Bielsko-Biała? Nie tylko ścieżki!

I love BB! Nie tylko ścieżki, ale i ludzie składają się na wyjątkowość tej miejscówki. Razem tworzą twórczy ferment, który sprawia, że okolica aż kipi od energii i pomysłów. Czerpiąc z tego źródła, działają, lokalnie i globalnie.



Bielsko-Biała...


Oprócz kompleksu ścieżek, centrum obsługi na Błoniach i wypożyczalni rowerów Bielsko-Biała to przede wszystkim ludzie. Błonia i B-B Bike Bar są zresztą ulubionym miejscem spotkań miejscowych fanów dwóch kółek. Jeśli będziecie na miejscu, zróbcie tam sobie przystanek. Jest co zjeść i czego się napić. To też dogodny punkt startowy na ścieżki wokół Koziej albo początek dojazdówki z powrotem w stronę Szyndzielni lub w stronę Magurki Wilkowickiej, popularnej wśród tych, którzy lubią bardziej dziko i naturalnie. Tamtejsze ścieżki oficjalne nie są (poza tablicą na dole w Wilkowicach brzmiącą Wilcze Ścieżki), ale już na Trail Forks jak najbardziej.

Nawet bez dalszej rozbudowy Bielsko-Biała jest już prawdziwym ścieżkowym mocarstwem. Trzy dni na miejscu to minimum. W moim przypadku nie wystarczyły, bo nie tylko jeździłem, ale i spotykałem się z ludźmi. Właśnie oni składają się na wyjątkowość miejscówki. I jak to bywa, nie wszyscy muszą się nawzajem lubić, ale razem tworzą twórczy ferment, który sprawia, że okolica aż kipi od energii i pomysłów. Czerpiąc z tego źródła, działają, lokalnie i globalnie. Spotkałem się z niektórymi. 

 

 

         

 

THE TRAIL, czyli po polsku


Szymon Twardak kiedyś zaczynał od dirtu, potem była długa przerwa i powrót na rower trzy lata temu. The Trail powstało dlatego, że kilka rzeczy
go denerwowało. Postanowił to zmienić. I w ten sposób narodziły się okleiny na ramę i skarpety z protektorem, żeby nie ocierać kostek. Powoli asortyment się powiększał – „pierdół okołorowerowych”, jak sam je nazywa. Najważniejsze było założenie, że wszystko (ok, prawie wszystko) powstaje w Bielsku-Białej. Robić wszystko po polsku, z polskich komponentów. I w 80% firma swoje produkty wytwarza sama. Co jest o tyle ułatwione, że wywodzi się z poligrafii i reklamy, a to rzeczy, na których Szymon się zna. Cały czas wymyśla, co by tu jeszcze dodać! Stąd pomysły na... aktywną pianę do mycia rowerów. Oczywiście w opakowaniach z Polski! Korzenie The Trail tkwią też częściowo w „I love BB”, czyli firmie lajfstajlowej z gadżetami poświęconymi Bielsku-Białej. Szymon to człowiek orkiestra, nadal zajmuje się poligrafią i robieniem filmów reklamowych.
The Trail jest zaledwie początkiem, celem będzie możliwość zajmowania się tylko firmą. Marka istnieje rok, powstała na wiosnę 2017, więc liczba produktów już imponuje.
Nowością są ubrania – rowerowe bluzy. Cały proces produkcji przebiega „pod jednym dachem”, włącznie z projektowaniem grafik, wykrojami i testami. Sztandarowym produktem pozostają wciąż skarpety, w różnych wersjach. Firma angażuje się w imprezy enduro, sponsorując nagrody, wspiera też np. Enduro Princeski. Jedną z nich jest Jagoda, córka Szymona. Ciąg dalszy? Niewątpliwie nastąpi!

 

 

         

 


DRAGON BIKE COMPONENTS – „Bo brakowało części…”


Rafał Boroń nie pije kawy i generalnie jest... beznałogowy. Nie lubi też podjeżdżać, ale jeździć jak najbardziej. Jego ulubiona zabawka to drukarka 3D, która wypluwa prototypy produktów. Firma zajmuje się przede wszystkim produkcją zębatek i napinaczy, ale stoi też za projektem korby. Wszystko z aluminium. Do korby dojdzie środek suportu. Korby będą montowane na wielowpust z obu stron. Oficjalna premiera? Już w czerwcu. Za każdym razem są to produkty frezowane CNC. Jeżdżą też już pierwsze egzemplarze roweru własnego projektu i produkcji, cały czas trwają testy...


Firma powstała cztery lata temu, ale jej historia jest dłuższa, bo sięga ostatniej edycji Nokia DH Cup w Ustroniu w 2004 roku, gdzie Rafał zaraził się MTB. To także tradycje rodzinne, bo dziadek Rafała był trenerem kolarstwa, tyle że szosowego, z medalami olimpijskimi na koncie. Jakiś rower zawsze gdzieś w tle się przewijał. Jak to się stało, że z pasji powstała firma? Odpowiedź brzmi – studia. Rafał studiował automatykę i robotykę. Pewnego dnia potrzebował napinacza i zamiast wydać 400 zł zamówił kawałek karbonu, a następnie wyciął go sobie sam. I poszło.

Bo... brakowało części.
Co ciekawe, Dragon Bike współpracuje z The Trailem, ale i innymi bielskimi firmami typu Bodek Bike Service czy Stigma. Plany rozwojowe
na przyszłość? Wspomniany rower. Full, ale w planie jest i sztywniak, w tej samej firmowej stylistyce. 29 cali i ścieżkowiec.
Za moment w Bielsku mają być też spawane ramy, lokalnie, a nie w Mielcu, jak przedtem! Co może być największym zaskoczeniem,
to dalekosiężne plany związane z karbonem. Nie oznaczają jednak rezygnacji z tego, co już zbudowano. „Szkoda tego, co zainwestowaliśmy
w aluminiowego fulla”. Tylko tak dalej. Trzymamy kciuki!

 

 

 

   


TYGU – „Rysujesz, wysyłasz do Chin”


TYGU nie do końca jest bielskie, bo z Żywca, ale z BB jak najbardziej związane. Jak powstało TYGU? Wojciech Tuleja określił to tak: „Takie ciśnienie tu jest, że nie da się nie robić czegoś rowerowego. Jedni kopią, inni jeżdżą. Na zawodnika byłem za słaby, więc stworzyłem własną markę. Jestem po wzornictwie, z doświadczeniem jako przedsiębiorca, stąd pomysł na projektowanie i wdrożenie własnych produktów. Ciuchy są dość dostępne, jest dobra koniunktura, ludzie lubią zmieniać odzież”. Od ciuchów się zaczęło, ale doszły też google, włącznie z modelem z podwójnymi
szybami, wszystko, co jest standardem na świecie, tyle że od TYGU.
Wypatrzyłem też buty z logo TYGU (cały czas trwają testy różnych prototypów). Solidne, ale i dobrze wyglądające, z detalami dla enduraków. Jak tłumaczy Wojtek, część produkcji zlokalizowano na miejscu, większość jednak na Dalekim Wschodzie. To świadomy wybór, ponieważ oprócz niższych kosztów Azja oferuje też pełne know-how. Pomaga również bycie użytkownikiem.
"Jesteś rowerzystą, wiesz, czego ci brakuje. Rysujesz, wysyłasz do Chin".

Firma, chcąc zyskać rozpoznawalność, często stosuje promocje. Stawia też na sprzedaż hybrydową – bezpośrednio, ale i przez sklepy. Wojtek wykorzystuje też swoje doświadczenia i umiejętności z poprzedniej firmy, zajmującej się marketingiem internetowym. Plany ma ambitne. Z Maćkiem Tomaszkiem, drugim współtwórcą firmy, planują w przyszłym roku rajd po Polsce i imprezach rowerowych, z dużym rozmachem. Kolejny temat –
bliski także mi osobiście – ciuchy rowerowe dla małych dzieci! Przeprowadzono badania rynkowe, okazało się, że ciuchy są dostępne dla dzieci starszych, 13 plus. Zdecydowali więc, że warto zrobić coś dla maluchów, nawet tych na biegówkach. To oczko w głowie Wojtka, bo sam ma małe dzieci,
podobnie jak wielu znajomych jeżdżących na rowerach. Choć w międzyczasie wymyślił też m.in. plecak z miejscem na baterie do e-bike'ów. Zanim zaprezentował go Evoc ;) jak mówi.

 

 

 

      

 

 

BIMBER, czyli pędzenie na cały etat


Najpierw trafiłem na zdjęcia z ich wypraw. Potem widziałem logo i kubki. Rozmowa z Olą i Rafałem Nyczami musiała oczywiście zacząć się od nazwy...

Poza tym, że skraca się ją na BB, to skąd?
„Zaczęło się od pędzenia w Beskidach. Stwierdziliśmy, że taka konotacja niealkoholowa będzie dość zabawna i wpadająca w ucho”. Na pytanie, czy nie obawiają się dwuznacznych skojarzeń, odpowiedzieli:

„Nie, nie mamy nic wspólnego z alkoholem. Można powiedzieć, że każdy jest kowalem swojego pędzenia – my proponujemy pędzenie na rowerze. Sama nazwa jest dla nas kopalnią intrygujących skojarzeń i dobrą okazją do zabawy z odbiorcą”.
Skąd pomysł na markę i czym się zajmują?
„Teraz to pędzeniem Bimbru na pełen etat”. Mają zaplecze i doświadczenie w branży odzieżowej, także rodzinne, ale i związek z górami, pokoleniowy (w tym regionalni przewodnicy PTTK). „Kropki zaczęły się łączyć w całość, stwierdziliśmy, że można stworzyć markę, jakiej nie da się powołać do życia w innym miejscu na świecie. Która zapuszcza korzenie w lokalnym folklorze”. Czym jest BIMBER poza kubkami (kultowe, klasyczne, do zobaczenia w necie na Insta Bimbru)?


Ola: „Na razie jerseye, opcje damska i męska, bidony, skarpetki”.
Rafał: „Potem dołożymy do tego rzeczy casualowe, do chodzenia na co dzień. Jednak druga odnoga działalności firmy to misja. Chcielibyśmy organizować wypady po Beskidach. Pomagać ludziom, którzy nie znają okolicy. Chcemy dać coś od siebie. Z Trail Forksa nie dowiesz się, że na Błatniej można zjeść pysznego kotleta!”


Moje wrażenia po obejrzeniu kolekcji? Dopracowanie w najdrobniejszych szczegółach i jednolitość. Opakowania to małe dzieła sztuki, np. jerseye pakowane są w tuby. Taki jest zresztą pomysł na markę, na obcowanie z jej produktami. Zdjęcia zrobione w czystym, domowym wnętrzu, a też w pracowni, potrafią oddać to tylko częściowo. Ola i Rafał podkreślają, że podobnego klimatu jak w Bielsku-Białej nie spotkali nigdzie indziej, a z rowerami byli już w wielu miejscach. I trudno im nie przyznać racji...