Zlaté Hory – pętla Zadymka

Wszystko było na początku nie tak. Mieliśmy jechać na gravelach i miało być cieplej. Tymczasem wybraliśmy górale, a GPS Doroty pokazywał -7 stopni, choć przeciwległy stok tonął w słońcu. Długie cienie nie pozostawiały jednak wątpliwości, że musimy się spieszyć. Może i były to Zlaté Hory, ale mieliśmy prawie grudzień i dzień chylił się ku końcowi.



ZAPOMNIANA HOPKA GÓR OPAWSKICH

 

Biskupia Kopa to taka hopka, o której nikt nie pamięta. Położona z dala od wszystkiego w górach Opawskich, o których wie niewielu. Nie ma nawet 1000 metrów nad poziomem morza, ale kto raz ją zobaczy, zapamięta na zawsze. Może dlatego, że klasycznym, drapieżnym kształtem przypomina o wiele wyższe wierzchołki? Od polskiej strony wspina się imponująco z równiny, dominując nad okolicą. Wiosną, gdy kwitnie rzepak, przypomina wieżę strażniczą nad żółtą przestrzenią. A po ostatnich wycinkach, które „wyczyściły” stoki, potrafi pokazać też zgrabne kształty górotworu, udowadniając, że może i jest miniaturowa, ale to jednak kupa prawdziwych kamieni. Na szczyt da się wjechać z kilku stron. Ba, da się to zrobić nawet na gravelu, bo drogi zostały wyczyszczone pod kątem ciężkiego sprzętu. Stąd zrodził się pomysł, by późną jesień uczcić gravelowym zdobyciem Kopy, zahaczając przy okazji o czeską stronę, której zupełnie nie znałem.

 

Zlate Hory

 

Propozycja Doroty, sugerująca odkurzenie enduro, okazała się jednak bardziej kusząca. „Znam tam przyjemną pętlę. Jechaliśmy z Zadymkiem” – powiedziała. Kiedy Dorota (znana jako Mamba On Bike) mówi, że coś jest przyjemne, zwykle nie kłamie. Nazywanie rzeczy takimi, jakie są, jest jej specjalnością. A że gravel to taka szosowa wersja enduro, decyzja o przesiadce na MTB zapadła błyskawicznie. O Zadymku wiedziałem tyle, że jest „stamtąd” i jako tubylec zna okolice Głuchołazów jak własną kieszeń.

 

ZLATE HORY

 

Umówiliśmy się na rynku w Zlatych Horach, miejscowości tuż za polsko-czeską granicą, u stóp Biskupiej Kopy, zwanej po czesku Biskupska Kupá. Takie językowe niuanse… Nasze Złote Góry też brzmią malowniczo, prawda? I choć to niesamowite, natychmiast po przekroczeniu niewidocznej linii dzielącej dwa kraje, która dziś istnieje głównie na mapie, naprawdę znaleźliśmy się w innym świecie. Świecie panów z wąsami i długimi włosami, na rynku, który jest długą ulicą, i w miasteczku, gdzie święta nie kojarzą się wyłącznie z promocją w supermarkecie, bo jest odświętnie senne. W samym „centrum” dopiero szykowano stragany Bożonarodzeniowego jarmarku. A że było nam spieszno w góry, postanowiliśmy, że zostawimy sobie tę przyjemność na koniec wycieczki. Sześć godzin, tyle mniej więcej mieliśmy do dyspozycji, startując o dziesiątej. Naprawdę niewiele, jeśli chce się zdobyć dwie góry. Nawet jeśli dane trasy nie prezentowały się szczególnie imponująco – 27 kilometrów i 1000 metrów w pionie.

 

Zlate Hory

 

NA BISKUPIĄ KOPĘ!

 

Jeśli będziecie chcieli jechać naszym śladem, uprzedzamy od razu, warto wziąć pod uwagę porę roku, a przede wszystkim wysokość słońca nad horyzontem. W wariancie, który zrobiliśmy, w pierwszej kolejności zaatakowaliśmy Kopę, ale po fakcie (czytaj: po południu) okazało się, że praktycznie cała wspinaczka na drugą górę, czyli Příčný, odbywała się w cieniu. Podobnie zjazd. 30 listopada oznaczało to chłód, na który na szczęście byliśmy przygotowani, ale zmiana kolejności byłaby godna rozważenia. Tym bardziej, że trasa ma kształt koślawej ósemki, wystarczy więc zamienić kolejność brzuszków.

 

Zlate Hory

 

POPULARNY SZCZYT

 

Jak wspomniałem, na Kopę trzeba wjechać. Wariant terenowy oznacza wspinaczkę szutrami od strony Jarnołtówka, ale tym razem wybraliśmy inną opcję, częściowo asfaltową. Obie są atrakcyjne częściowo, przynajmniej w połowie, ekstrasy zaczynają się od widoków, gdy pokona się pierwszych kilka kilometrów. Nasz wariant oznaczał serpentyny po asfalcie, by osiągnąć siodło i szlak właściwy, odbijający w lewo. To najkrótszy możliwy wariant wjazdu na Kopę z podwózką (gdyby ktoś miał ochotę tylko na jeden szczyt). Ponad trzysta metrów w pionie oznacza tyle, że do wierzchołka jest jeszcze kolejne trzysta, ale zdecydowanie bardziej strome. Szlaki pieszy i rowerowy są jak najbardziej do wjechania, choć momentami bardzo otrzeźwiające.

 

Zlate Hory

 

Widoki na góry wokół mogą być doskonałą wymówką, by kilka razy się zatrzymać. Kopa rzeczywiście imponująco góruje nad okolicą. Za to szczyt wydaje się nieco rozczarowujący swoim „rozgrzebaniem”. Wieża widokowa błyszczy wprawdzie, odremontowana za pieniądze z EU, obok jednak straszy dziura w ziemi z prowizorycznymi zabezpieczeniami. Szczyt jest jednak tak popularny, że miniaturowy kiosk był czynny także poza sezonem. Super! Skorzystaliśmy z okazji, by wypić coś ciepłego.

 

Zlate Hory

 

GŁÓWNA ATRAKCJA – STROMY ZIELONY

 

Na wieżę warto się wdrapać, bo nic nie ograniczy wam wówczas widoku. Podstawową atrakcją będzie jednak zjazd zielonym szlakiem w dół, z powrotem do Zlatych Hor. To szlak pieszy, stromy, poza sezonem słabo uczęszczany, w sam raz dla fanów enduro! To lubią najbardziej. Prawdziwe „must see”, a raczej „to se musí vidět”. Pierwsze fragmenty po luźnym kamieniach przechodzą w coraz szybsze, kończąc się serpentynami przy starym kościele, już niemal w samej miejscowości. Po drodze na pewno nie przegapicie Mnichův kámen, czyli kamienia mnicha, formacji skalnej godnej ekranizacji, co najmniej Wiedźmina.

 

Zlate Hory

 

PŘÍČNÝ VRCH

 

Příčný bywa podstępny. Choć liczy aż 975 m n.p.m., niemal go nie widać. Ze Zlatych Hor, patrząc w lewo, widać Kopę, w prawo… No, właśnie. Wzniesienia bez wyraźnego wierzchołka, trochę rozlazłe, a na pewno niezbyt imponujące. Szczyt kryje się gdzieś tam, nie wyróżniając specjalnie. W gruncie rzeczy dopiero po fakcie, oglądając wykres wysokościowy trasy, zorientowałem się, że na drugiej górze byliśmy wyżej! Na pewno jednak zauważycie, że dłużej się podjeżdża, bo poważną, choć skrytą górę, pokonuje się zakosami. Po drodze czekają atrakcje – skały, na które można się wdrapać, albo zasypane wejścia do sztolni dawnej kopalni złota. Nazwa Złote Góry, nasz Złoty Potok (dolina, w której znajduje się Jarnołtówek), czy Złoty Stok, odnoszą się do tego samego i nie są przypadkowe. Wszędzie dookoła wydobywano tu złoto. Często, jak w Zlatych Horach, jeszcze całkiem niedawno. Przy okazji wydobywania rud innych cennych metali dłubano tu w ziemi do lat 90. dwudziestego wieku. Dziś tuż obok w Ondrejovicach mieści się górniczy skansen, a pod stopami podobno wije się gdzieś tam sto kilometrów starych, zasypanych chodników, z przeszłością sięgającą średniowiecza.

 

Zlate Hory

 

PO PODJAZDACH PRZYCHODZĄ ZJAZDY

 

Na Příčným mieściła się ostatnia czynna kopalnia, jej szyb minęliśmy na trasie. Przypadkiem, albo i nie, góry tonęły w złotych promieniach zachodzącego słońca. Wspinaczka na niemal 1000 metrów (i pokonanie 500 metrów w pionie) skończyły się nagrodą w postaci równie efektownych zjazdów. Pierwszy z nich biegnie granią i jest tak dobry, że wrócimy tam przy pierwszej okazji (na Stravie nosi nazwę Příčný Vrch DH). Kolejny prowadzi w stronę ruin Zamku Edelštejn, który wybudowano kiedyś, by strzegł złotonośnych złóż. Jeśli będziecie jechać naszym śladem, traficie na pewno! Bardzo przydały nam się też wskazówki tubylca Zadymka. Dzięki nim, zamiast jechać tylko drogami, odkryliśmy kilka nowych ścieżek (jedną przegapiliśmy z powodu wycinki). Powrót do Zlatych Hor był już czystą formalnością, wjeżdżaliśmy tam o zmroku. Jarmark, podobnie jak rano, nie chciał się jeszcze rozkręcić, najwyraźniej miasteczko bywa senne nie tylko od święta.

 

Zlate Hory

 

CIĄG DALSZY NASTĄPI

 

Kilka zdjęć, wrzuconych po naszej wyprawie na Insta, spowodowało, że pojawiły się kolejne propozycje miejsc w pobliżu Zlatych Hor, które powinniśmy odwiedzić. Już same nazwy, typu Koberštejn, brzmią kusząco, a podobno z ruin tego zamku prowadzi rewelacyjny zjazd… Planujemy więc następny wypad w słabo poznaną okolicę, gdy tylko nadarzy się okazja. Miało być w pierwszy dzień wiosny, ale wiele wskazuje na to, że będzie to raczej późnowiosenna wyprawa.

 

Zobacz trasę przejazdu na Komoot

 

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

 

Test porównawczy - Enduro z górnej półki

Trans Canaria, albo wyprawa do Parku Jurajskiego

Innovations check: Tune Black Foot - najlżejsza korba na świecie

Prezentacja: Trek Rail 9.7 - Enduro pod prądem

Sylwetka: Greg Herbold, żywa legenda DH

Komentarze do artykułu