Alpen Tour Trophy #1

"Pierwszy etap za nami, pomału wyścig zaczyna się układać. Pierwsze gumy, kryzysy, kraksy, zrealizowane i niezrealizowane założenia". Ania Sadowska nadaje prosto z trasy!



Alpen Tour Trophy #1 

 

 

 

Pierwotnie mieliśmy pokonać  71 kilometrów i 3100 metrów przewyższenia. Taki etap killer na dzień dobry. Tak sobie myślę, że to po to, by pokazać, gdzie jest nasze miejsce w szeregu. Szeregu składającym się z gór i nas – zawodników. Jakby nie kombinować, zawsze wypadniemy blado, czasami udaje nam się kąsać, ale na koniec nasze siły są policzone. A góry stać będą nadal. 

 

Realnie etap został zmodyfikowany...

Tam, gdzie mieliśmy dojechać, leży jeszcze 1,5 metra śniegu. Maksymalnie wyjeżdżamy na około 1700 m n.p.m., a nieplanowane grubo ponad 2000. W związku z tym etap finalnie liczyć będzie 65 km i 2500 m n.p.m. Przy średniej temperaturze 23 stopnie z dzisiejszej jazdy i faktu, że sporo robimy na całkowicie otwartym terenie, to naprawdę wystarczy, żeby się solidnie zmęczyć. 

 

Start z sektorów, jak to przystało na wyścig UCI. Nie ma pośpiechu i przepychania. Nerwowo robi się na starcie honorowym, gdy zawodnicy z dalszych sektorów usilnie próbują przebić się do przodu. Czasami rozpaczliwe to jest, bo za 1, 2 czy 3 km i tak odpadają. Tego do dzisiaj nie potrafię zrozumieć i chyba nie zrozumiem. Zapowiada się około 4-5 długich podjazdów, takich, które dokładnie zapamiętam. W większości poprowadzone są drogami szutrowymi, część leśnymi ścieżkami, ale są i takie po korzeniach, gdzie trasa przypomina układ nerwowy. 

 

Na trasie są 3 bufety i na mecie kolejny. Ułożone w takich odstępach, by idealnie między nimi wystarczał 1 lub 2 bidony, zależnie od tempa jazdy. Dzisiaj żar lał się z nieba. Dawno się tak nie pociłam na wyścigu. Z twarzy cały czas kapał pot, zalewając ramę, Garmina, oczy. Czaszka mi dymiła, koszulka piekła, każdy kawałek cienia starałam się wykorzystać, ale niestety, nie było go dużo.

Mijaliśmy kilka razy na trasie potoki i rzeki, oj, jak miałam ochotę wtedy do nich wskoczyć. Rozpaczliwie łapałam jakieś kubki z wodą, żeby się schłodzić na bufetach.

Pierwsze 20 kilometrów to praktycznie ciągły podjazd z małym zjazdem, gdzie tracimy około 100 metrów przewyższenia. Na nieco drewnianych nogach po wczorajszych spotkaniach medialnych jakoś się wtaczam na tę górę, ale bez rekordów tempa. Zjazd za to jest genialny. Bajkowe widoki, coś, co długo się zapamiętuje. Zaczynamy zjazd z wysokości 1700 m. Wszędzie wokół nas są jeszcze wyższe góry. Białe, pokryte śniegiem, jakoś niewzruszone faktem, że jest upał. My częściowo też zjeżdżamy po śniegu,  zlani potem, ubrani na krótko, w pełnym słońcu. Niecodzienny widok. 

 

Cała dzisiejsza trasa jest do zrobienia z siodełka, za co należy się organizatorowi gigantyczny plus. Nie ma też ekstremalnych podjazdów, czyli takich, gdzie zaczyna przewracać na plecy, co w praktyce oznacza powyżej 30%. Jest trochę w okolicy 20%, ale wiele z nich ma mniej i jedzie się całkiem dobrze. Zjazdy na razie podzieliłabym na 3 kategorie – łatwe ścieżki czy asfalt, tych jest stosunkowo mało, szutry, ale wymagające, bo zjeżdżamy ze sporą prędkością, a wylecieć z nich na zakrętach można łatwo i to, co spowodowało, że dzisiaj banan z twarzy mi nie schodził – wymagające single, trudne ścieżki. Jeju… jaka była dzisiaj zabawa na zjazdach. Momentami było bardzo stromo (czytaj: można było poszerzyć przedziałek na pupie tylną oponą :D).

 

W okolicy 40. kilometra zaczynamy ostatni dług podjazd – prawie 900 metrów przewyższenia na 9 kilometrach. Dla niektórych to był podjazd na bombę, widać, że tempo mocno spadło i wiele osób ma już lekko dość. Mnie, o dziwo, w tym miejscu w końcu zaczęło się jechać. Próbuję złapać swój rytm po prawie 2 tygodniach przerwy i realnie z dnia na dzień powinno być lepiej.  Zjazd singlami po korzeniach do mety daje mi tyle frajdy, że nie mogę doczekać się już kolejnego etapu. Kończę dzisiaj na 12. miejscu.

 

 

 

 

A jak wyglądała rywalizacja z przodu?

Wśród Panów pierwsze 9 miejsc mieści się w niecałych 6 minutach, odstępy są małe, więc realnie wszystko się może jeszcze wydarzyć. Wśród kobiet zdecydowanie wygrywa Githa Michels, dalej natomiast mamy taki układ, który właściwie może oznaczać jeszcze wszystko. I dobrze, bo w obu klasyfikacjach będzie ciekawie na kolejnym etapie. 

 

Wyniki Elita Kobiet

  1. Githa MICHIELS (BEL)/Primaflor – Mondraker/3:36:27
  2. Maria NISI (ITA)/New Bike 2008/+ 10:25 
  3. Greete STEINBURG (EST)/Spordiklubi Rakke/+ 11:10 

 

Wyniki Elita Mężczyzn

  1. Leonardo PAEZ (COL)/Giant Polimedical/3:00:56 
  2. Daniele MENSI (ITA)/Soudal Leecougan/+ 2:27 
  3. Markus KAUFMANN (GER)/Texpa – Simplon/+ 3:08