Wywiad: Agata Sobota czyli pierwsza druga!

Z Agatą Sobotą, gdańszczanką, spotkaliśmy się w miejscu symbolicznym, na Ołowiance, wyspie, gdzie kończyła się tegoroczna edycja Wisły 1200. Obydwoje braliśmy udział w poprzedzającym ją ultrawyścigu tego samego organizatora, Pomorskiej 500. Aga, choć dopiero zadebiutowała, była wśród pań na mecie druga! Z minimalną stratą dwóch minut do pierwszej Ani Sadowskiej. Trudno o bardziej spektakularny debiut.



BIKE: Powiedz nam coś o sobie. Na mecie Pomorskiej rozmawialiśmy o kontuzjach. Na co dzień zajmujesz się fizjoterapią?

Agata Sobota: Nie! Studiuję fizjoterapię! Studiuję, bo mnie to interesuje, po prostu.

 

Czyli jesteś wciąż studentką?

Nie, jedne studia skończyłam wcześniej, geografię.

 

W takim razie co robisz?

Jestem kierownikiem biura i event menadżerem. Głównie eventów naukowych, dla dzieciaków, ale też dla dorosłych. Często jesteśmy firmą wynajmowaną przez inne agencje i zapewniamy np. atrakcje na różnych piknikach szkolnych czy naukowych. Oprócz tego trochę zarządzam zespołem. U nas w firmie zajmuję się marketingiem. Takim multipracownikiem jestem.

 

Masz w tej chwili co robić? Mnóstwo eventów zostało odwołanych.

Tak, to prawda, ale nie narzekam. Na szczęście nasza firma nie tylko tym się zajmuje. Jest kilka filarów. Inna działka to zajęcia w szkołach i przedszkolach dla dzieciaków, taka chemia doświadczalna. Czyli dzieciaki same wykonują różnego rodzaju eksperymenty. Prowadzimy też półkolonie w lecie i organizujemy urodziny dla dzieciaków.

 

Dlaczego idzie się na taki kierunek jak geografia?

Jak się nie dostało na te studia, na które się chciało... Cała historia jest taka, że chciałam iść na fizjoterapię po maturze, ale moja nauczycielka biologii dała mi do zrozumienia, że to raczej nie jest dobry pomysł, że sobie nie poradzę. Jak człowiek ma 18 lat, jest podatny na opinie innych ludzi, których uważa za autorytety. Dopiero po dziesięciu latach od ukończenia studiów stwierdziłam, że fizjoterapia to jest chyba nadal to, co chciałabym robić.

 

 

Dlaczego tak bardzo ciągnęło cię i ciągnie w tym kierunku?

Siedzę w sporcie dosyć długo. Sama miałam jakieś przygody kontuzyjne, problemy. Kilka razy w życiu fizjoterapia mnie zaskoczyła, że są rzeczy, które wydawały się nienaprawialne, a jednak są naprawialne. 

 

Poszłaś na fizjoterapię, żeby sobie pomagać?

 Trochę tak i trochę też dlatego, że naprawdę wierzę w fizjoterapię, że potrafi bardzo ludziom pomóc i jest wiele rzeczy, które można wyleczyć ruchem, a niekoniecznie złotą pigułką.

 

Sport to zawsze było kolarstwo?

To było dużo, dużo rzeczy. W ogóle to zaczynałam od siatkówki, przez 10 lat grałam w siatkę. Między innymi w tutejszej Gedanii, ale z racji mojego wzrostu (nie osiągnęłam wymaganego minimum) nie zostałam powołana do kadry. I to był moment, gdy stwierdziłam, że chyba jednak muszę się pożegnać. Potem przez kilka lat bardzo mocno zaangażowana byłam we wspinaczkę skałkową. Zostałam nawet instruktorem. Aż do momentu kiedy kontuzja wykluczyła mnie na prawie rok. Nie mogłam żadnego chwytu złapać. Wtedy pomyślałam sobie, czemu nie rower!

 

Czyli zasadniczo nie potrafisz usiedzieć w miejscu?

To chyba najlepszy skrót myślowy, jeśli o mnie chodzi. Wciąż musi się coś dziać!

 

 

To męczące...

Męczące z tego względu, że wciąż potrzebuję stymulacji, jakiejś zmiany, która napędza. Ciągle coś nowego! Nudy nie ma. Mam za sobą kilka wypraw z sakwami z czasów, kiedy ludzie jeszcze tego w ogóle nie robili. Kiedyś człowiek z sakwami na rowerze budził ogromne zainteresowanie. Największa wyprawa, jaką zrobiłam, z przyjaciółką przejechałyśmy w 40 dni trasę z Bułgarii do Polski. Najpierw samolotem z Gdańska do Bułgarii. Potem jechałyśmy przez Mołdawię, Kosowo, Rumunię, Ukrainę i wjechałyśmy do Polski w Przemyślu. Zajęło nam to 40 dni. Miałyśmy ze sobą namiot, wszystko, byłyśmy samowystarczalne. Ale tak naprawdę to można powiedzieć, że 50 na 50 wyszło nam spanie w namiocie i spanie u ludzi, którzy nas zgarniali po prostu z ulicy. Niezapomniane przeżycie. Zrobiłam to po studiach. Zaraz po tym, jak skończyłam studia i nawet byłam gotowa zrezygnować z pracy, żeby tylko zrealizować ten plan. Ale miałam na tyle fajnego szefa, że dał mi urlop bezpłatny. I jeszcze mnie wsparł trochę sprzętowo w tej wyprawie, więc super. 

 

Co było potem?

Miałam krótki romans z triathlonem. Tam trzeba było dobrze pływać. Nie umiałam pływać w wieku dwudziestu paru lat. Potrafiłam tylko taką żabką krajoznawczą. Wtedy pojawił się jakiś problem z nogą, po tym jak zrobiłam Ironmana w Gdyni, połówkę. Okazało się, że moje kolana nie są stworzone do biegania, a rower zawsze mi najlepiej wychodził z całego triathlonu. Stwierdziłam, no, dobrze, zajmiemy się tym rowerem, jedną rzecz, ale porządnie. I tak zostało. Myślę, że to się nie zmieni. Czuję, że tak jest, w końcu znalazłam to, czego szukałam. 

 

Rower szosowy?

Z triathlonu przeszłam płynnie do roweru szosowego bez triathlonu. I przez kilka lat była tylko szosa. Teraz nieśmiało zaczynam wkraczać w świat MTB, ultramaratonów, trochę coś innego. Wydaje mi się, że nasyciłam się na razie szosą i potrzebuję innych wrażeń.

 

Minimalnie przegrałaś z Anką w Pomorskiej, o siku…

O siku, tak mówią.

 

Masz już konkretne plany na kolejny start?

Chyba chciałabym w przyszłym roku spróbować Wisły. Jeżeli Pomorska się odbędzie, myślę, że na Pomorską też bym się wybrała, zobaczyć, czy stać mnie na więcej. Przed Pomorską, gdyby ktoś powiedział, że zrobię taki czas, wzięłabym go w ciemno!

 

Bardzo niewiele zabrakło. Anka ma też duże doświadczenie i jest mocna mentalnie. 

Jeśli chodzi o głowę, martwiłam się najmniej. Mam różne doświadczenia, nocne eskapady, przez jakiś czas się bawiłam w nocne biegi na orientację, więc 24 godziny bez snu są mi znane. To nie była dla mnie nowość. Bardziej kwestia tego, czy organizm sobie poradzi i jak sobie poradzi z brakiem snu, bo to jest dosyć kluczowa sprawa w ultra, jak sobie radzisz bez snu.

 

Byłaś zła, jak się dowiedziałaś, że to tylko dwie minuty?

Nie. Byłam tak szczęśliwa, jak wjechałam na metę, że dojechałam. I w takim czasie. Przegrać z Anią, z taką zawodniczką, o dwie minuty, to tak jakby wygrać. Naprawdę! Absolutnie nie jestem zła. Jestem bardzo zadowolona.

 

Konkretne ściganie jeszcze w tym sezonie?

Jest wielce prawdopodobne, że pojadę na Nowy Targ Challenge, bo jestem zapisana. Dalej zobaczymy. Ten sezon jest wyjątkowy, skomplikowany. Zobaczymy, na co uda się jeszcze załapać, bo sezon jest mocno przesunięty.

 

Przygotowując się do ścigania w MTB, co konkretnie robisz?

Zaczęłam jeździć więcej w terenie. Myślę, że mamy idealne warunki do tego, żeby się uczyć jeździć na MTB, bo mamy naprawdę wszystko, od łatwych tras po takie naprawdę hardkorowe.

 

 

Nadal będziesz ścigać się też na szosie?

Myślę, że będzie trochę tego, trochę tego. Zostawiam sobie większe pole do manewru, wcześniej była zawsze tylko szosa i szosa. Lubię się ścigać, bo to daje motywację, której nie mam, jak się nie ścigam.

 

Motywację do czego? Do trenowania? Lubisz rywalizację?

Nawet jak nie mam większego celu, nie mam problemu, żeby wyjść na rower. Lubię ten dreszcz emocji, który jest na wyścigach!

 

Z tego, co wiem, prowadzisz też treningi z dziewczynami na szosie. Uczysz dzieci?

Myślałam o tym. W tej chwili skupiłam się bardzo mocno na treningach dla kobiet. Dlaczego dla kobiet? Jeszcze dwa, trzy lata temu dziewczyn w kolarstwie było bardzo mało. Jak się jechało na imprezy, także mistrzowskie. I zaczęłam się zastanawiać, z czego to wynika.

 

Z czego?

W dużej mierze z tego, że dziewczyny nie miały z kim jeździć, bo z facetami za szybko, chłopy się niecierpliwią, nie pokażą co zrobić. Sama jestem kobietą i wiem, że kobiety wymagają trochę innego podejścia przy uczeniu się różnych rzeczy.

 

Na czym polegają różnice?

W dużej mierze chodzi o cierpliwość i zrozumienie tematu. Na przykład przejechanie korzenia w lesie, dla faceta nie jest to problem, dla dziewczyny może być. Faceci nie mają cierpliwości. Wiem, bo jeżdżę z facetami, którzy próbują mnie uczyć. Nie trafia do mnie rada typu: „zamknij oczy i przestań się mazać”. Potrzebuję np. więcej czasu.

 

Czy treningi dla kobiet prowadzisz regularnie?

Tak, dwa razy w miesiącu, w wybrane soboty. Treningi trwają od półtorej do dwóch godzin. Moim celem było stworzenie nie kolejnej ustawki, gdzie się spotykamy, jedziemy i jest fajnie, tylko miejsca, gdzie jest czas, żeby wałkować elementy, które sprawiają problem. Na przykład jazda w grupie po zmianach, jak tę zmianę wykonać dobrze, jak pokonywać zakręty, jak pokonywać zjazdy, podjazdy, w jakiej pozycji. Często z treningów dziewczyny nie wracają bardzo zmęczone, ale z dużą liczbą zadań do pracy własnej. Wiele dziewczyn ma np. problem z sięganiem po bidon w czasie jazdy i niezmienianiem jednocześnie toru jazdy, co jest kluczowe w grupie. Potrafią nie pić przez dwie godziny, jadąc z chłopakami w grupie. To małe rzeczy, które robią ogromną różnicę.

 

Ile dziewczyn przyjeżdża?

Grupa ma od pięciu do ośmiu, dziesięciu osób. Bardzo mi odpowiada taka kameralna grupa, każdym mogę się zająć indywidualnie.

 

Gdzie się spotykacie?

Na Pętli Reja w Sopocie, to takie miejsce znane wszystkim kolarzom w Trójmieście. Znane, ponieważ jest tam mocno ograniczony ruch samochodowy. Pętla daje mi też to, że mogę mieć zróżnicowany poziom osób uczestniczących.

 

Czy można dołączyć?

Mam wydarzenie na FB, można. Mam też rozpisany wewnętrzny program treningów, cykl 12 treningów. Uczymy się czegoś nowego lub powtarzamy poprzednie rzeczy.

 

Ile to kosztuje?

Za sześć treningów wychodzi stówka, 16 złotych za trening. Tyle co kawa i ciastko. Pojedyncze wejście 30 złotych, jeśli ktoś nie zdecyduje się na karnet. Do tej pory nie musiałam grupy ograniczać, jest kameralna, efekty przychodzą szybciej!

 

Komentarze do artykułu