Bohemia Tour z Czech MTB Holidays

„O, mówi pani po czesku” – taksówkarz ładuje moją torbę do bagażnika i chwilę potem suniemy przez miasto. Już ciemno, ale stolica jest rozświetlona i moje oczy atakują pocztówkowe obrazki. Gdzieś błysnęła Wełtawa… „Jeśli chce pani zobaczyć w nocy stare miasto, musi pani wziąć metro B (béčko) i jechać aż do Karlovo Náměstí. Jeśli się pani zgubi, niech pani do mnie zadzwoni”.



 

Bohemia tour

 

 

 

Hotel jest ogromny i pełen turystów. Kusi mnie ta Praga przeogromnie, ale kolejny dzień zacznie się bardzo wcześnie i jak mogę przypuszczać, będzie rekompensatą za wszystko, co mogłabym przegapić w stolicy. Jutro wyścigi elity w Nowym Mieście na Morawie.

 

 

Nové Město na Moravě (czytaj: nowe mniesto na morawie)

 

 

nove mesto na morave

 

 

Nowe Miasto na Morawie to dziura. Mają tam Penny Market i jakiegoś Alberta, ale wokół nie ma nic. Trochę wzgórz, lasów i to wszystko. Jednak od 2012 roku udaje się organizować tam zawody Pucharu Świata XCO (6 Pucharów Świata i Mistrzostwa Świata w 2016 roku), o których zawodnicy i kibice mówią: „najlepsze”. Dlaczego? Może dlatego, że jest tam ładnie, jest arena z trybuną, gdzie można usiąść, jest przyjemny las? Może dlatego, że to środek gęsto zaludnionej Europy, a nie mały kontynent na Pacyfiku, który jest daleko od wszystkiego? Może fajna jest trasa? A może Czesi potrafią kibicować… „Najlepsze” – tak mówią wszyscy. Ja mówię: jeśli odbędą się znowu, będę tam.

 

 

 

 

 

 

„W piłce nożnej we Włoszech fani nie kibicują swojej drużynie, walczą przeciwko kibicom przeciwnika. Tutaj wszyscy kibicują wszystkim. To niesamowite!”

Roberto Amaglio, BICITV.it

 

 

 

 

move mesto na morave

 

 

Rzeczywiście, i tegoroczny Puchar Świata w Nowym Mieście na Morawie jest imprezą wyjątkową. Dziesiątki kamer, głos spikera niosący się po arenie, tłumy ludzi przemieszczające się między areną a lasem (gdzie toczy się najważniejsze), fale ludzkiej wrzawy dobiegające z lasu, trąbki, dzwonki, syreny, piły łańcuchowe... Kibice i fotografowie mieszają się z zawodnikami. To tutaj, jakby nigdy nic, mija cię Nino Schurter, Annika Langvad rozmawia przez telefon, siedząc dwa metry od ciebie na schodach. Nie da się uczestniczyć w tym wszystkim bez emocji. To nawet nie chodzi o miłość do MTB… Atmosfera tej imprezy się udziela. Czują to kibice i czują zawodnicy.

 

 

 

 

 

 

Start zawsze poprzedza ta sama muzyka, która potem cichnie i sekundy przed startem przechodzi w dudnienie serca... a potem następuje strzał! Rozszalały peleton rusza w sprinterskim tempie po równym asfalcie owalu areny, zawodnicy walczą o najlepszą pozycję na wjeździe do lasu. Naprawdę wstrzymuje się wtedy oddech. Wstrzymuje się go, gdy ktoś leci przez kierownicę na ostrym rock gardenie, jak walczy z korzeniami na Shimano Expert Climb. Obojętne kto. To niesamowity sport dla ludzi równie mocnych, co szalonych. Kibicuje się tu pierwszym i ostatnim. Tym, co jadą i tym, co „cisną z buta”. W Pucharze Świata na podium staje pięciu zawodników i zawodniczek. Wiedzieliście?

Po wyścigu męskiej elity wszystko cichnie. Arena wyludnia się i w ciągu godziny po wyścigu nie ma na niej prawie nikogo. Czy warto zostać tam dłużej? Czy poza Penny Marketem i Albertem jest tam coś jeszcze?

 

 

 

 

nove mesto na morave

 

Annika Langvad rozmawia przez telefon, siedząc dwa metry od ciebie na schodach

 

 

 

 

Bohemia Tour z Czech MTB Holidays

 

 

bohemia

 

 

 

Vysočina

 

Vysočina Aréna jest areną biathlonową i zimą miejscem rozgrywania jednej z edycji Pucharu Świata. Otoczona wzgórzami o wysokości około 900 m n.p.m. doczekała się swojej sieci traili MTB. Wszystkie bardzo łatwe (poza jedną troszkę trudniejszą kamienną ścianką), ciągną się po obu stronach drogi prowadzącej do areny, czasem przecinają tereny, po których poprowadzona jest trasa Pucharu Świata XCO. Jeśli zdecydujecie się zostać jeden dzień dłużej, będzie co robić. Ścieżki są oznaczone, dość szybkie, czasem wymagające podjeżdżania miłymi serpentynkami, czasem pozwalają puścić się z góry i ulec przyjemnemu flow. Wszystkie poprowadzono w pięknym, przejrzystym lesie, w którym w lipcu zaczynają pojawiać się pierwsze grzyby. Lasy i pola ciągną się tutaj kilometrami. To kraina pagórków, między którymi trudno złapać choćby fragment płaskiego terenu. Jest albo w górę, albo w dół. Na trasie o długości pięćdziesięciu kilometrów nabija się tutaj ponad tysiąc metrów przewyższenia. Łagodne fale Vysočiny mogą was zwieść, wzgórza bowiem często zakończone są ukrytymi wśród drzew skalnymi ostańcami, a zjazdy potrafią być kamieniste. Przyjemniej będzie tam na fullu niż na lekkim sztywniaku.

 

 

 

 

 

 

Penzion Pod Drátníkem

 

Jedenaście kilometrów na północ od żyjącego Pucharem Świata Nowego Miasta znajdują się tereny na prawdziwy odpoczynek. Po całym dniu biegania z aparatem po lesie, po emocjach, upale i hałasie marzę o prysznicu, świeżych ciuchach i kolacji. Dopiero po przyjeździe na miejsce mamy okazję się poznać. Dziennikarze: Roberto, Luca, Jarek, Matthias, Daniel, Christian, Karl, Jonas, Signe oraz Jan i Radim z Czech MTB Holidays, Martin z Czech Tourism i ja. Jest ciepło, siedzimy na zewnątrz. Już odebraliśmy i dopasowaliśmy swoje rowery. Mam wrażenie, że wszyscy mamy podobnie ograniczone pragnienia – zimne czeskie piwo i obiad – vepřový řízek s bramborovým salátem (czyli schabowy z sałatką ziemniaczaną) będzie idealny! Przyłącza się do nas Petr Slavík, fotograf związany mocno z Nowym Miastem. Pracuje tu podczas Pucharu Świata MTB i imprez biathlonowych. Znamy się z Petrem już z poprzedniej czeskiej wyprawy i wiem, że na pewno możemy liczyć na dobre zdjęcia.

 

 

 

 

 

 

Ukryte w lasach

 

Wyruszamy rankiem po śniadaniu. Mam w bukłaku dwa litry izotonika i nie jestem pewna, czy to wystarczająca ilość na dziś. Poranne powietrze jest już lepkie od zbliżającego się upału i po pierwszym podjeździe kropelki potu spływają mi po plecach. Mamy w ekipie Włochów w szosowych ciuszkach, Dunkę, która nigdy nie jeździła na MTB i Szweda, który szykuje się do poważnego wyścigu i nie chce szarżować… Włosi są mocni pod górę, Jonas (potężny Duńczyk) świetny technicznie. Mijamy wioskę Blatiny i wjeżdżamy w teren. Wszystkie wioski, jakie dziś miniemy, będą urokliwe, ze starymi, często drewnianymi, bielonymi wapnem domami, ukryte w kwiatach, między starymi drzewami. Mało tu sypiących się ruder i okolica robi na mnie wrażenie bogatej.

Nie robimy ogromnej liczby przewyższeń, zresztą nasza trasa liczy zaledwie 35 kilometrów długości. Skaczemy między 600 a 900 m n.p.m., co i tak jest zaskakujące, bo nikomu nie wydaje się, że jesteśmy w górach. Vysočina pod tym względem potrafi zadziwić. Fale przypominają ukształtowanie Kaszub lub Suwalszczyzny, jednak teren położony jest wysoko. Žďárské Vrchy wyglądają niepozornie, ale kryją kilometry pieszych i rowerowych tras, których nie powstydziłyby się Sudety. Kamieniste, wręcz skaliste ścieżki prowadzące lasami pozwoliły wycisnąć z naszych fulli pełnię ich możliwości. Signe, nasza kopenhaska, miejska rajderka, omija czasem trudniejsze fragmenty, jadąc z jednym z naszych przewodników łatwiejszą trasą. Ilość dróg i szlaków jest tu olbrzymia. Czechy, według tego, co podaje nasz ekspert z Czech Tourism, mają największe na świecie zagęszczenie pieszych szlaków turystycznych – 48 tysięcy kilometrów ścieżek w tym niewielkim powierzchniowo kraju. Wszystkie, lub prawie wszystkie, dostępne są dla rowerzystów.

 

 

Bohemia. Trutnov Trails

 

Wyjeżdżamy bardzo wcześnie, by dotrzeć do Trutnova, pojeździć po tamtejszych trailach i na wieczór dotrzeć do Frýdlantu, skąd na następny dzień uderzymy na Singletrek pod Smrkem. Jeszcze raz mam okazję zachwycać się Vysočiną. Obserwuję szosy, po których jedziemy, dość wąskie, ale gładkie, nowe, wijące się, pnące w górę i opadające, gdy przeskoczą przez wzgórze. Już patrzę w Google, jak daleko to ode mnie, czy dotrę tu na rowerze, czy lepiej podjechać gdzieś pociągiem. To mój plan na lato. Jeśli nie to, to następne. Torba podsiodłowa, trochę koron i gravelowe opony. To kraina stworzona dla włóczykijów.

 

 

 

 

 

W Trutnovie czekają na nas Dušan i Klara, nasi przewodnicy. Dušan – jeden z nielicznych czeskich instruktorów jazdy pracujących swego czasu w Whistler, związany z Trutnov Trails, opowiada o idei ścieżek. Trutnowskie ścieżki, podobnie jak Rychleby, powstały z lokalnej inicjatywy. Pracują tu wolontariusze, najczęściej własnymi rękami kopią i utwardzają ścieżki, przenoszą głazy, wytyczają nowe linie. Charakter ścieżek przypomina trochę Rychleby. Podobny las usłany głazami, podobna trudność niektórych tras. Nie ma tu jednak takiego centrum, jak Základna na Rychlebach, jest kilka parkingów i wioska Lhota, gdzie można szukać noclegu.

 

 

 

trutnov trails

 

trutnov trails

 

 

 

 

Podjazdówki potrafią dać w kość, bo nie znajdziecie w Trutnovie wyciągu ani „tarpanów” dla leniwych. Co chcesz zjechać, musisz wydeptać. Każdy zjazd kosztuje napięte udo i łydę, a za łyk adrenalinki płacisz własnym potem. Ale opłaca się! Trasy są miodne! Nie ma nudy nawet przez kilka metrów. Czarne trasy są wciąż przejezdne, ale linie po głazach lub między nimi wymagające uwagi. Już dawno nie jeździłam po czymś tak dobrym! Brakuje nam czasu, by spróbować wszystkiego. Wiem jednak, że gdy tylko nadarzy się okazja, wrócę tam, by przejechać wszystkie opcje. To miejsce gdzie „I can get no satisfaction” nie działa. Potwierdzeniem jakości i soczystości tych tras jest fakt, iż kilka kilometrów dalej startuje organizowana od lat MTB Trilogy – etapówka enduro popularna również wśród zawodników z Polski.

 

 

 

trutnov trails

 

 

 

Singletrek pod Smrkem, stary ale jary

 

To najstarsze centrum ścieżkowe w Czechach. W całości zbudowane z państwowych pieniędzy, od początku zaplanowane i zrealizowane bez kompromisów i przy użyciu ciężkich maszyn. W celu? Ożywienia ruchu turystycznego w umarłym prawie regionie, z trzech stron otoczonym Polską i odgrodzonym górami od reszty Czech. Bezrobocie, spadek zaludnienia, bieda, które nękały region Frydlantu i Nowego Miasta pod Smrkem udało się dzięki ścieżkom zatrzymać. Szacuje się, że obecnie Singltrek pod Smrkem odwiedza rocznie 80 tysięcy ludzi. Głównie Czechów, Polaków i Niemców. W miasteczkach powstają pensjonaty, otwierają się gospody, budują nowe hotele dla bardziej wymagających gości. Jan z Czech MTB Holidays tłumaczy:

 

W tej chwili widzicie prowincjonalne miasteczko, gdzieniegdzie odrapane budynki, tu jakiś przystanek, tam klomb, dalej Lidl czy Billa. Jeszcze kilka lat temu wyglądało tu jak po wojnie, ludzie nie mieli pracy, każdy chciał stąd uciekać. Ścieżki bardzo dużo zmieniły. To niesamowite, jak bardzo się tu poprawiło.

 

 

 

bohemia

 

 

 

Same ścieżki od lat pozostają niezmienione. Nie przybywa kolejnych kilometrów. Raz wybudowane trwają. Nie byłam tu półtora roku i zastanawiało mnie, jak wiele poznam. Czy ścieżki zrobiły się trudniejsze, bardziej poszarpane przez to, że rocznie przejeżdża je taka masa ludzi. Pamiętałam, że są łatwe, pamiętałam też, że po przejechaniu najlepszych części miałam dość.

 

 

 

 

bohemia

 

 

 

Trasa wiodąca najlepszymi z nich ma około 40 kilometrów długości i nie wymaga szczególnych umiejętności. Nie ma tu karkołomnych dropów, trudnych zakrętów, ścianek czy wąskich nawrotów. Ścieżki wymagają tylko jednego – kondycji. Jako że wszystko, co wiedzie w dół, trzeba najpierw podjechać, a wiele ścieżek prowadzi po poziomicach, jazda tutaj wymaga pedałowania. Dodatkowym bodźcem, by cisnąć mocno w pedały, jest fakt, że im szybciej się jedzie, tym większy fun. Tych ścieżek nie można jeździć wolno, one same proszą o prędkość.

 

Nigdy i nigdzie nie miałam takiej frajdy z prostej jazdy na rowerze. Obserwuję też moich towarzyszy. Trutnov sprawiał, że każdy na końcu trasy brał głęboki oddech i z impetem wypuszczał z nozdrzy powietrze – koniec! – mówił, ale to było trudne! Tutaj każdy jedzie z szerokim uśmiechem, oddychając jedynie trochę szybciej niż zwykle. Tak, Singletrek pod Smrkem jest łatwy, ale można tu zrobić porządny trening pod cross country, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. To też rewelacyjna szkoła płynnej jazdy, balansowania ciałem, spostrzegawczości i delikatności w prowadzeniu roweru. Zazdroszczę tym, którzy mają tu blisko!

 

 

 

Bohemia

 

 

 

Bohemia Tour pożegnanie

 

Rankiem żegnamy się pod hotelem. Czeka mnie kilka godzin w Pradze (tych kilka godzin na zwiedzanie, których zabrakło w wieczór mojego przyjazdu). Włóczę się po mieście pełnym kolorowych turystów, zatrzymuję się na kawę (znów jest dobra, duża i za kwotę godną stolicy), odwiedzam antykwariaty, zaglądam w uliczki, gdzie nie ma turystów. Podchodzę schodami pod Hradčany i zdaję sobie sprawę, że dwa dni wcześniej to tutaj odbywały się Pražské Schody i to tutaj Nino Schurter złapany został na setkach zdjęć podczas lotów nad stopniami.

 

 

 

PRAHA_103.jpg PRAHA_122.jpg

 

 

 

 

Spoglądam w dół i nie chcę sobie nawet wyobrażać kół mojego sztywniaka, gdybym spróbowała zjazdu po tej kilkusetmetrowej tarce. Aż zaczynają boleć mnie nadgarstki. Praga jest tłumna, głośna, trochę tandetna, ustrojona straganami z pamiątkami, ale mimo to jest w niej magia. Chętnie tu wrócę, gdy zrobi się chłodniej i znikną hordy turystów, zwłaszcza że pociąg Warszawa Wschodnia – Praga jest wygodny i nie kosztuje majątku.

 

 

 

Bohemia

 

 

 

Bohemia. Znowu piwo?

 

Jakoś tak się utarło, że w Czechach nie ma co zjeść. Wszyscy jeżdżą do Czech na piwo, ale nie, by delektować się jedzeniem. Gulasz z knedlikiem, smażony ser, udko kaczki z czerwoną kapustą, ewentualnie ichniejsze buchty z czarnymi borówkami i twarogiem posypane straszną ilością cukru pudru. Byłoby na tyle. Jest oczywiście zupa czosnkowa, która jest świetna prawie wszędzie, ale wymaga wyjątkowej solidarności towarzystwa, albo wszyscy albo nikt. Takie są zasady. Mieliśmy szczęście, Penzion Pod Drátníkem oferował pyszne, wręcz wykwintne jedzenie. W gospodzie Klokoči, gdzie zatrzymaliśmy się, jeżdżąc po Vysočinie, nakarmiono nas świetnymi, prostymi potrawami.

 

Výletní Lhotecká hospoda przy Trutnov Trails wygląda niezachęcająco, ale dostaniecie tam zupę zwaną Valašská kyselica, będącą czymś w rodzaju naszego kapuśniaku zabielonego śmietaną. Po całym dniu jazdy po trutnowskich głazach to porządna dawka energii, tradycyjnie bowiem była to zupa podawana na śniadanie przed całym dniem pracy w polu lub w lesie. W Penzionie na Růžku w Nowym Mieście pod Smrkem dostaliśmy olbrzymie lemoniady i sute tradycyjne czeskie posiłki. Spragnieni węglowodanów kolarze mogą tam liczyć na wielką porcję spaghetti ze szpinakiem. W każdym z tych miejsc można dostać smoliste espresso (zwane często przez Czechów „presso”), „turek” w szklance jest tutaj już chyba tylko wspomnieniem po dawnych czasach…

 

 

 

Bohemia

 

 

 

Naszymi przewodnikami byli Jan i Radim z Czech MTB Holidays

 

 

Wycieczka odbyła się dzięki zaproszeniu i gościnności Czech Tourism

 

Komentarze do artykułu