zwolenników także w innych dziedzinach sportu, jak windsurfing, motocross i BMX.

 

Freeride_tour_de_france_gap_watson

Zdjęcie, które zapisało się na kartach historii. W 2004 roku Dave Watson nielegalnie pokonuje ogromny uskok nad jadącym w dole peletonem Tour de France. Niestety, nie ustał tego lądowania.

 

DOWNHILLOWCY WCHODZĄ DO GRY

 

Byłem przesiąknięty duchem freeride’u, gdy w 1993 roku rozpoczynałem praktyki dziennikarskie w magazynie BIKE. Muszę jednak przyznać, że jazda na rowerze nie była wówczas moim sportem numer jeden. Rower uchodził raczej za sport drugiego wyboru, był zajęciem dla surfera na bezwietrzny czas. Chociaż już wtedy posiadanie roweru górskiego to było coś. I w ten oto sposób mój jaskrawożółty Scott Boulder wylądował na stałe obok deski do surfowania na bagażniku VW „Bully”. W redakcji szybko dotarło do mnie, że tak naprawdę idea freeride’u nie zakiełkowała jeszcze w umysłach rowerzystów.

Cóż to było za rozczarowanie! Wtedy na topie były plany treningowe, częstotliwość pulsu, próg mleczanowy, dla mnie całkiem obcy świat! Dokładnie rzecz ujmując, istniały wówczas dwie frakcje. Pierwsza, cross country, a właściwie kolarze szosowi, traktujący rower górski jako „ten drugi”, na czas treningów zimowych lub przy złej pogodzie. Nie interesowali się osiągnięciami technicznymi, jak w pełni zawieszone rowery czy hamulce tarczowe. Nawet nie wiedzieliby, co z tym począć. Wkrótce wytworzyła się jednak druga grupa, bardziej progresywna, a przede wszystkim nastawiona na przyjemność z jazdy, grupa downhillowców. Dla nich istotne były prędkość, strome zjazdy, zakręty i skoki. Byle w dół! Pojawiły się znane postaci, jak Missy Giove, Greg Herbold, Cedric Gracia i Nicolas Vouilloz.

 

 

Freeride

Greber, Tippie i miejscowi z Kamloop w drodze na Devil Peak.

 

 

1997, POCZĄTEK NOWEJ ERY

 

Downhill był obecny także na łamach Bike’a. Musieliśmy jednak być bardzo ostrożni i mocno zwracać uwagę, by nie wystraszyć „normalnego” czytelnika. Testowaliśmy zatem głównie rowery przeznaczone dla szerokiego grona odbiorców. Co zabawne, próbowaliśmy je przedstawiać w możliwie widowiskowy i spektakularny sposób. Były to jakieś radykalne skoki czy ekstremalny drift w zakręcie. Do tego zadania specjalnie zaangażowaliśmy młodego BMX‑iarza Tarka Rasouli, wywodzącego się z monachijskiej sceny freestyle’owej. Mógł się wyszaleć do woli. Musiał jednak ściśle przestrzegać zasad dotyczących ubioru. Na czas zdjęć do magazynu Tarek rezygnował z luźnych ciuchów na rzecz przylegającego do ciała spandexu. Luzackie Vansy szły w odstawkę, a na nogi trafiały wpinane buty cross country. Cross country lub downhill, czarne albo białe. Było wprawdzie między nimi coś w rodzaju rowerów do wszystkiego „allroundbikes”, ale już sama nazwa nie budziła zaufania. Kojarzyła się ze sprzętem niskich lotów i bez charakteru. Taki rower kupowali tylko ci, dla których kolarstwo górskie było sportem jednym z wielu.

 

 

Freeride_pulp_traction

 

 

PULP TRACTION I POWIEW NOWEGO

 

W 1997 wreszcie nastąpiła prawdziwa zmiana trendów. Zmiana zainspirowana być może filmem „Pulp Traction” z Kolumbii Brytyjskiej. Wraz z nim pojawiła się iskra nadziei dla filmowców spoza mainstreamu cross country i downhillu. A może stało się to z powodu przełomowych postępów w technice rowerowych układów zawieszeń, które zwiastowały nadejście nowych czasów? W każdym razie kilku producentów w 1997 wypuściło na rynek całkiem nowy rodzaj roweru… 100 do 120 mm skoku zawieszenia, krótka geometria, płaskie kąty, znośne 14 kg i ostre górskie przełożenia. Byłem wniebowzięty! Dla ciekawskiego dziennikarza, który w międzyczasie został kierownikiem działu testów, to było coś.

Natychmiast wyszukałem wszystkie dostępne modele nowej generacji, żeby przeprowadzić testy. Artykuł pt. „Freerider – znośny po górę, świetny w dół” ukazał się w kwietniowym wydaniu 1997 roku. Zdjęcie otwierające przedstawiało jednocześnie ujęcie downhillu i uphillu. Prawdziwe oświecenie. Te konstrukcje były „ucieleśnieniem” moich marzeń o perfekcyjnym sprzęcie do wszechstronnych zastosowań. Prowadziły się niesamowicie. Przede wszystkim dzięki amortyzatorowi. Nowy Marzocchi Bomber Z1 w otwartej kąpieli olejowej i z dziesięciocentymetrowym skokiem przyćmiewał wszystkie dotychczasowe amortyzatory. Praktycznie rzecz biorąc, był prekursorem nowej generacji rowerów.

 

 

Freeride

Rok 1998: Pierwsza publikacja freeride'owa w magazynie BIKE. Na zdjęciu Richie Schley. 

 

MAGIA LUŹNEGO STYLU

 

Nowe rowery wyznaczyły początek nowej ery. Były przystanią dla tych, którzy dryfowali dotąd zdezorientowani między downhillem a cross country. Idealne dla outsiderów, którzy nigdy nie pozwalali się zaszufladkować. Odpowiadały tym, dla których droga była celem, a także tym, którzy niekoniecznie dobrze czuli się w obcisłym stroju kolarskim. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko stało się bardziej swobodne i wyluzowane. Nawet obowiązujące dotychczas w naszym magazynie purytańskie podejście do tematu rowerowego ubioru zbliżyło się do koncepcji freeride’u. Zaczęto tolerować luźniejsze, wygodne i modne stylizacje. Producenci pokroju Sugoi, Singeltrackmind czy Dare Devil udowodnili, że „funkcjonalny” nie musi z założenia oznaczać „obcisły”. To ucieszyło nie tylko Tarka Rasouli.

 

 

Freeride_bike_4_97

Rok 1997: pierwszy test freeride w magazynie BIKE

 

 

MACHINA W PĘDZIE

 

Od tej chwili wszystko potoczyło się już lawinowo. Z marginalnego tematu freeride stał się ruchem. Cannondale wypuścił na rynek rower nazwany, a jakże, Freeride! Jednocześnie zapowiedział, że na tym nie poprzestanie, że pojawi się cała flota kolejnych rowerów mających służyć przyjemności i zabawie. Rock Shox podjął rękawicę rzuconą przez Marzocchi i opracował amortyzator freeride Judy XL o 100 mm skoku. Przemysł rowerowy, widząc co się święci, w krótkim czasie zareagował, przesuwając prace koncepcyjne do sektora nowych rowerów, co zaowocowało nowymi produktami pojawiają- cymi się na rynku w comiesięcznych odstępach.

 

 

Freeride_kranked_1

 

 

SEA OTTER 1998 – PREMIERA „KRANKED”

 

I wtedy, wiosną 1998 roku, w kalifornijskim Monterey odbył się festiwal Sea Otter. Poleciałem tam jako przedstawiciel BIKE z zadaniem rozpoznania nowych rynkowych trendów. Na stoisku Rocky Mountain zauważyłem kątem oka kilku rozbawionych gości w olbrzymich perukach afro, którzy się po prostu obijali. A że podczas całego festiwalu nie brakowało innych ekstrawagancjach szajbusów, szybko o nich zapomniałem. Wieczorem miała się odbyć premiera video, na którą byłem zaproszony. Miano zaprezentować film pt. „Kranked”. Prawdziwa sensacja! Aktorzy: Brett Tippie, Richie Schley, Wade Simmons, Dave Swetland i Chris Lawrence pokazywali triki, jakich świat jeszcze dotychczas nie widział. Oglądając Kanadyjczyków, carvingujących długimi zakosami niczym snowboardziści po najbardziej stromych, żwirowych hałdach w pobliżu Kamloops, publiczność oszalała. Pokonywali wielometrowe hopy, wybierali karkołomne linie na Devils Peak.

 

Można powiedzieć, że dzięki tej projekcji górski rowerowy freeride, w przeciągu praktycznie jednej nocy, dostał się do grona uznanych sportów ekstremalnych pokroju surfingu, snowboardu i motocrossu. Aktorzy natomiast stali się sławni niczym gwiazdy rocka. Szkoda, że w tych czasach nie było jeszcze Internetu… Chwilę musiało potrwać, zanim wiadomość obiegłaby cały świat. Nie chciałem czekać tak długo. Już następnego dnia po premierze wytropiłem Kanadyjczyków i błagałem o kopię filmu. W ten sposób kaseta VHS z filmem „Kranked” trafiła do Europy!

 

 

Freeride_JOSH BENDER

Legendarna miejscówka Bendera, Jah Drop, który pokonał w kultowej serii filmów freeride’owych, New World Disorder.

 

 

KONSERWATYWNA EUROPA KOŚCIOŁA XC

 

To było jak kubeł zimnej wody na głowę. Mówię teraz o chwili, gdy na pierwszej, po powrocie z USA, redakcyjnej konferencji pokazałem mój skarb. Na twarzach kolegów nie zobaczyłem euforii, nic ponad wzruszanie ramion. Acha, więc jednak zbyt zabawowo dla wyznawców „kościoła cross country”. Za daleko od osobistych doświadczeń rowerowych turystów. „To chwyt marketingowy” krakali konserwatyści. Ale fotograf Tarek Rasouli natychmiast połknął bakcyla. BMX-owiec z Monachium czekał jeszcze dwa lata, zanim jako pierwszy Europejczyk został przyjęty do grona Rocky Mountain Froride Team.

 

Z BMX-A DO DIRTU

 

Mimo początkowych sprzeciwów w majowym wydaniu Bike’a z 1998 roku mogłem wydrukować fotograficzną historię twórców „Kranked”. Od tego momentu wszystko kręciło się już wokół sceny freeride. W Zagłębiu Ruhry surfowano po hałdach, a w co drugiej żwirowni dzieciaki zakładały się o dropy. Nawet festiwal BIKE w Willingen został przemianowany na „Festiwal Freeride”, a na prawie każdym rowerze lśnił stosowny motyw. Niejako przy okazji na salony wdarł się także dirt. Dirt był właściwie odmianą BMX, a charakteryzował się skokami i trikami nad równomiernie, jeden za drugim, zbudowanymi pagórkami. Kilka gwiazd trafiło do sceny freeride wprost ze świata BMX i w dalszym ciągu celebrowało swoje tricki, tyle że już na rowerach górskich. Niektórzy całkowicie pożegnali się ze światem dirt parcour i przesiedli na freeride.

 

 

Freeride_SLorencePhoto_DangerDan_004

Bohaterowie lasu. W wilgotnych, cedrowych lasach Vancouver North Shore powstała w połowie lat dziewięćdziesiątych mała subkultura. Pionierzy, pokroju nauczyciela Dana „Dangerous”, wciąż podnosili poprzeczkę.

 

FREERIDE NORTHSHORE

 

Nie trzeba było długo czekać na kolejne zjawisko, które przypłynęło zza oceanu, „ścieżki Northshore”. Dla rowerzystów z Vancouver North Shore – system drewnianych konstrukcji – był rozwiązaniem problemu, gdyż jazda po stromo opadających terenach cedrowych lasów nie byłaby praktycznie możliwa. Wokół Todda Fiandera, zwanego „the Digger”, budowniczego ścieżek i filmowca, zrodziła się mała subkultura. Wspólnie wymyślali i budowali śmiałe oraz kunsztowne konstrukcje, nadając im charakterystyczne nazwy: „Boogy Man”, „The Reaper”, „Fleshy Wounds”. Po wąskich deskach potrafiła jeździć tylko garstka specjalistów, ale dziś ścieżki typu Northshore znajdują się w niemalże każdym bike parku.

 

 

Freeride-ads4

 

 

SPÓR PRAWNY

 

W 1998 roku na scenie freeride’owej wybrzmiał okrzyk oburzenia. Cannondale, który przed rokiem wypuścił na rynek model „Freeride”, objął ochrona patentowa to pojęcie. Dlatego groził sadem powstałej właśnie grupie Rocky Mountain Freeride Team. Kanadyjczycy potraktowali zarzut z poczuciem humoru i niewiele myśląc, przemianowali nazwę z „Free” na „Fro”, które opierało się na pojęciu „Afro”. A następnie pojawili się na festiwalu Sea Otter 1998 w swoich perukach afro. W tym samym czasie Rocky Mountain opublikował zdjęcie z przedstawicielami Froride w zakładzie fryzjerskim – najbardziej dowcipny i najefektowniejszy chwyt reklamowy przemysłu rowerowego. Od tamtego czasu nigdy więcej nie słyszano już o roszczeniach marki Cannondale do nazwy Freeride.

 

 

Freeride

Milenijna podróż po Kolumbii Brytyjskiej w towarzystwie Froriderów.

 

 

FRORIDERZY NAD GARDĄ

 

W 1999 Froriderzy po raz pierwszy przyjechali na festiwal BIKE nad jeziorem Garda. Podniecony i przejęty pojechałem tam razem z fotografem Ronnym Kiaulehnem już kilka dni wcześniej. Chcieliśmy znaleźć odpowiednie dla Kanadyjczyków miejscówki. Wiadomo, że nie mogliśmy tego spalić. Zgodnie z oczekiwaniami Froriderzy także u nas wyznaczyli nowe horyzonty, chociaż skalne ścieżki okolic jeziora Garda nie mogły nawet zbliżyć się do potencjału terenów w kraju Froriderów. Dostaliśmy zaproszenie, żeby wpaść z rewizytą. Oczywiście przyjęliśmy je z niekłamaną radością. Świat stał właśnie na progu przełomu wieków. A my mieliśmy swój plan. Rowery nowej generacji miały zostać przetestowane w oryginalnych miejscówkach z filmu „Kranked”. Przez dwa tygodnie podróżowaliśmy kamperem po Kolumbii Brytyjskiej w towarzystwie Froriderów, było to dla nas niezapomniane przeżycie, a zarazem ukoronowanie mijającego XX wieku.

 

 

Freeride-lago-festival-2001

 

 

JOSHUA BENDER

 

W pierwszych latach nowego stulecia freeride podążał utartym szlakiem wielu innych odnoszących sukcesy dyscyplin sportowych. Nowe teamy wyrastały jak grzyby po deszczu, poważni sponsorzy kusili, robiono wysokonakładowe filmy, próbowano nowych formatów zawodów. Skoki zawieszenia rosły, rowery przybierały na wadze, triki były coraz bardziej niebezpieczne. Ikoną tego trendu jest Joshua Bender i jego pasja, monstrualne dropy! Chłopak z Utah skakał z 17‑metrowego legendarnego klifu Jah Drop, czterokrotnie nie ustał lądowania, ryzykując życiem. Wykończony nerwowo odpuścił. Miejsce do lądowania okazało się zbyt płaskie. Nie przeszkodziło mu to jednak w podniesieniu poprzeczki. Chciał pokonać 30 metrów. Na festiwalu BIKE nad jeziorem Garda pojawił się z maszyną o 30‑centymetrowym skoku i w motocrossowych butach. Ale nawet to na niewiele się zdało. Przy próbie pokonania ponad 20‑metrowego uskoku Mosquito Cove Gap w Utah Joshua złamał kręgosłup.

 

Freeride_FRORIDER_RIVA_13

Spotkanie po latach. Byli członkowie Frorider Team wciąż spotykają się na festiwalach. Od lewej do prawej: Richie Schley, Brett Tippie, Dirk Janz (dystrybutor Rocky Mountain), Tarek Rasouli, Wade Simmons.

 

 

FREERIDE DZIŚ

 

Dzisiaj freeride bardzo oddalił się od swoich korzeni. Ze sprytnych sprzętów allround rozwinęły się specjalne konstrukcje na potrzeby bike parków. Scena freeride ma teraz swoje specjalne wydarzenia (contests) i swoje własne gwiazdy. Od 2005 roku na półkach europejskich salonów prasowych leży magazyn FREERIDE. Po prostu te dwie grupy docelowe rozwinęły się w odmienny sposób. Dla mnie jednak freeride wciąż oznacza to samo, co oznaczał 20 lat temu. Nawet jeśli moje rowery nazywa się teraz trailowymi czy enduro.

 

Przeczytaj również:

 

Worek z nowościami - Arc8

Öhlins w egzotycznej rajdowni FF-Sport

Trail Love Zermatt

Komentarze do artykułu