Trek Fuel EX - As wszystkich tras

Alpen Tour Trophy #3 – X-Games mode on!

Z prędkością ślimaka, przyspieszeniem żółwia i wigorem rozgotowanej kluski ruszył peleton na 3 etap Alpen Tour Trophy. Pewnie się śmiejecie albo chwytacie za głowę mówiąc w myślach „jak to przecież te czasy czołówki nadal są kosmiczne”.



Zmęczenie

Owszem są jednak czuć już zmęczenie, niezależnie od poziomu wytrenowania te dwa etapy w upale, gdzie zrobiliśmy prawie 5000 metrów przewyższenia na 110 kilometrach nie pozostał bez wpływu na nasze samopoczucie.

 

Dzisiaj rano nie czułam się wypoczęta, nie spałam też dobrze. To w miarę normalne. Podobnie miała praktycznie cała czołówka. Narastające zmęczenie powoduje zazwyczaj trudności ze spaniem. Między innymi dlatego bezsenność czy płytki sen są objawami przetrenowania. Normalnie gdybym była w warunkach treningowych w domu dzisiaj pewnie zrobiłabym lekką przejażdżkę. Nawet program do monitorowania treningu Training Peaks napisał mi dzisiaj rano, że prawdopodobnie potrzebuję dnia wolnego. Uśmiałam się! Naprawdę bardzo dobra rada.

 

Jakoś tak się składa, że dzisiaj w planie był 3 etap. I nie chciał być etapem rozjazdowym po płaskim. Do przejechania mieliśmy 55 kilometrów i około 2500 metrów przewyższenia. No kurczaczek będzie boleć.

 

Brakuje mi świeżości i ogólnie ciało jest zmęczone ale generowane moce tak naprawdę nie spadają za bardzo. Dla porównania ten etap przejeżdżam mocniej niż pierwszy i nieznacznie słabiej niż wczoraj. Głównym problemem jest po prostu ogólny ból jaki sprawia wysiłek. Nie bez przyczyny mówi się, że wygrywa ten kto potrafi sobie zadać większy ból. Niewielka różnica rzędu 1-3 km/h w prędkości, powoduje przebywanie w strefie względnego komfortu lub cierpienia. Jak się można domyśleć czołówka wybiera to drugie.

 

Alpen Tour Trophy #3

 

Pierwsze 23 kilometry były naprawdę rewelacyjne. Takie roller coaster – góra, dół, ścieżki, kamienie, korzenie, prawo, lewo, po lesie, łąkach. Kompleksowo ale i nie za ciężko. Podobało mi się i dało sporo frajdy. To jednak była cisza przed burzą. Przed łomotem który na nas czekał tego dnia czyli podjazd na szczyt Hauser Kaibling (Krummholzhutte) znajdujący się na wysokości 1840 m.n.p.m. Szybka matematyka 1200 metrów pionu do zrobienia na około 12 kilometrach. Realnie było więcej bo po drodze jeszcze zaliczyliśmy kilka hopek góra dół.

 

Ten podjazd to próba charakteru. Nie jechaliśmy go już siłą mięśni ale głową. Gdybym miała się sugerować samopoczuciem to zostałabym dzisiaj w łóżku.

 

Przez pierwsze 15 minut podjazdu śpiewam sobie w myślach: You've got that power over me, my mind… A potem dokładam do tego „nap nap nap”. To mam akurat przyklejone na kierownicy od wczoraj. Taki pomysł od mojego wsparcia w postaci Michała. I na koniec dokładam jeszcze do tego „pedal to the medal” co wczoraj napisał mi na facebooku Wojtek Bukowiecki – dzięki! Tekst jak widać nie jest górnolotny ale pomaga. Zajmuje czymś głowę.

 

Potem przechodzę na tryb analizowania co ja Wam odpowiem na te pytania konkursowe, które zadaliście również na facebooku. A na koniec jestem jak Chris Froome na emeryturze – nie ta waga, nie ta moc ale w monitorek dalej się gapię J.

 

Jakoś minęło. Dojechałam na szczyt z dziewczynami z 9-12 pozycji.

 

Alpen Tour Trophy #3

 

Zimno!

I brrr… powiało zimnem. Dzisiaj w ogóle od rana raczej było chłodno i pochmurnie. Na szczycie raptem 5 stopni. Nie ubieram nic na siebie, szkoda mi czasu. Zaczynamy zjazd po śniegu, potem szybkimi szutrami i niby witamy się z gąską, metą znaczy się ale jednak nie.

 

Mamy do zrobienia jeszcze około 500 metrów przewyższenia. Początek po niesamowicie dłużących się ścieżkach. Tam już jechałam w trybie zombie. Dalej były ścieżki po korzeniach nachylone około 20%. O dziwo ten fragment wspominam lepiej bo przynajmniej urozmaicenie terenu pozwalało zapomnieć o zmęczeniu.

 

W końcu, jesteśmy pod koleją na Planai czyli nic już nie trzeba podjeżdżać. Teraz TYLKO zjazd.

 

TYLKO - 9 kilomerów trasą downhillową. Nie ma na niej może dużych dropów ale bandy, stoliki, double, hopy już jak najbardziej. Skalą trudności podobna do Koutów, Leogang czy Saalbach. Jest co robić i trzeba uważać. Mam na niej sporo zabawy choć pod koniec moje ręce już wyją z bólu.

 

Na trasie zjazdowej robię też dzisiaj coś po raz pierwszy w życiu. Coś co spowodowało, że w ciągu pewnie 3 sekund zdążyłam mieć ciepło w gaciach, wybić korki endorfinami i na koniec chcieć  rzucić rowerem i unieść ręce w geście zwycięstwa. Mniej więcej tak jak goście robiący triki na X-Games. Tyle, że mój to co najwyżej by się kwalifikował do „Sanatorium miłości”. W połowie trasy zjazdowej gdy dojeżdżaliśmy do stacji pośredniej wyciągów narciarskich, ścieżka prowadziła na wprost ale znaki trasy pokazywały, że będziemy skręcać w lewo. W ułamku sekundy podejmuję decyzję, że mogę odbić od razu w lewo. Jak już odbiłam mając na liczniku jakieś 30 km/h zorientowałam się, że właśnie lecę z 3 metrowej skarpy. Domknęłam amor, przysiadłam na tylnej oponie ale wylądowałam. Słysząc za sobą przeraźliwe krzyki „Aaachhtuunngg!!” (Uwaga). Ufff…. udało mi się. Pociąg towarzyszy jadący za mną pyta czy wszystko w porządku. W sumie w porządku ale z szoku wychodziłam jeszcze przez kilka minut.

 

Finalnie do mety dojeżdżam 12. Można powiedzieć, że dzisiaj głowa dała radę.

 

W czołówce mężczyzn i kobiet też nieco zmian. Po raz pierwszy mamy inne podium wśród Panów ale nadal pierwsza dziesiątka mieści się w 6 minutach. Jadą na różnice sekundowe.

 

Jutro ostatni etap – czeka nas uphill. 13 kilometrów i 1400 metrów przewyższenia. To też nie będzie bułka z masłem.

 

Elita mężczyzn:

  1. Daniele Mensi - Soudal Leecougan Mtb Racing Team 2:28:39
  2. Daniel Geismayr - TEAM CENTURION VAUDE 2:28:53
  3. Diego Alfonso Arias Cuervo -  Giant POLIMEDICAL 2:28:59

 

Elita kobiet:

  1. Githa Michiels - PRIMAFLOR-MONDRAKER-ROTOR RACING 2:59:43
  2. Angelika Tazreiter - KTM MTB Factory Team 3:03:51
  3. Maria Cristina Nisi - New bike 2008 3:04:40

Komentarze do artykułu