Moja relacja ze Zwiftem – czym się różni miłość od nienawiści

Jeśli ktoś ci mówi, że cie kocha, wszystko jest jasne. Jeśli mówi rzeczy w stylu "nasza relacja", niekoniecznie. Skąd to wiem? Przeżywam to za każdym razem, gdy mam zrobić trening ze Zwiftem i skojarzenia z historiami z życia wziętymi są jednoznaczne.



Dokładnie to samo mam bowiem ze Zwiftem. Z jednej strony lubię go, a z drugiej, no właśnie...

 

Zabawmy się w psychologiczną wyliczankę. Spiszę plusy i minusy, żeby przekonać się, których jest więcej. Może to pozwoli mi wyjaśnić naturę tego uczucia. 

 

 

 

2565 km? Żeby tyle przejechać w ciągu kilku lat, trzeba kogoś przynajmniej lubić!

 

Plusy 

 

  • mam plan treningowy od Inpeak Academy, którego realizacja ma pomóc w osiągnięciu celu, czyli zbudowaniu formy. Taki jest cykl całego programu, który nazwaliśmy DRUGA MŁODOŚĆ SPORTOWCA (pod linkiem znajdziecie wszystkie podstawowe założenia). Trenażer podłączony do Zwifta pozwala mi na uniezależnienie się od warunków zewnętrznych typu pora dnia czy pogoda.
  •  jazdę na trenażerze bez Zwifta, jaki by to nie był trenażer, wspominam jako katorgę. Są tacy, co potrafią przez 6 godzin pedałować i patrzeć w ścianę. Serio. Mają żelazną psychikę (i dupy). Zwift zmienił moje podejście do tranażera.
  • każda minuta spędzona na Zwifcie jest sensowniejsza niż po prostu jazda. Przekonałem się o tym już cztery lata temu, gdy zaczynałem się bawić w tę grę. Pedałując zimą "dla zabawy" - a zima była wówczas zimowa jak obecna - na wiosnę okazało się, że najprostszy program treningowy ze Zwifta zdziałał cuda. Miałem nieoczekiwanie formę, a potem fajny sezon ścigania.
  • wiele treningów jest zrealizować łatwiej - rozpisane aptekarsko waty, interwały, na zewnątrz pilnowanie czasów i mocy jest trudne, w szczególności w połączeniu ze zmieniającym się ukształtowaniem terenu.
  • to zabawne, ale jazda po znajomych miejscach jest przyjemniejsza. Rozpoznaję fragmentu Londynu (jedna z tras), które znam. I już jest lżej pedałować.
  • bo łatwiej jest się męczyć, gdy robi się to w towarzystwie. To słynna "grywalność" i socjalizacja - trzymaj trzymanie się w kupie. Inni motywują, jazda komuś na kole także lepiej wchodzi niż po prostu machanie nogami.
  • nie trzeba myć roweru. Choć zastanawiam się, co mu się stanie pod wpływem tej ilości słonej wody, która po nim spływa. Parkiet ma już ślady (a pamięta Niemca).
  • można jeździć na krótko. O, to lubię. Krótkie spodenki, bielizna, jak latem!
  • poprawa humory dzięki widokom, a przede wszystkim (sztucznemu) słońcu - w światach Zwifta czasam świeci słońce, czasem pada deszcz, ale pogoda się zmienia szybciej niż w Walii, więc zwykle jest lepsza niż to, co zimą za oknem (szczególnie po ciemku). Czy wspominałem, że poważnie zastanawiam się, żeby zimą jeździć do podwrocławskich Siechnic ze względu na szklarnie z gigantycznymi żarówkami?  
  • czas. Rower stoi na trenażerze na stałe. Kilka minut wystarczy, by na niego wskoczyć.

 

 

 

Typowa wycieczka po Londynie....

 

Minusy

  • każda możliwość wyjścia na zewnątrz a nie pedałowania w miejscu jest lepsza. Kropka. 
  • każdy trening powyżej godziny to mordęga. Jaki by nie był. Pomagają zmiany tempa czy obciążeń, ale po godzinie zawsze już kombinuję, jakby tu przerwać wcześniej. Mój rekord w ogóle to 2 godziny, tegoroczny godzina czterdzieści.
  • tak, wiem, że są wiatraki itp, ale podczas interwałów tonę. Wielki ręcznik na kierownicy pomaga tylko częściowo.
  • Zwift nie zna litości. A może to mój trener Mikołaj Dziewa? Tak, wiem, że chcą dla mnie dobrze, ale 3 x 10 minut na progu FTP boli ;) W czasie jazdy drżącymi palcami trudno zmienić obciążenie albo inaczej oszukać zwierzchnictwo. Zawsze można odpuścić, ale to boli głęboko w sercu, że się nie dało rady!
  • Zwift jest nudny. To trenażer, nawet jeśli podpięty do ekranu. Używam go z wymienionych w plusach powodów i tyle. Nawet udany sprzęt do trenowania, jakim jest Elite Direto X ,tego nie zmieni.

 

Co wyszło?

 

Jak w życiu, odpowiedź brzmi czasami: nie wiem. W przeciwieństwie do związków tu świadomość statusu związku na szczęście nie jest taka ważna. Gdy to czytacie, jestem w drodze na Zwifta. Znów się zastanawiając, co w moim życiu wyszło nie tak, że zamiast jak Szymonbike jeździć po Hiszpanii, pedałuję po ciemku przez ekranem ;) Jednocześnie wiem, że jakoś te 1:30 (tyle mam w planie) chyba zniosę.

 

Zawsze gdy mam problemy z motywacją przypominam sobie, jaki jestem zadowolony. Bo znów pokręciłem, a to mi zawsze robi dobrze i na nogi, i przede wszystkim na głowę!

 

Jesteście zainteresowani co robię w ramach treningów? Tu znajdziecie mój profil na Stravie 

Tutaj zaś poprzednie części bloga, czyli cotygodniową aktualizację postępów.

 

 

 

Koło, koło, utrzymać to koło...

Komentarze do artykułu