Bike Maraton Złotoryja i udany debiut

Po kilku latach zastoju w tym temacie coś się ruszyło i wyjątkowy rok ożywił Bike Maraton. To prawda, pojedyncze edycje górskie były już w latach ubiegłych, ale tym razem mamy prawdziwą obfitość. Są i nowe lokalizacje. O dziwo do obydwu można zaliczyć Złotoryję.



Krótko - to był bardzo udany debiut. To zabawne, że Zlotoryja pojawiła się jako zastępstwo w miejsce Obiszowa, bo gdyby tak miały wyglądać wszystkie zastępstwa to osobiście jestem za. Dla przypomnienia - Obiszów został odwołany ze względów epidemiologicznych, taka decyzja miejscowych władz. I nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo szkoda byłoby gdyby jedna z edycji Bike Maratonu wypadła na dobre. Tym bardziej, że Złotoryja zastąpiła znane już miejsce bardzo dobrze!

 

 

Żeby było zabawniej to cała impreza rozegrała się w... Leszczynie, czyli niewielkiej miejscowości tuż obok Złotoryi. Co dla niektórych - jak niżej podpisany - mogło być przyczyną lekkiego stresu. Bo jak człowiek nie doczyta, to potem ma problemy ze znalezieniem miejsca startu i mety! Na szczęście jednak udało się zdążyć, w czym pomaga też tegoroczny system startów sektorowych - dystanse Mega i Classic podzielone są na 4 sektory, startujące co 10 minut. Jeśli ktoś się zagapi, zawsze ma zapas! 

 

Całość, czyli miasteczko zawodów, start i meta  zostały zorganizowane na terenie Skansenu Górkiczo-Hutniczego w Leszczynie, z malowniczymi dymarkami w roli tła. Na pewno warto tu wpaść turystycznie, bo leśna dolina wygląda zachęcająco (podobnie jak serwowane jedzenie), ale przyznać trzeba, że impreza zmieściła się na styk. W normalnym sezonie, przy 100% większej frekwencji, byłby problem, a tak było akurat. Co do układu trasy kłania się doświadczenie organizatora, zapewne też lokalnych doradców, bo zgrabnie rozprowadzono stawkę na pierwszych kilometrach, puszczając peleton podjazdem.

 

Jeśli ktoś był już lekko zmęczony poprzednimi górskimi edycjami - w szczególności Kowarami - tym razem teoretycznie mógł odpocząć. Ale tylko teoretycznie, bo już krótki dystans Classic, tak chętnie wybierany przez wielu, liczył niemal 700 metrów przewyższeń (oficjalnie w rozpisce 500). Jeśli weźmiemy pod uwagę, że cztery długie podjazdy zgromadzono na zaledwie 24 kilometrach, to łatwo sobie uzmysłowić, z czym mamy do czynienia. A zdecydowanie było co robić. Trasa generalnie była łatwa technicznie, także zjazdy tym razem miały tylko pojedyncze trudniejsze elementy. Dużo za to było przyjemnych singli, generalnie skojarzenie z jazdą w górach było jednoznaczne. Zresztą Złotoryja położona jest na Pogórzu Kaczawskim, z najwyższym szczytem Ostrzycą, osiągającą 501 m.n.p.m. (jest położona blisko i zdecydowanie warto ją zdobyć - to prawdziwy wulkan! To górskie złudzenie było niemal doskonałe, jechaliśmy nawet czymś w rodzaju fragmentu grani (!), włącznie z kamieniami i skałami, które zgrabnie trzeba było omijać. Dopiero jeden ze zjazdów wyprowadzał na równinę, gdzie można było się zorientować, że do prawdziwych gór jest jeszcze daleko. No i ścieżki... te ścieżki zdecydowanie mogły się podobać. To co trzeba było wjechać, często zjeżdżało się właśnie ścieżkami. Z tego też względu gdyby ktoś mnie spytał, czy warto się wybrać do Złotoryi na MTB, zdecydowanie odpowiadam tak!

 

Na mecie trudno było spotkać niezadowolonych. Interwały były być może męczące, są tacy co wolą jednostajne podjazdy, ale na nudę nikt nie narzekał. Co ciekawe, jeden z najtrudniejszych fragmentów technicznych prowadził bezpośrednio do mety. Może dlatego tyle osób miało uśmiech na twarzy tuż za nią?

 

Jeśli interesują was wynik znajdziecie je w odpowiedniej rubryce na bikemaraton.com.pl A jak pojawi się oficjalna relacja i galeria to ją dorzucimy. Sorry - ciągle trudno jest na raz jechać, z językiem na brodzie i robić foty!

 

 

Komentarze do artykułu