Emonda

KOBIECA STRONA KOLARSTWA – ANNA RZĄSOWSKA

Życiem rządzą przypadki. O Dorocie Rajskiej, która rozkręciła babskie kręcenie na torze w Pruszkowie, pisaliśmy w jednym z poprzednich numerów. Gdy wrzucaliśmy aktualizację do sieci, Dorota skomentowała: „Co tam ja, Anka Rząsowska to jest dopiero dziewczyna!”. I tak odwiedziliśmy Anię.



DO TOTALNEGO ODCIĘCIA!

 

Było to ledwie chwilę po tym, jak zdobyła trzy medale w Torowych Mistrzostwach Świata Amatorów w Manchesterze. Wymiana informacji na Messengerze i już umówiliśmy się na kawę. Przed spotkaniem w Warszawie spytała tylko, czy nie jestem uczulony na psią sierść, bo chciała przyjść z Suzi. Gdy pojawiły się w drzwiach, nie miałem żadnego problemu z ich rozpoznaniem. Między innymi dlatego, że Anna Rząsowska to jedna z gwiazd polskiego kolarskiego Instagrama (sprawdźcie zresztą sami na instagram.com/moveat.pl). Inna sprawa, kto by zadzierał z Suzi, cichą przylepą o figurze bulteriera… W trakcie rozmowy sennie łypała okiem, udając, że zupełnie nie interesuje jej, kto i po co zajmuje czas jej opiekunce.

Rozmowę zaczęliśmy od Instagrama i tego, co jest w życiu ważne, czyli od kolarstwa szosowego i rywalizacji. Ania ściga się w ŻTC (wyścigach szosowych ŻTC Race) i „notorycznie odpuszcza korbę”, czyli pędzi pięćdziesiąt na godzinę… Myśli przy tym: „Wygram pucharek za 10 złotych? Warto?”. I dochodzi do wniosku, że nie warto, że to po prostu sport amatorski i fajnie jest jeździć w peletonie, a ściganie czasem wychodzi jej trochę bokiem. Musiałem więc zacząć od pytania…

 

Tour: Dlaczego zaczęłaś się ścigać? Co było twoją motywacją?

 

Anna Rząskowska: Wszystko wydarzyło się przypadkiem. Nie jeżdżę MTB, jeśli już to mało,  a właściwie wcale. A tu pojechałam na zimowe MTB Zamany. Jadąc bardzo wolno i ostrożnie, bo się boję i nie umiem (zjazdy schodzę  z rowerem na plecach), wygrałam. Raz, drugi, trzeci, wszystkie trzy edycje zimowe. Pomyślałam, że chyba coś jest pod tą nogą. Pojechałam na ŻTC i jakoś poszło. Ktoś mnie zauważył, zaczęłam się rozwijać. Na torze też znalazłam się przypadkiem.

 

Nie można przecież zupełnie przypadkiem trafić na tor i wy- grać. Co robiłaś przedtem?

 

Mam za sobą 12 lat jazdy konnej, wspinaczki, tenisa i siłowni. Jestem po wypadku na koniu, który spowodował, że uszkodziłam staw i nie do końca mam czucie w jednej nodze. Musiałam zrezygnować z jazdy konnej, ponieważ biodro bardzo mnie bolało. Na rowerze jest tak, że od czterdziestej minuty już nie czuję stopy i ręki. Pedałuję, zagryzając zęby i dlatego nie jeżdżę dużych dystansów, bo mnie to męczy. Ale cały czas się rehabilituję.

 

Anna Rząsowska

 

Czyli rower zaczął się w twoim życiu od rehabilitacji?

 

Gdy musiałam zrezygnować z koni, potrzebowałam znaleźć sobie zastępstwo. Kolarstwo to bardzo podobny sport, indywidualny, czujesz wiatr w uszach. Poszłam na ustawkę, to był 2013 czy 2014, na Młocinach. Przyjechałam rowerem Gary Fisher, z pierwszej wypłaty, za 1200 zł, z bagażnikiem, błotnikami… A oni wszyscy na karbonach. Pomyślałam: wracam. Oni, że nie, zostań. Zaciągnęli mnie do lasu, wszystkie przeszkody przechodziłam z rowerem na plecach, ale trzymałam koło. Podeszłam potem do kolegi i poprosiłam:

„złóż mi rower za 4000 zł”. Nie miałam wtedy pojęcia… Rok składałam górala. Po wydaniu 6000 zł jeszcze ramy nie było. To był Scott. Potem jeździłam z Legion Serwis, to grupa mocno szosowa, a ja na tym góralu! Jeździłam raz w tygodniu i robiłam 100 km. Pogłębiałam tylko problem stawu biodrowego. Aż w pewnym momencie przyszedł lekarz i powiedział: „koniec, nic nie wolno ci robić”. Przez dwa lata rzeczywiście bardzo ograniczyłam aktywność, chodząc na rehabilitację. Miałam też dwie operacje kręgosłupa. Przy drugiej diagnozie lekarz powiedział mi, że jak się zaraz nie uspokoję, to usiądę na wózek… Jak to możliwe? To niemożliwe! Ze złości wróciłam do domu, wykupiłam wszystkie półmaratony w Polsce i prawie wszystkie przebiegłam! Starałam się utrzymać swoją ruchomość przez bieganie. Źle biegam, jestem za masywna. Na rowerze robiłam może po 30 km. Otworzyłam stronę dietetyczną moveat.pl, bo myślałam, że się przekwalifikuję z kadrowej na trenera.

 

Z zawodu jesteś kadrową?

 

Jestem księgową. Skończyłam SGH i SGGW. Teraz jestem kadrową. Chciałam opracowywać ludziom diety. To niewdzięczny zawód, mocno eksploatujący, dajesz ludziom swoją energię. Tymczasem rower jakoś znowu zaczął się kręcić. Wiedziałam, że wkrótce jako dietetyk nie będę w stanie się utrzymać. Ale był pierwszy sezon ŻTC i we wszystkich zawodach stałam na pudle.

 

W tym momencie miałaś już szosę?

 

Tak, trochę za długiego Ridleya. Ale, tak jak mówiłam, trafiłam przypadkiem na tor. Umówiłam się tam na randkę z chłopakiem z Instagrama. Poznałam Leszka Sobieszka, który trenował mnie później przez rok, i to Leszek zaczął mówić, że mam potencjał, może na 2 kilometry. Zeszłej zimy wiedziałam już, że jedziemy na mistrzostwa świata. Najgorszym problemem jest zawsze sprzęt. Tor wymaga inwestycji. Na mistrzostwa pojechałam więc na wszystkim pożyczonym, swoją miałam tylko ramę. Koła, zębatki, łożyska były pożyczone. Trzy konkurencje i trzy medale! To był pierwszy rok, który mogłam uznać za sumiennie przepracowany. Byłam jak robocop, poświęciłam wszystko. Pracę, trening, pranie, jedzenie. Nie starczało mi czasu na nic.

 

Co w twoim przypadku oznacza trening? Ile razy w tygodniu?

 

Dla mnie treningiem był wyścig. Tak to było zaplanowane, że największy wydatek energetyczny był w trakcie wyścigu. Nigdy w życiu nie trenowałabym na takich obrotach. A w tygodniu, w środy, chodziłam na tor, na zajęcia Doroty Rajskiej. Raz w tygodniu półtorej godziny przejażdżki. Bardzo krótkie dystanse. Na torze sprawdzam się właśnie w punktowym, scratchu i 2 kilometrach. To są moje dyscypliny i trzeba było podjąć decyzję, że nie ma sensu startować niczego innego. Wybrałam ten rodzaj rywalizacji, w którym moje predyspozycje są najlepsze. Przez rok nie spojrzałam nawet na pomiar mocy. Cały przejeździłam na wyczucie, czy jestem wyspana i jakie mam tętno. Jeśli mam 186, wiem, że zaraz będzie po mnie!

 

Skoro nie korzystasz z pomiaru mocy, jak trener ustala ci treningi?

 

Założenie jest takie, że są starty i reszta luźna. Pracuję, do tego dochodzi tor, a zajęcia trwają do 22!

 

Eksperyment z dietami się udał? Czym jest moveat.pl?

 

To miała być strona, ponieważ mam uprawnienia trenera personalnego i dietetyka sportowego, psychodietetyka. Stworzyłam stronę, opracowałam przepisy, lubię gotować. Potem doszedł Instagram. Wszystko ewoluowało. Było coraz więcej jazdy i zdjęć. Mój stan zdrowia się poprawił. Stwierdziłam, że nie chcę już opracowywać przepisów i diet. Nie miałam już czasu. Instagram dał mi też nowe możliwości. Staram się być w stałym kontakcie ze społecznością. Firmy, z którymi współpracuję, doceniają to. Strona już zniknęła, wszystko usunęłam. Ale znak rozpoznawczy moveat.pl pozostał. Mam zresztą trochę trudne nazwisko…

 

Nie nudzi ci się na torze? Jeżdżenie w kółko? To pewnie częste pytanie…

 

Nie, czas szybko leci. Uważam, że jeśli ktoś lubi góry, na torze się nie odnajdzie. Ja lubię wszystkie te dyscypliny, w których musisz dać z siebie wszystko. Czasówki na torze, do totalnego odcięcia. Wiem, że jest to etap przejściowy, żebym mogła być z siebie zadowolona. Na szosie nie potrafię jeszcze tak się zmobilizować, wolę też dyscypliny indywidualne. Mam braki techniczne. Dlatego zimą zamierzam poćwiczyć zakręty na MTB.

 

Anna Rząsowska

 

Jakie plany na przyszły sezon?

 

Jeszcze nie wiem. Powinnam przygotowywać się do mistrzostw świata i bronić tytułu… Po drodze jest dużo inwestycji. Trener plus rehabilitacja, miałam też psychologa sportowego. Tak naprawdę przejechałam dużo wyścigów, bo aż 40. Bardzo dużo tego było. Zrobiłam ogromny progres! Na razie odpoczywam. A potem chcę zakwalifikować się do mistrzostw świata na czas w Kanadzie. Trzeba będzie pojechać na eliminacje, może w Słowenii? I znów pieniądze… Cały czas inwestycje, inwestycje. Jak sobie pomyślę, że mi szkoda dwie stówy na sukienkę, ale zębatki za 1600 złotych zamówiłam. Tor kosztuje. A to zaledwie cztery podstawowe zębatki.

 

Jazda na czas czy tor?

 

Wycisk! Na torze lubię 2 kilometry. Wiem, jakie robiłam błędy poprzedniej zimy, za dużo przybrałam. Cel na tę zimę to trochę schudnąć, potem w sezonie nie ma już jak. Nie pojadę do Kanady, jeśli nie będę przygotowana. W tym roku byłam na dwadzieścia dziewczyn ósma! Problemem jest wciąż sprzęt. Dla porównania, w ubiegłym roku na szosowych mistrzostwach Polski na czas na rowerach czasowych były trzy dziewczyny, w tym roku wszystkie! Wszystko poszło do przodu. W 2018 na ŻTC średnie były 32, w tym 37–39 km/h! To dużo. Ale teraz mam w życiu taki czas, żeby robić coś odrobinę innego. I po to wzięłam MTB!

 

Śledź poczynania Ani na IG

 

Przeczytaj również:

 

Dorota Rajska - Tor jest jak wielki tort na urodziny u babci! 

Reportaż: Columbus - okrągła rzecz

Tourne po Italii

Komentarze do artykułu