ŻAR TROPIKÓW – BESKID ELEKTRYCZNY

Magurka Wilkowicka, odkryta kilka lat temu, jest przedsmakiem tego, z czym trzeba się zmierzyć w Beskidzie Małym. Jest stromo. Bardzo stromo. Od dziś nazywamy te góry Beskidem elektrycznym. Elektryczność jest tu znakiem szczególnym.



Z jakiegoś powodu nigdy nie jeździliśmy tu na góralach. Odwiedzaliśmy Bielsko i Szyndzielnię, wjeżdżaliśmy na Skrzyczne, przebijaliśmy się ze Szczyrku w stronę Brennej i Wisły, ale nigdy nie jeździliśmy na Żar.

 

ŻAR

 

Na Górę Żar można wjechać kolejką. Tak robią wszyscy, którzy przyjeżdżają tu trenować na trasach zjazdowych. Góra oferuje trzy trasy o różnym stopniu trudności. To tutaj rozgrywane były Mistrzostwa Polski w DH i zawody Pucharu Polski. Z góry po prostu leci się w dół, jest stroma. Na Żar można wjechać też szosą. Na rowerze. Dla samochodów góra jest zamknięta. Oblegana przez paralotniarzy, zjazdowców i ambitnych rajderów enduro, rzadko jest bazą wypadową na dłuższe włóczęgi po górach. Nikt nie pcha się tutaj na crosscountrowym rowerze, nigdy nie było tu żadnego maratonu, nikt nie przyjeżdża tu z dziećmi, by zarazić je MTB. Przyczyna jest prosta. Większość szlaków w okolicy nadaje się tylko do pieszej turystyki. Nachylenia szlaków są tak wyśrubowane, że podjechanie ich przestaje być wyzwaniem, a zaczyna przechodzić w niekończącą się irytację. Dziesięć metrów jazdy, dwadzieścia wypychu, pół kilometra zjazdu i kolejne metry sprowadzania na granicy zjeżdżania na tyłku. Nie, to nie jest teren na udaną wycieczkę. To góry dla masochistów.

 

Żar Tropików - Beskid Elektryczny

 

MAMY ELEKTRYKI I NIE ZAWAHAMY SIĘ…

 

Dzień wcześniej konsultujemy trasę z Olą i Rafałem Nyczami. Pomysłodawcy i organizatorzy Pucharu Bimbru znają okolicę jak własną kieszeń. „Powyżej 800 metrów n.p.m. wszędzie leży śnieg. Jeśli chcecie pojeździć, nie możecie pchać się wyżej”. Jest oszałamiająca widoczność! Po drodze obserwujemy po kolei czeskie Beskidy, Czantorię, w końcu wyłania się i Szyndzielnia, i Skrzyczne, a dalej Pilsko i Babia Góra. Na każdym z tych szczytów panoszy się śnieg. Mamy wstępną koncepcję trasy, ale zupełnie nie wiemy, co zastaniemy w górach.

 

Rozpoczynamy nasza jazdę z prawie pustego parkingu pod dolną stacją kolejki. Dziś otwarcie sezonu i są już pierwsi amatorzy tras zjazdowych na Żarze. Grzegorz na Treku Powerfly, ja na Livie Emolden – jesteśmy dziś elektryczni. Doświadczenie podpowiada nam, że oszczędne użycie mocy pozwoli przebyć 35 kilometrów z hakiem i pokonać przynajmniej 1000 metrów w pionie. Jedyny warunek to nie szarżować z wykorzystaniem wspomagania. Wdrapujemy się asfaltowym podjazdem i już po chwili przekonujemy, że nie jesteśmy specjalnie szybcy. Wyprzedza nas szosowiec na wąskich oponkach i mimo że jego przełożenia na pewno mu pod górę nie sprzyjają, zostawia nas w kurzu. Zrobi dziś dobry czas na tym podjeździe, bo huraganowy wiatr wieje mu prosto w plecy. My, by samym sobie nie przynosić wstydu, skręcamy w teren.

 

Żar Tropików - Beskid Elektryczny

 

SPOKÓJ

 

Wiatr w lesie jest mniej dotkliwy. Szutrowa leśna droga, jak rozhisteryzowana nastolatka, wpada ze skrajności w skrajność. Od jezdni dzieli nas ledwo szlaban, a terenowa droga od razu robi się stroma. Bardzo stroma. Szacuję tę stromiznę okiem maratończyka i mam wątpliwości, czy jest podjeżdżalna. Z trybu eco przełączam wspomaganie o dwa stopnie wyżej. Olbrzymia (jak na MTB) zębatka przy korbie nie pomaga mi. Moja kadencja spada. „Sto dwadzieścia trzy, sto dwadzieścia trzy”. Liczę sekundy i obserwuję moje stopy na korbach. Kadencja poniżej sześćdziesiąt obrotów na minutę nie daje mi nadziei na przyjemną jazdę. W dodatku słońce chowa się za chmury. Rower jedzie, mozolnie pnie się w górę, czuję się jak podstarzały szosowiec na klasycznym rowerze wyciągnięty na przełęcz Zoncolan przez swoich młodszych kolegów na nowoczesnych szosówkach. Obserwuję Grzegorza, który wesoło kręci korbami. Nie mogę uwierzyć, że ktoś wpadł na pomysł montażu w góralu korby z trzydziestoma sześcioma zębami. Silnik mojego roweru na każdej przeszkodzie, na której płynność mojej kadencji niemiłosiernie się rwie, traci moc. Rower „myśli”, że się zatrzymałam i sam się zatrzymuje. Bez wspomagania, z kadencją 40, pod cholernie stromą górę nie da się pociągnąć roweru ważącego 20 kilo. Poddaję się. Chwilę później poddaje się również nasza ścieżka. Szutrowa droga prowadziła jedynie do ogrodzonego płotem młodnika. Wracamy.

 

Żar Tropików - Beskid Elektryczny

 

DMUCHAWCE, LATAWCE, WIATR

 

Udaje nam się znaleźć leśną ścieżkę, która milutko biegnie lasem, by za chwilę wypaść na trawiasty stok porośnięty niskimi brzózkami i jeżynami. Kilkadziesiąt metrów dalej wypadamy z powrotem na asfalt, gdzie przed momentem wyprzedził nas szosowiec. Szczyt Góry Żar wieńczy górny zbiornik elektrowni wodnej Porąbka‑Żar. Jest ogrodzony i nie ma do niego dostępu, inaczej niż w czeskich Koutach nad Desnou, które możecie znać z tamtejszego bike parku, gdzie jak nikt nie patrzy, można objechać sztuczne jezioro dookoła, nie schodząc z roweru (oficjalnie jest zakaz). Można śmiało powiedzieć, że przebywanie na szczycie Góry Żar w dniu otwarcia sezonu rowerowego 2019 nie było wielką przyjemnością. Wiało tak potwornie, że wolałam porzucić nonszalanckie pozy, wypiąć się obiema nogami z pedałów i stanąć obok roweru niż silić się na kolarskie podpieranie o rower jednym posadzonym wciąż na siodle pośladkiem. Kilka szarpnięć pod wpływem podmuchów uświadomiło mi, że jestem mało stabilnie „zakotwiona”. Taka pogoda wystraszyła też paralotniarzy, którzy często tu trenują. Rzut okiem na widoki, jedno zerknięcie na mapę i ruszamy dalej.

 

KICZERA

 

Ruszyliśmy wzdłuż ogrodzenia zbiornika, podążając czerwonym szlakiem w stronę Kiczery. Wiatr wieje nam prawie w plecy, a początek jest płaski. Za chwilę rozpoczyna się podjazd i znów zastanawiam się, czy taka stromizna nie pokonałaby mnie i mojej sztywnej i klasycznej dwudziestkidziewiątki. Teraz, jak czarnoksiężnik, przywołuję moce drzemiące w moim zaklętym rumaku i (z kompletnie niegórską kadencją) prześlizgujemy się po wzniosach terenu. Dopóki teren jest łatwy, sztuczka udaje się bez problemu. Kiedy robi się naprawdę ciężko, gdy pojawiają się progi, czarodziejskie moce przy najlżejszych (ale wciąż żałośnie za twardych) przełożeniach wymykają się spod kontroli. Moc jest na nic, gdy jest trudno i stromo, a kadencja nie jest płynna. Silnik pracuje w skrajnych trybach – rower albo rusza z kopyta i staje dęba, albo po prostu się zatrzymuje. Liv, na którym jadę, przy lepszej konfiguracji przełożeń, stałby się bardzo przyjemną maszyną, teraz z zazdrością patrzę na płynną jazdę Grzegorza na Treku. Tam, oprócz silnika, rajder ma pod nogą to, do czego jest przyzwyczajony – górskie przełożenia Eagle’a NX.

 

Żar Tropików - Beskid Elektryczny

 

ŚNIEG

 

Wciąż jedziemy czerwonym szlakiem pieszym w stronę Kocierzy. Zaczyna kropić deszcz, a szlak wbija się w połać mokrego śniegu. Nie jesteśmy na to przygotowani, po kilku krokach moje buty wypełniają się bryłkami lodowatego firnu. Nie da się jechać, a transport ważących po 20 kilogramów rowerów to szarpanina. Brniemy tak kilkaset metrów, bez przekonania, że ma to sens. Spotkani na szlaku turyści o nietęgich minach raportują o kilometrach podobnej trasy. Zawracamy. W górach stanowczo nie ma jeszcze wiosny. Spotykamy ją trochę niżej, gdzie zatrzymujemy się na szybki piknik w okolicy leśnego paśnika dla zwierząt. Pachnie sianem i po śladach zostawionych przez sarny wiemy, że muszą lubić tę „restaurację”.

 

KAWA

 

Nauczyliśmy się tego od naszych niemieckich znajomych z Evoca. Kiedy masz wygodny plecak, nie widzisz problemu, by oprócz kurtki, apteczki i kanapek upchać w nim małą butlę z gazem i kawiarkę. Moment, kiedy kawa zaczyna bulgotać, wypuszczając obłoki białej pary w zimne górskie powietrze, jest magiczny. Ma w sobie coś z krzepiących słów kogoś, komu się ufa. „Wszystko będzie dobrze” – mówi kawiarka. „Damy radę” – odpowiadasz, biorąc pierwszy ostrożny łyk gorącej czarnej kawy. „Jest mleko?” – pyta ktoś, kto chyba nigdy wcześniej nie był w górach. No dobra, można mu wybaczyć, ważne, że jest kawa.

 

Żar Tropików - Beskid Elektryczny

 

PRAWIE JAK W PARKU

 

Po kawie i paruset metrach zjazdu orientujemy się, że nie odjechaliśmy wcale tak daleko od samochodu, jak się nam wydawało. Znów jesteśmy w Międzybrodziu Żywieckim, ale czujemy, że to trochę za wcześnie, by kończyć wycieczkę. Postanawiamy zwiedzić zaporę w Porąbce. Zupełnie przez przypadek odnajdujemy ścieżkę prowadzącą brzegiem Jeziora Międzybrodzkiego i zamiast ruchliwą drogą 948 jedziemy trawiastym nabrzeżem, przeprawiając się przez niewielki strumyk. Liv, na którym jadę, po raz pierwszy zdaje się odnajdywać swoje powołanie, jest płasko, równo, łatwo, na liczniku więc ponad 20 km/h. Nasza radość z jazdy kończy się wraz z granicą Międzybrodzia Bialskiego, kończy się nabrzeże i rowery trzeba wtargać pod kilkumetrową zadrzewioną skarpę. Wspominałam już, ile ważą?

 

HROBACZA ŁĄKA

 

Za Międzybrodziem znów robi się ładnie, zbocza są strome, a po drugiej stronie jeziora widać Górę Żar, która z daleka wygląda jak kolczaste szczeciniaste zwierzę, porośnięta bukowym lasem. Z cielska tego zwierzęcia wystają jak indiańskie strzały czerwono‑białe słupy wysokiego napięcia.

 

Żar Tropików - Beskid Elektryczny

 

Rozglądam się i dociera do mnie, że mijamy właśnie jedną z najsłynniejszych asfaltowych ścianek w okolicy, podjazd pod Hrobaczą łąkę. Nachylenie na nim rzadko spada poniżej 10%, a miejscami potrafi dobić do 20. Na elektryku to powinna być pestka.

Nie znam tego podjazdu, tylko o nim słyszałam, i spodziewam się kilkusetmetrowej sztajfy. Podjazd ma dwa i pół kilometra i nachylenie ani raz nie odpuszcza. Wleczemy się na naszych e‑bike’ach i zastanawiamy, czy starczyłoby nam determinacji, by podjechać go w całości na szosówkach. Próbujemy wykorzystać fakt, że mamy górale i wciąż rozglądamy się za terenowym zjazdem, ale wciąż wpadamy ludziom na podwórka i gubimy się w gąszczu ścieżek, które często prowadzą donikąd. Zjeżdżamy ulicą Jutrzenki, która wydaje się jeszcze bardziej stroma od głównego asfaltowego traktu. Wracamy na drogę 948 i kilometr dalej wita nas już zapora w Porąbce.

 

NA PRZEŁAJ

 

Istnieje rzecz, której kolarze nie lubią jeszcze bardziej od ciężkich kół, trąbiących kierowców i wiatru w twarz, to powroty tą samą drogą. Za żadne skarby nie wrócimy tak, jak przyjechaliśmy. Mamy elektryki i nie zawahamy się pchać ich, gdy zajdzie taka potrzeba.

 

Żar Tropików - Beskid Elektryczny

 

Asfaltowa droga wiodąca od zapory do kilku domków po drugiej stronie jeziora kończy się w lesie. Przewyższenie, jakie pokonaliśmy po utwardzonej nawierzchni, pozwala nam patrzeć z góry na taflę wody. W Treku i w Livie nieubłaganie gasną kolejne kreski stanu baterii, a leśne drogi robią się coraz bardziej strome. Mozolnie podjeżdżamy, wciąż widząc połyskujące między bukami jezioro. Okolica jest piękna, las i góry wydają się puste, nie spotykamy turystów, nie widać śladów opon na błotnistej nawierzchni tych leśnych traktów. Wciąż jedziemy, mimo że zatrzymujemy się czasem, by sprawdzić mapę. Bywa, że droga wiodąca w „dobrym” kierunku nagle odbija i musimy wybrać inną. Mapa mówi nam też, że warto czasem podprowadzić nasze wielotonowe rowery, by trafić na drogę, która zaprowadzi nas do celu.

 

NA HOL

 

Trzy kilometry przed celem bateria w Treku mówi „dość”. Mamy na liczniku 40 kilometrów po górach i prawie 1300 metrów przewyższenia. Niczego więcej nie oczekiwaliśmy, jednak pedałowanie pod górę na czołgu, który w dodatku stawia opór silnikiem, jest wyzwaniem przekraczającym cierpliwość normalnego człowieka. Jeżdżąc na elektryku, warto mieć obok kolegę też na elektryku. Gdy zabraknie wam prądu, ktoś jadący na zwykłym rowerze po prostu wam odjedzie, w odwecie za te wszystkie podjazdy, gdy było wam łatwiej. Kolega na elektryku po prostu pociągnie was do mety!

 

Żar Tropików - Beskid Elektryczny

 

PODSUMOWANIE

 

Strava nie wyłapała żadnych segmentów na naszej trasie, a to oznacza, że jeszcze nikt ich tam nie założył, jadąc na e‑bike’u. Zastanawiamy się, ile czasu minie do momentu, gdy pojawią się pierwsze. Rzeczywiście, elektryk potrafi zabrać nas tam, gdzie zwykły rower nie ma uzasadnienia. Pozwoli wam wjechać na Hrobaczą łąkę bez kropli potu na plecach, umożliwi jazdę wyboistym nabrzeżem prawie 25 km/h. Jeśli jednak jest naprawdę ciężko, na elektryku jest ciężej podwójnie! Czy ja już mówiłam, ile one ważą?

 

Przeczytaj o elektrykach z Żaru:

Trek Powerfly LT 9.7 Plus

Liv Embolden E+ 2

 

Przeczytaj również:

 

Dla pewności - Dirk Zedler

Propozycja na wakacje - Massa Marittima

Pierwsza jazda - Nowe Shimano XT M8100 vs. SLX M7100