MSB, czyli Mały Szlak Beskidzki

Stoję w mroku zakłóconym tylko niewielką łuną bijącą od schroniska. Przyglądam się migoczącym w dole światełkom zabudowań i mimo astronomicznego lata, które przyszło tydzień temu, na skórze mam gęsią skórkę. Sama do końca nie wiem, czy to w wyniku chłodu powietrza, czy ekscytacji tym, co jutro się wydarzy.



Nie ma chyba nikogo, kto nie słyszałby o głównym szlaku beskidzkim. Zaczynający się w Ustroniu biegnie najwyższymi partiami polskich Beskidów, by osiągnąć metę na Wołosatem w Bieszczadach. Liczy 496 km, a jego pokonanie nieustannie stanowi cel i wyzwanie dla niejednego bikera. Niewielu jednak wie, że trochę w cieniu GSB pozostaje jego młodszy brat. MSB, czyli Mały Szlak Beskidzki, liczy zaledwie 137 km i przebiega przez szczyty, które ominął starszy brat. Zaczyna się w Bielsku‑Białej Straconce a kończy na Luboniu Wielkim górującym nad Rabką. Jest krótszy, mniej spektakularny, ale równie atrakcyjny.

 

SAM NA SAM ZE SOBĄ


Przejechanie Małego Szlaku Beskidzkiego chodziło mi po głowie od samego początku mojej rowerowej historii. Na stronie enduroriderz.pl przeczytałam relację z jego pokonania i zainspirowana postanowiłam kiedyś też to zrobić. Nie spodziewałam się, że od pomysłu do realizacji minie tyle czasu. Po siedmiu latach stałam jednak tu, pod schroniskiem na Luboniu Wielkim, z rowerem na grubych oponach załadowanym manatkami. Dopijając ostatni łyk lokalnego piwa kupionego w spożywczaku w Rabce, zastanawiałam się, czy dam radę. Trzy dni sam na sam ze sobą i górami.


PLAN


Plan był więc prosty – przejechać MSB na rowerze. Nie zakładałam oczywiście, że zrobię to w jednym ciągu. Dużo atrakcyjniejszym pomysłem było wykorzystanie bikepackingowej zajawki i rozbicie trasy na trzy dni. Teoretycznie Mały Szlak Beskidzki biegnie w kierunku od Bielska do Rabki. Bardzo ciężko jednak gdziekolwiek znaleźć informację o tym, w którą stronę szlak jest bardziej przyjazny dla rowerowego tobołkowicza. Ze względów psychologicznych i praktycznych wybrałam kierunek odwrotny do klasycznego. Lepiej jest być coraz bliżej domu, niż się od niego oddalać.

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ PIERWSZY


Prolog w postaci wjazdu na szczyt Lubonia i spędzenie nocy w schronisku było genialnym pomysłem. W piątkowy wieczór byliśmy tu tylko my i dwóch chłopaków z obsługi. Nocleg w wieloosobowej sali, z której okna wychodzą na cztery strony świata, do dyspozycji tylko dla nas, robił klimat.
Budzę się dość wcześnie. Na razie jest jeszcze ze mną Artur. Po śniadaniu zrobi kilka zdjęć i wróci do domu, a ja trzy dni wypatrywać będę drzew oznaczonych czerwonym symbolem szlaku. Wracając jednak do śniadania, nie wiem, w czym tkwi sekret, czy to cudowne umiejętności gospodarzy, czy smak jajek od kur z wolnego wybiegu albo widok z okna. Z pewnością była to najsmaczniejsza jajecznica, jaką kiedykolwiek jadłam. Czas jednak biegnie nieubłaganie i mimo zapasu przewidzianego na kilometry do pokonania tego dnia trzeba się już zbierać. Kilka ostatnich łyków kawy, sprawdzenie tobołków, rzut oka na czerwoną kropkę symbolizującą początek szlaku. Let the adventure begin.

 

Mały Szlak Beskidzki od razu pokazuje, że to nie będzie łatwizna. Od razu też okazuje się, że rezygnacja z sakwy podsiodłowej i pozostawienie w rowerze myk‑myka było dobrym pomysłem. Czerwony szlak od Lubonia Wielkiego do Mszany jest całkiem stromy i wymagający. Co raz to wymaga wysunięcia siedzenia za siodełko. Spore kamienie beskidzkiej rąbanki dla plusowych opon nie stanowią jednak problemu. Pierwszy fragment utwierdza w przekonaniu, że wybrałam dobry rower i dobry kierunek pokonywania trasy. Oj, mordęgą byłaby tu wspinaczka na szczyt.
Zdanie niestety zmieniam bardzo szybko, gdy po przejeździe przez Mszanę przychodzi mi najpierw błądzić w poszukiwaniu czerwonych oznaczeń (nawet telefon z nawigacją nie pomógł), a potem zupełnie dzikim wąwozem przedzierać się przez chaszcze i beskidzką dżunglę. Wspinaczko‑wypych na Lubogoszcz jest pierwszym egzaminem charakteru na tej wyprawie. Zdaję go celująco i w zamian otrzymuję kolejny syty zjazd tego dnia. Ta cześć szlaku to Beskid Wyspowy. Chyba na zawsze zapamiętam te stromizny.

 

 

 

 

 

 

Trzeci podjazd tego dnia jest już znacznie przyjemniejszy. Rower z tobołkami waży dużo więcej niż standardowo, ale powoli zaczynam się przyzwyczajać. Niespiesznie młynkując, docieram na szczyt Lubomira. Jest dość wcześnie i okazuje się, że w znajdującym się tam obserwatorium astronomicznym akurat odbywa się pokaz. Miny turystów i reakcje na widok mnie wtarabaniającej się z ubłoconym rowerem na sterylnie czyste posadzki holu obserwatorium – bezcenne. Na szczęście pan stróż i przewodnik w jednym nie miał żadnych obiekcji, a pod koniec seansu zasugerował, że powinnam była wcześniej zapisać się na odbywający się dziś wieczorem specjalny pokaz nocnego nieba. Niestety, miejsc już nie ma, a w brzuchu zaczyna burczeć, więc na mnie pora.
Do kolejnego przystanku w podróży docieram wyjątkowo szybko. Pomidorowa, naleśniki, kawa. O, jak mi dobrze. O, jak mi się nie chce ruszyć. Nie wiem czemu, ale kawa zawsze działa na mnie usypiająco. Słońce świeci, spod przymrużonych powiek spoglądam na góry. A może by tak tutaj zostać? Łapię mapę i po szybkiej analizie stwierdzam, że to całkiem dobry pomysł. Plan był taki, by nocować gdzieś wysoko i rano zobaczyć wschód słońca, i albo zrobię to teraz, albo do najbliższego sensownego szczytu jest 20 km drogi i co najmniej 500 metrów przewyższenia. Wtedy na pewno rozbijałabym obozowisko już po ciemku. Nie mam parcia na kolejne kilometry, nigdzie nie muszę się spieszyć, wybieram spokojny wieczorny chillout. Wynajduję kawałek wolnej trawy z ławeczką, taki tam pokój w hotelu z milionem gwiazdek. Kupuję w schronisku zestaw na dobry sen i dosiadam się do pary przy ognisku.

 

PRZYZNAM, ŻE PRZESTRASZYŁAM SIĘ TROCHĘ WILKÓW, GDY PO 65 KILOMETRACH W NOGACH, SPORO PO ZACHODZIE SŁOŃCA, WRESZCIE DOTARŁAM DO WIATY NA LESKOWCU.

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ DRUGI


Rano zamiast wschodu słońca budzi mnie szeleszcząca folia NRC. To bardzo fajny i budżetowy element zestawu podróżnego każdego początkującego bikepackera. Na niebie chmury, z porannej kawy przy wschodzie słońca nici. Na szczęście w trakcie, gdy przygotowuję owsiankę, coś w temacie pogody zaczyna się zmieniać. Chyba będzie dobrze. Dziś wypadałoby zrobić więcej kilometrów niż wczoraj, ogarniam się więc najszybciej, jak mogę, i gdy kompani od ogniska wychylają dopiero nosy z namiotów, ja mam za sobą już kilka dobrych kilometrów i ląduję na drugim śniadaniu pod spożywczakiem w Myślenicach.
MSB to szlak trzech Beskidów – Beskidu Wyspowego, Makowskiego i Małego. Każdy z nich jest inny, każdy potrafi zaleźć za skórę lub zauroczyć. Beskid Makowski na zawsze zostanie dla mnie Beskidem Wiecznych i Niewysychających Kałuż oraz kładowców. Mimo szczerej niechęci zarówno do jednych, jak i drugich, rejony Beskidu Makowskiego spodobały mi się w MSB chyba najbardziej. Co ciekawe, mimo iż cały MSB przebiega blisko wielu miasteczek i zabudowań, w ciągu całego dnia spotykam na szlaku zaledwie kilku turystów. I nie powiem, żeby mi to jakoś specjalnie przeszkadzało. Co więcej, czuję się nawet bezpieczniej. Bo w górach niestraszne mi wilki czy niedźwiedzie, a niestety tylko przedstawiciele mojego gatunku.

No dobra, przyznam się, że przestraszyłam się trochę wilków, gdy po 65 kilometrach w nogach, sporo po zachodzie słońca, wreszcie dotarłam do wiaty na Leskowcu, gdzie zaplanowany miałam kolejny nocleg. A tam, jak mówi stare przysłowie, było ciemno, zimno i do domu daleko. Nie rozpaliłam ogniska, nie zrobiłam oszałamiających zdjęć rozgwieżdżonego nieba. W trymiga zjadłam tylko zalegające w sakwie kanapki z mielonką, pobiłam rekord prędkości w pompowaniu materaca i szybko ukryłam się w śpiworze, mając nadzieję, że po tak męczącym dniu błyskawicznie zasnę i wyobraźnia przestanie działać. Oj, złudne to były nadzieje.

 

 

DZIEŃ TRZECI

 

Na szczęście po nocy przychodzi dzień i wilki uciekają. Warto było zakosztować tej nocnej grozy, by rano zjeść sobie owsiankę z widokiem w tle i bez wyrzutów sumienia tabliczkę Milki Oreo zapić gorzką kawą. Oj, długo trwało to śniadanie. A gdy tak rozważałam, czy już się zebrać, czy jeszcze chwilę posiedzieć, nagle usłyszałam zgrzyt szutrowych kamyczków pod rowerową oponą. Szczęka mi opadła, gdy przed wiatą pojawił się drugi tobołkowicz zdziwiony widokiem równie mocno jak ja. Niestety, ostatni zapas kawy został przeze mnie wypity, a dwie kostki Milki ukryte na czarną godzinę. Pogadaliśmy więc sobie na sucho o planach i bikepackingowych doświadczeniach, a potem, mimo iż tą samą drogą, to jednak osobno i swoim tempem pojechaliśmy każde dalej.

Mimo średnio przespanej nocy trzydzieści kilka kilometrów, które zostały do celu, nie wydawało się żadnym wyzwaniem. Powoli i leniwie pokonywałam kolejne metry szlaku, zatrzymując się we wszystkich możliwych miejscach, podziwiając każdy pojawiający się za zakrętem widok, zamawiając kawę wszędzie, gdzie się da. Beskid Mały okazał się równie rzadko uczęszczany przez turystów jak wcześniej przejechane tereny. Dopiero na Żarze pwoczułam, że cywilizacja jest blisko. Szybko więc uciekłam w kierunku ostatniego czekającego mnie podjazdu. Nie wiem czemu, ale byłam święcie przekonana, że podjazd prowadzący na Hrobaczą Łąkę okaże się asfaltowy. Jakież było moje zdziwienie, gdy jasnym stało się, że szlak wiedzie terenem. Wypych był wymagający, na szczęście w pewnym momencie nastromienie odpuściło, dzięki czemu można było wsiąść na rower. I już witałam się z gąską i już myślami byłam w Straconce, gdy tyłem roweru zaczęło nosić na lewo i prawo. Guma! Złapałam gumę na podjeździe. Po 130 km beskidzkiej rąbanki złapałam gumę na szutrowym podjeździe. Na plusowych oponach, których ściągnięcie z obręczy graniczy z cudem.


Po piętnastu minutach mocowania się postanowiłam wykorzystać jedyne dostępne koło ratunkowe – telefon do przyjaciela. Po krótkiej konsultacji, będąc już pogodzoną z sześciokilometrowym spacerem, przystąpiłam do ostatniej próby ściągnięcia opony z obręczy i… patent sprzedany przez przyjaciela sprawdził się. Wystarczyło tylko przy leżącym na ziemi kole butami przydepnąć oponę, a felgę pociągnąć do góry i… pykło.

 

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się cieszyłam. Odmówiłam nawet 10 zdrowasiek przy Najświętszej Panience na Przełęczy u Panienki. I przypomniałam sobie modlitwę do świętego Onufrego, patrona wędrowców, spotkanego dzień wcześniej na górze Chełm. To pewnie dzięki nim ostatnie zjazdowe, kręte kilometry z Gaików pokonałam bezpiecznie i ostatecznie dotarłam do Straconki, gdzie moim oczom ukazał się długo wyczekiwany znak – „MSB. Koniec i początek szlaku”. Usiadłam sobie wtedy zmęczona na schodach i pomyślałam, że ten koniec faktycznie jest jednocześnie początkiem. GSB czeka. Oby nie kolejnych siedem lat.

 

 

 

Artykuł został opublikowany w numerze 10/2017 Magazynu Bike, wydanie elektroniczne TU

 

Komentarze do artykułu