Maciek Grabek – spokojny ewolucjonista

Bike Maraton osiągnął właśnie pełnoletniość. Pierwszy wyścig tego cyklu wystartował w 2001, czyli kończy osiemnaście lat. To imponujący wiek, zwłaszcza że kolarstwo górskie jest wciąż jeszcze młodą dyscypliną.



Maćka Grabka postanowiliśmy spytać, jak minęły mu lata spędzone w branży i jakie zmiany szykuje w kolejnych sezonach.

 

Bike: Bike Maraton już dziesięć lat temu cieszył się ogromną popularnością. Co się zmienia w maratonach? Czy myślisz, że obecnie jest inaczej niż 10 lat temu?

 


Maciek Grabek: Kiedyś Bike Maraton był imprezą jednodniową i zawody rozgrywane były zazwyczaj w sobotę. Ludzie przyjeżdżali w piątek, my siedzieliśmy do 23:00, by obsłużyć biuro zawodów, każdy chciał wypisać kartę zgłoszeń, odebrać numer i gadżet. Teraz wszyscy przyjeżdżają na godzinę przed startem, ponieważ wszystko załatwiają w Internecie. Zmieniła się nasza komunikacja na przestrzeni lat. W tej chwili wykorzystujemy w głównej mierze Internet, branżowe portale i Facebooka. Kiedyś większą wagę przykładaliśmy do obecności w prasie i radiu. Obecnie jest trochę łatwiej i trochę taniej. Poza tym mam wrażenie, że ludzie oduczyli się czytać, a nauczyli oglądać. Łatwiej przekazać im coś za pomocą filmu lub obrazu
niż dwustronicowego regulaminu.


Jakie zmiany pojawiły się w Bike Maratonie w tym roku? Czy uczestnicy to zauważą?


Maciek Grabek: Mamy UCI Maraton w Jeleniej Górze i Ultra Maraton w Szklarskiej Porębie (kategoria UCI C3) rozgrywany w hołdzie dla „starych” maratonów organizowanych w Szklarskiej w ramach festiwalu Bike Week. Pomyśleliśmy, że tylko najstarsze pokolenie ścigantów w Polsce
pamięta maratony w Szklarskiej, gdy do wyboru były dwa dystanse: 25 i 100 kilometrów. Ja sam wygrałem kiedyś trzy razy z rzędu maraton na stówę. Fajnie będzie to sobie po latach przypomnieć. W obu wymienionych maratonach trasa poprowadzona zostanie na jednej pętli. To nowość, do tej pory najdłuższe dystanse realizowaliśmy na dwóch pętlach Mega.

Bardzo dobrze rozwija się też Bike Adventure (kategoria UCI S2). Do tej pory jest to jedyna polska etapówka w kalendarzu UCI. W tym roku mamy już
zapisanych 600 osób i wciąż podnosimy limit uczestników.

 

Obserwujesz nowych startujących, czy z roku na rok w BM uczestniczą te same osoby?


Maciek Grabek: Mamy bardzo wielu stałych uczestników. Na szczęście frekwencja nie spada, a wręcz odrobinę się podnosi. Wiemy z analizy bazy danych, że około 2000 naszych uczestników jedzie w roku przynajmniej połowę wszystkich edycji, zwykle tyle, ile potrzeba do klasyfikacji generalnej. Jest grupa około 100–200 osób, które jeżdżą wszystkie edycje i około 5000 ludzi, którzy pojawiają się przynajmniej na jednym wyścigu.

 

Organizujesz też imprezy szosowe, sądzisz, że się rozwijają? Uczestnicy Szosowego Klasyka i BM powtarzają się, czy to jednak inne środowiska?


Maciek Grabek: Nasze szosowe imprezy obstawiane są głównie przez środowisko ludzi od dawna związanych tylko z szosą, często byłych kolarzy, ale jest również grupa ludzi, którzy są stałymi uczestnikami Bike Maratonu, a po zakupie szosowego roweru próbują swoich sił na szosie. W Miękini na starcie Szosowego Klasyka rozpoznawałem ludzi, którzy dzień wcześniej jechali w BM. Są też tacy, którzy kiedyś byli zapalonymi góralami, a teraz pożegnali się z błotem i pyłem. Jest im dobrze na czystej szosie. Szosa zawsze będzie królową kolarstwa. Jako kibice częściej oglądamy Tour de France czy Giro niż Cape Epic. Natomiast jeśli chodzi o starty, ludzie w Polsce wciąż się szosy obawiają. W MTB człowiek jest bardziej zdany na siebie, sam jedzie do mety, zwykle z własnej winy się przewraca. W szosie ludzie boją się jazdy w peletonie, z drugiej strony boją się, że peleton im ucieknie, boją się braku drużyny, prędkości… Z tego powodu w Szosowym Klasyku dzielimy uczestników na grupy wiekowe i, by było bezpiecznie, puszczamy grupy w odstępach czasowych. W ten sposób ludzie ścigają się ze swoimi rówieśnikami.

 

Opowiedz coś o Szosowym Klasyku. Czy procedura startu w twojej imprezie szosowej różni się bardzo od startu w imprezie MTB?


Maciek Grabek: Sami wciąż się czegoś uczymy. Obecnie nasz Szosowy Klasyk organizujemy w ramach cyklu Via Dolny Śląsk, który ma osiem edycji, na które obowiązuje jeden numer startowy. Po Miękini już wiemy, że przed kolejną edycją będziemy musieli ogłaszać: „Przypominamy, weźcie swoje numery!”. Nasi „starzy” uczestnicy znają procedury. Wiedzą, że numer startowy jest jeden na cały sezon, że wiąże się to z klasyfikacją generalną w całym cyklu, że zapłacili za niego dychę i trzeba go mieć i starać się nie zgubić. „Szosowcy” jeszcze tego nie wiedzą. Dla uczestników Bike Maratonu jest oczywiste, czym jest „strefa zrzutu”, w której można pozbyć się śmieci, „szosowców” musimy tego nauczyć.

 

Planujemy z Bartkiem Huzarskim przygotować i opublikować dekalog kolarza amatora. Musimy zrobić coś, co zrobiliśmy kilkanaście lat temu w Bike Maratonie, to znaczy narzucić pewne reguły gry i konsekwentnie pilnować ich przestrzegania. Trochę pracy przed nami, ale widać, że ludziom się to podoba i chcemy rozwijać nasz cykl szosowy.

 

W środowisku funkcjonuje przekonanie, że Bike Maraton jest łatwy. Nasze starty w ubiegłym roku w żaden sposób tego nie potwierdziły. Techniczne, wymagające trasy, sporo przewyższeń, ciekawe zjazdy. W tym roku Miękinia poprowadzona w odwrotnym kierunku wszystkim się spodobała. Jakie są priorytety, gdy planujecie trasę?


Maciek Grabek: Na pewno stawiamy na atrakcyjność… Poza tym próbujemy sprostać oczekiwaniom tych, którzy chcą zmian. Czasami zmiany są kosmetyczne, bo mamy do dyspozycji ograniczony teren, a w Miękini pomogło właśnie odwrócenie trasy. Miękinia jest trudna dla nas również dlatego, że tam na starcie staje 2000 wygłodniałych ścigania osób, którzy gdzieś spotkają się na trasie i chcą się nawzajem wyprzedzać… Nauczyliśmy się przez te wszystkie lata, że nie zawsze szybki, szeroki szutrowy zjazd (czyli tak zwane trzy razy „sz”) jest najlepszy pod względem bezpieczeństwa.
Teraz wolimy puścić szutrem długi podjazd, a zjazd poprowadzić lasem po korzeniach. Kto sobie nie będzie radził na rowerze, zejdzie, a jeśli się wywali, nie będzie dalej próbował zjeżdżać z prędkością czterdzieści kilometrów na godzinę. Chętnie puścilibyśmy cały wyścig ścieżkami, ale zjedliby nas ci, którzy nie mogliby w ten sposób łatwo wyprzedzać. Układanie tras to sztuka kompromisów. Idealnie by było, choć jest to bardzo trudne do zrobienia, gdybyśmy mogli z dystansu mini uczynić łatwą trasę dla początkujących, natomiast dystans mega i giga poprowadzić technicznymi trasami ze ścieżkami i uczynić z nich wyzwanie i swoiste przeżycie. Trzeba mieć świadomość, że mamy wiele ograniczeń nakładanych na przykład przez Lasy Państwowe. Generalnie staramy się, żeby było ciężko, ale przejezdnie. Chcemy, by to był wyścig na rowerze, a nie wspinaczka górska z rowerem na plecach. Zależy nam, żeby uczestnik miał satysfakcję, ale nie chcemy nikogo zajechać.

 

 

 


Które tegoroczne edycje twoim zdaniem będą najciekawsze dla początkującego maratończyka? Czy są takie, które byś odradził?


Maciek Grabek: Jeśli ktoś jest „miastowym rowerzystą”, na początek powinien spróbować Miękini. Jeśli nie tam, to fajne będą Zdzieszowice. Nie mają trudnych długich podjazdów, są mocno interwałowe i dość łatwe. Myślę, że początkującym powinien spodobać się Świeradów-Zdrój, jest po prostu przyjemny. Najcięższym naszym maratonem jest na pewno Wisła. W tym roku chcemy uciec od Trzech Kopców i poprowadzić trasę w stronę Czantorii i może nawet przeskoczyć na czeską stronę. Na razie pracujemy nad trasą z chłopakami z JBG2 CryoSpace. Wisła jest też takim maratonem, gdzie co roku planujemy ułatwić mini, ale się nie da, bo zawsze trzeba wjechać na jakąś górę, a później z niej zjechać.

 

 

Co z rodzinami startujących? Dla nich też coś szykujecie?


Maciek Grabek: Staramy się organizować to tak, by zapewnić „pure mountain” tym, którzy tego od nas oczekują, ale zawsze, również podczas UCI Maraton w Jeleniej Górze czy Maja Race, mamy strefę dziecka i Sonko Kids Bike Maraton. Mamy miasteczko, gastronomię, kawę…

Zawodowcy i amatorzy zmagają się z trasą, a dzieci, małżonkowie, dziadkowie i kibice też mają, co ze sobą zrobić. Poza tym jeśli PZKol nie szuka następców Majki Włoszczowskiej, to my szukajmy ich wśród maluchów. Może za parę lat to zaprocentuje.

 


Jakie są plany? Co ci się marzy?


Maciek Grabek: Bardzo byśmy chcieli, żeby przy każdym Bike Maratonie działo się coś ciekawego, czy to w połączeniu z Mają, czy Bike Adventure z Bike Maratonem Ultra i Szosowym Klasykiem. Marzy mi się gravelowy wyścig po Górach Izerskich. Takie osiemdziesiąt kilometrów po asfaltach i szutrach. Mocno kombinujemy i przymierzamy się do klasyfikacji e‑bike’ów. Nie chcemy sugerować, że e‑bike jest substytutem zwykłego roweru. To jednak coś innego. Ale mamy wielu uczestników, którzy ze względu na swój wiek nie potrafią lub obawiają się, że nie będą potrafili sprostać podjazdom, a wciąż chcą się cieszyć atmosferą naszych wyścigów. Na razie mamy wiele obaw, szczególnie o bezpieczeństwo uczestników i kwestie kontroli sprzętu. Jesteśmy najbliżej takiego rozwiązania, aby rowery elektryczne mogły sobie jeździć w naszych wyścigach, ale by nie brały udziału w klasyfikacji. Myślimy też o tym, by powstała w ramach naszego cyklu jedna impreza (Szklarska chodzi nam po głowie), którą z czasem zamienimy w nasze polskie „Salzkammergut Trophy”. Starty od świtu do południa, kilka tras i kilka klasyfikacji. Może w przyszłym roku…


Czego Tobie i sobie życzymy, dziękując za rozmowę.