Wilczym tropem. Bieszczady na fatach

Do wyjazdu w Bieszczady przygotowywaliśmy się kilka miesięcy. Telefony, maile, listy spraw i kompletowanie sprzętu. Rowery, torby, ciuchy, śpiwory, jedzenie, narzędzia. Lista rosła i rosła…



WRAZ Z NOWYM ROKIEM CORAZ BARDZIEJ NERWOWO OBSERWOWALIŚMY POCZYNANIA POGODY. WYŻ CZY NIŻ, NIC NIE NIOSŁO DOBRYCH WIADOMOŚCI – ZIMA W TYM SEZONIE BYŁA NIEŚMIAŁA I ŁAGODNA.

 

A my tak bardzo potrzebowaliśmy, żeby wystawiła nas na próbę. W końcu przestaliśmy czekać i ustaliliśmy datę wyjazdu. Będzie jak będzie, na żywioł. Pakowaliśmy się cały niedzielny wieczór i całą noc. A nad ranem, bez snu, dostaliśmy się na dworzec PKS‑u. Te kilkanaście minut smutnego czekania na autobus w centrum Katowic zapadło nam głęboko w pamięć. Widok ludzi smaganych deszczem, którzy w mroku zmierzali do swoich obowiązków, przygnębiał. Świadomość tego, co przed nami, była jeszcze zbyt młoda, by obudzić ekstatyczną radość z faktu, iż na jakiś czas nie będziemy częścią tego wszystkiego. Zza kamienicy wyłonił się nasz transport. Zapakowaliśmy do niego cały sprzęt, zajmując dwa pełne luki bagażowe, i zapadliśmy w sen na skrzypiących fotelach.

 

Bieszczady na fatach

 

Opuszczaliśmy Śląsk w strugach deszczu, który nieprzerwanie towarzyszył nam aż po Podkarpacie. Szybka przesiadka w Rzeszowie przy tej samej burej i ponurej pogodzie. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do Ustrzyk Dolnych, które przywitały nas jasnymi obłokami, gdzieniegdzie przebijającym się słońcem oraz straganami ukraińskich handlarzy. Cukierki, chałwa, koniaki, winiaki, papierosy… Gdy zobaczyliśmy butelkę z podrabianą etykietą Jacka Danielsa, żywcem ściągniętą z ClipArtów, wiadomo było, że trafiliśmy do innego wymiaru.

 

 

 

DZIEŃ 1. PUŚĆ TE HEBLE!

 

Zjedliśmy ostatni obiad w gospodzie, ustaliliśmy cel dnia i ruszyliśmy w las. Nie mieliśmy ściśle wytyczonej trasy, mimo godzin spędzonych na wymianie maili i telefonów. Rozpoczęliśmy łagodnie, ścieżką ku górze. Przez pierwsze błotne trasy w kierunku wielkiej plamy zieleni, tam, gdzie czuć było w powietrzu zapach drzew. Było późne popołudnie, ciężkie chmury zakryły niebo. Po niedługim czasie nurzania się w błocie, które jeszcze wtedy było dla nas czymś, czego staraliśmy się unikać, dojechaliśmy do pierwszego punktu popychowego – prosto z Równi (504 m n.p.m.) na grań Żuków (726 m n.p.m.). Podejście było dość strome, o podjeżdżaniu nie było mowy, ale z racji pierwszej świeżości nie sprawiło nam to wielkich problemów. Widok za plecami wynagradzał fizyczny wysiłek.

 

 

 

 

Wilczym tropem. Bieszczady na facie. Biwak w Bieszczadach. Rower jadący po błocie

 

 

 

 

 

Kilkaset metrów dalej czekała pierwsza tego dnia nagroda – zjazd! Zaczęło się już ściemniać, udekorowaliśmy więc kaski czołówkami i puściliśmy się w dół. Po chwili czuć było zapach wytapianych klocków hamulcowych zmieszany z zapachem buczyny otaczającego lasu. Mknęliśmy w dół, a siła pędu potęgowana przez doładowane rowery sprawiała wiele radości. Lekkość, z jaką fatbike’i pokonywały ten zjazd, wywoływała na twarzach uśmiech zdumienia. Wiedzieliśmy, że grube mogą sporo, ale to, jak daleko sięgały granice tego „sporo”, wprawiało nas czasem w osłupienie. „Puść te heble!” – krzyczał Piątek – „Puść te heble!” – wtórowaliśmy. Kiedy dotarliśmy do wiejskiej drogi, było już zupełnie ciemno i zaczęło siorbać deszczem. Umówiliśmy się, że wyjeżdżamy ze wsi, wbijamy się do lasu i szukamy miejsca na biwak.

 

 

Wsiedliśmy na rowery i już po 150 metrach plan został poddany weryfikacji – po drodze był wiejski bar. Na nasze nieszczęście, i szczęście dla planu, był chwilowo nieczynny. Nie chciało nam się stać na deszczu bezczynnie, więc podarowaliśmy sobie luksusy i pojechaliśmy w las. Deszcz się rozkręcił i nic nie zapowiadało, że to tylko przelotny opad. Trasę zamieniał w rzeki błota i gliny, w których brnęliśmy, co rusz zsiadając i ponownie wsiadając na rowery. Ale jechaliśmy dalej. Wykorzystywaliśmy każdą sposobność, by jechać, często pchaliśmy cały sprzęt.

 

 

Po bliżej nieokreślonym czasie dotarliśmy do polany, którą wcześniej obraliśmy sobie za cel. Dobre miejsce na biwak. Rozłożyliśmy namiot na najbardziej płaskim terenie między drzewami i nie obyło się bez fiskarsa, którym Adam z uporem maniaka trzebił każdą gałązkę, nierówność, a nawet kopiec kreta. Wszystko, żeby było równo. W tym samym czasie Piątek z uporem maniaka rozpalał ognisko. W strugach deszczu taka operacja była sporym wyzwaniem. Po pół godzinie mieliśmy ogień na tyle duży, że mogliśmy się bez problemu przy nim ogrzać. Przebraliśmy się w suche ciuchy i zagnieździliśmy w śpiworach. Rano obudziło mnie truchtanie na zewnątrz namiotu, tuż obok mojej głowy. Otwarłem oczy i truchtanie ustało. Leżałem tak nieruchomo, nasłuchiwałem dźwięków w porannej ciszy. Myślałem, co tak mogło truchtać i co robi teraz, skoro przestało. Wtedy usłyszałem trzepot skrzydeł…

 

 

 

 

Wilczym tropem. Bieszczady na facie. Biwak w Bieszczadach. Przeprawa rowerem przez rzekę

 

 

 

 

DZIEŃ 2. TEST GŁĘBOKOŚCI BONTRAGERA

 

Obudzeni i niesieni głodem tego, co przyniesie dzień, nie oddaliśmy się na powrót drzemce. Ogarnąwszy się, zjedliśmy po liofie. Adam biegał z aparatem i jak entomolog na motyle, tak on polował na kadry. Piątek wciąż starał się „odkleić od firmy” kolejnymi odebranymi telefonami, a ja próbowałem ogarnąć mapę. W końcu wspólnie wypracowaliśmy plan przejazdu, ustaliliśmy, że jedziemy zobaczyć ruiny, bo może być ciekawie, a następnie wbijamy do „Chaty socjologa”. Trasa na mapie wyglądała okey i była „do zrobienia” przed świtem. Ruszyliśmy przez błotny trakt na południe. Chłonęliśmy widoki – rysujące się przed nami ciche, ospałe szczyty pasma Otrytu – i cieszyliśmy się z faktu, że od rana nie spadła ani jedna kropla deszczu.

 

 

Trasa prowadziła szlakiem, więc jechaliśmy szlakiem. Coś nas tknęło, żeby na rozwidleniu dróg wybrać tę, która akurat szlakiem nie była, o czym wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy. Mknęliśmy w dół, spod kół strzelały drobne kamienie i kawałki błota. Na końcu drogi była polana. Podjechaliśmy nią dalej, nie widząc już drogi, która rozmyła się wraz pojawieniem się polany. Po chwili każdy z nas zamarł, stanął jak wryty. Przed nami rozpostarł się widok na malowniczą dolinę, gdzie pasło się bez mała dwadzieścia koni. W okolicy było tylko jedno gospodarstwo (pozostałość po wsi Paniszczów, która przed wojną liczyła ponad 800 mieszkańców). Nie wiedząc, co przed nami, brnęliśmy dalej w poszukiwaniu szlaku, który miał nas zaprowadzić do celu dnia. I znaleźliśmy szlak, ale… po drugiej stronie rzeki.

 

 

 

 

Wilczym tropem. Bieszczady na facie. Biwak w Bieszczadach. Wieczorny biwak

 

 

 

 

Ruszyliśmy dalej, błotem i wodą. Po 500 m przyszła pora na kolejną przeprawę. Droga wiła się. Sinusoidy rzeki i drogi przecinały się tak jeszcze kilka razy. Za każdym razem przeprowadzałem „test głębokości Bontragera”. Rzecz polegała na tym, że wchodziłem do rzeki na tyle głęboko, by nie przelało mi się do superszczelnych butów od góry. Następnie szacowałem, na ile może być głębiej, i dawałem zielone światło do przejazdu. Na ostatniej przeprawie Piątek już nie czekał na szacunki i dziką szarżą wjechał do rzeki, zanurzając się na wysokość kół. Kiedy dotarł na drugi brzeg, powiedział tylko jedno: „Nie polecam!”. Zaczęliśmy szukać miejsca do przeprawy, każdy na swoją rękę. Adam wybrał miejsce szerokie i w miarę płytkie, ja płytkie i wąskie, o wysokim brzegu. „Idealne do przejścia” – pomyślałem. Zmieniłem zdanie, gdy wprowadzając rower, omal nie zostałem porwany wraz z nim przez prąd rzeki. Grube obręcze zadziałały jak łopatki wioseł, a balonowe opony były jak ponton na spływie kajakowym. Nie obyło się bez pomocy reszty w przedostaniu się na drugą stronę.

 

 

Kilkaset metrów dalej zatrzymaliśmy się przy stanowisku do wypalania drzewa. Słońce przyjemnie grzało, cisza budowała wewnętrzny spokój. Odpoczęliśmy chwilę, ogrzaliśmy kończyny i ruszyliśmy w dalszą drogę. Błotnisty trakt wkrótce ustąpił miejsca asfaltowej drodze, przy której straszyły opuszczone domy i bary. Rozłożyliśmy się z piknikiem nad Sanem i ustaliliśmy, że dzisiejszym celem jest schronisko „Chata socjologa”. Podróż na miejsce zwyczajowo zabrała nam o wiele więcej czasu, niż planowaliśmy. Zapadł zmrok, szlak wytyczały promienie czołówek, te z kolei od czasu do czasu przecinała spłoszona zwierzyna leśna. Wdrapaliśmy się w końcu na 900 m n.p.m., szarpiąc rowery zębami i wciągając je pod Chatę.

 

 

Było dokładnie pięć minut po północy, kiedy dotarliśmy na miejsce. Na ganku tliła się świeczka ukryta w starej lampie, w powietrzu czuć było zapach palonego drewna. Przywitał nas Lubosz, obecny opiekun Chaty, nomen omen z Katowic, co z miejsca zbliżyło nas do siebie na płaszczyźnie kulturowo‑ludowej. Schowaliśmy rowery do szopy, rozpakowaliśmy rzeczy na strychu i zeszliśmy udzielić się nieco towarzysko. Gapiliśmy się na kojący ogień kominka, pogawędziliśmy z gośćmi. Cisza i ciemność nocy, jak tam panowała, była niesamowicie kojąca, a jakość snu fantastyczna. Trawiłem wszystkie zasłyszane tego wieczoru opowieści, modląc się, aby żadnej z nich nie zapomnieć…

 

 

 

Wilczym tropem. Bieszczady na facie. Biwak w Bieszczadach

 

 

 

 

DZIEŃ 3. PIERWSZY ŚNIEG

 

Sen trzymał nas w „Chacie socjologa” do przedpołudnia. Dowiedzieliśmy wielu ciekawych rzeczy na temat funkcjonowania schroniska i kadencyjności jego opiekunów, zmienianych co dwa lata. Każdy z nich zdany jest tylko na siebie, swoje umiejętności interpersonalne i łatwość wtapiania się w grupy społeczne. Tam człowiek szybko uczy się pokory i tego, co jest mu naprawdę potrzebne. „Chata socjologa” działa bowiem wg starych, dobrych, nieskomercjalizowanych zasad. Wodę i drewno na opał przynosi zarówno gospodarz, jak i goście. W dobrym tonie jest też wniesienie na górę produktów pierwszej potrzeby. W tym miejscu bez prądu, gazu, bieżącej wody czy ubitej drogi dojazdowej jest niesamowita magia. Gdzie o cenne mięso ściga się z wilkami, wypatrując na niebie stada kruków, które wyznaczy miejsce zejścia z padołu zwierzyny. W takich miejscach dusza i serce szybko znajdują swój kąt, bardzo szybko czują się u siebie. I to być może główny powód, dla którego w takich właśnie miejscach spotkać można ludzi, których bilet powrotny do rzeczywistości dawno już stracił swoją ważność…

 

 

Podziękowaliśmy za gościnę, przyjęliśmy ostatnie rady nawigacyjne i puściliśmy się w dół szlaku, co było nagrodą za wnoszenie rowerów na szczyt poprzedniej nocy. Słońce przebijało się przez linie drzew. Dotarliśmy do jedynego w okolicy sklepu w Dwerniku, którego urocza właścicielka korzystała akurat z dobrodziejstwa przerwy obiadowej. Świadomość niedoboru cukrów i silny ciąg chmielowy, karmiony ciepłymi promieniami słońca, dały nam wystarczająco dużo wytrwałości, by doczekać się ponownego otwarcia sklepu. W międzyczasie okazało się, że rowerom przydałby się drobny przegląd. Po godzinie byliśmy już gotowi do dalszych podbojów. Wyznaczyliśmy azymut na południe i z wolna podążaliśmy w stronę Caryńskiego.

 

 

 

 

Wilczym tropem. Bieszczady na facie. Biwak w Bieszczadach

 

 

 

 

Otaczały nas cisza i pustka pastelowych odcieni brązu i zieleni. Kiedy wjechaliśmy na jedno z otaczających wzgórz, ustaliliśmy wspólnie, że to idealne miejsce na szybki biwak. Rozłożyliśmy sprzęt, kuchenka w mgnieniu oka pracowała nad wrzątkiem, a my rozsiedliśmy się w małej niecce chroniącej nas od wiatru. W trakcie obiadu daliśmy się niezauważenie podejść autochtonowi, który nagle wyrósł obok, wdrapawszy się wcześniej na wzgórze. Zaprosiliśmy go do wspólnej biesiady, ale grzecznie odmówił. Dał się jednak namówić na owocowe smoothie oraz podzielenie się kilkoma opowieściami o porożach, których zbieraniem ponoć się parał.

 

 

Po kilkuset metrach ciężkiej harówy w siodle byliśmy już na tyle wysoko, że brodziliśmy w kilkunastocentymetrowej pokrywie śniegowej, która przykrywała oblodzoną nawierzchnię szlaku. O jeździe nie było już mowy. Za stromo i za ślisko. Wpychaliśmy rumaki i ekwipunek pod górę. To, co w planach miało być szybką przeprawą, transferem na drugą stronę pasma, okazało się jednym z najcięższych sprawdzianów tej wyprawy, zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Każdy krok stawiany na lodowatej stromiźnie stoku, każdy metr był dla nas wyczynem. Chwila nieuwagi, niepoprawne ułożenie stopy czy zakotwiczenie roweru kończyło się ślizgiem o kilka metrów w dół. Próbowaliśmy wszelkich znanych metod podprowadzania roweru, wynaleźliśmy kilka nowych, które momentami się sprawdzały, a chwilami były kompletnie bezużyteczne. W miejscach najbardziej stromych i oblodzonych skuteczną metodą było wczołgiwanie się w górę z jednoczesnym trzymaniem roweru za goleń widelca i sukcesywne wciąganie go w górę, w miarę jak nam samym udało się wydrzeć trasie kilka metrów.

 

 

Atak przedszczytowy trwał kilka godzin. Był potwornie wyczerpujący, miałem momenty, kiedy łzy bólu napływały do oczu (pomocny w tym okazał się wiatr, który zdmuchiwał skostniały na szkło puch ze zbocza). W takich momentach „byłem już spakowany na powrót”, czym nie omieszkałem podzielić się z kompanami, a co do dziś jest dobrym tematem do śmiechu. Wtedy jednak śmieszne nie było. Trwałem karmiony ciekawością tego, co będzie dalej, świadomością, że innego wyjścia nie ma i jedyna droga prowadzi w górę. Kiedy dotarliśmy pod niemal pionową ścianę, okazało się, że dotychczasowe sprawdziany były tylko przedpolem walki z naturą, na jaką wszyscy tak ochoczo zgodziliśmy się, siedząc wygodnie w strefach komfortu, gdzieś daleko stąd. Wspólnymi siłami wdrapaliśmy się na ścianę i wciągnęliśmy rowery. Adam pierwszy wszedł na szczyt i oznajmił, że kilkadziesiąt metrów dalej jest małe wypłaszczenie, na którym możemy rozbić obóz i przenocować, co niezmiernie nas ucieszyło. Błyskawicznie rozbiliśmy obóz, wczołgaliśmy się do ciepłych śpiworów i otworzyliśmy jedyne piwo, jakie ostało się po wizycie w sklepie. Dzieląc się nim, gratulowaliśmy sobie ciężkiego, wykańczającego fizycznie dnia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 4. ŚLADEM WILKA

 

Wybudziliśmy się tuż po wschodzie słońca. Pierwszą rzeczą, na którą natknęliśmy się, otwierając namiot, były ślady łap. Duże i małe łapki, może matka z młodym? Wilki? Myśl o tym, że byliśmy obwąchiwani nocą, pobudziła krążenie krwi i zdecydowanie przyspieszyła proces wybudzania. Przeszliśmy za śladami w obie strony, chcąc sprawdzić, czy nie był to czasem wypad z watahy i czy nie ma więcej śladów. Przy okazji zrobiliśmy rekonesans. Ściany, którymi wchodziliśmy, wciąż były tak samo strome, a wypłaszczenie, które znaleźliśmy pod obóz, okazało się jedynym w okolicy, a ostatnim przed szczytem.

 

 

Stąd droga prowadziła już ostro w górę, na grań. Kiedy oswoiliśmy się ze śladami, nastawiliśmy śnieg w magicznym reaktorze MSR‑a i zaczęliśmy przygotowywać śniadanie. Zmienność warunków pogodowych okryła nas mgłą tak gęstą, że w polu widzenia znalazło się w sumie tylko nasze obozowisko. Posililiśmy się, uzupełniając zapasy straconej energii. Mieliśmy za sobą trzy dni przygód. Jednak to nie fizyczne zmęczenie okazało się największym wyzwaniem, lecz otrząśnięcie się z psychicznego dołka wywołanego liczbami i ich analizą. Niekomfortowe były fakty, czyli szalenie mały dystans nawinięty na koła, szalenie długi czas i, o ironio, towarzyszące temu potworne zmęczenie. Dla sportowego ducha takie wyniki mogą być miażdżące i wiedziałem, że czym prędzej pozbędę się tych myśli, z pożytkiem dla mnie i całego zespołu.

 

 

Spakowaliśmy obóz, wymieniliśmy baterie w aparatach i ruszyliśmy z powrotem w trasę, w górę, na grań! Nikogo nawet nie korciło, żeby wsiąść na rower, przy tym nachyleniu nie miało to najmniejszego sensu. Przed nami było jeszcze z 1,5 godziny pchania, wciągania i wpychania się na grań. Średnie nachylenie tego odcinka wynosiło 28%. Na grań wdrapaliśmy się cali zgrzani. Oprócz nas nie było tam nikogo, ale przed nami szły dwie czworonożne istoty, jakby prowadziły nas po trasie… Po grani w końcu można było jechać, co nas niezmiernie ucieszyło. Na tym etapie każdy miał serdecznie dość pchania. Jazda jednak momentami okazała się karkołomna, co większość odczuła, upadając nie tyle ciężko, co spektakularnie, bo kasując dwa aparaty fotograficzne. Grań nadziana była kamieniami. Na szczęście obyło się bez poważnych obrażeń i nie musieliśmy skorzystać z opasłej torby, która służyła za apteczkę.

 

 

 

 

 

 

 

 

Trasa na grani w pewnym momencie zaczęła zawijać w dół. Coraz szybciej poczynały sobie grubasy, trzymając się podłoża i wgryzając w nie jak wygłodniały wilk wgryza się w ofiarę. Wymarzony odcinek dla miłośników zjazdów. Pyszności. Ale na obciążonych grubasach to trochę inna bajka i inne zawody. Kto przetrwa, ten jedzie dalej i na dole dostaje medal. Było groźnie, szybko, za…ście! Lawirując między kamieniami, które w kręgach „ęduro” nazywa się pieszczotliwie „małpimi łbami”, dotarliśmy w pewnym momencie do strumienia, który swoje źródło miał kilkanaście metrów wyżej. Przerwa! Postój. Kawa. Niecodziennie ma się okazję czerpać niemal z samego źródła. Był to jeden z lepszych kubków kawy, jakie miałem okazję kiedykolwiek wypić, a złożyły się na to bardziej warunki i towarzystwo niż faktyczne walory smakowe. Bieszczadzka kawa nad strumieniem, wśród chmur, mogłaby być nawet z wypalanych żołędzi…

 

 

Artykuł ukazał się w BIKE 3/2018. Jego elektroniczną wersję znajdziecie TUTAJ

 

Komentarze do artykułu