Wypad na weekend: Trzy razy Kraków

„Wiesz tato, są tacy, którzy uważają, że stolica Polski powinna być w Krakowie. Zgadzam się z nimi”. Tak brzmiało podsumowanie Idy po weekendzie spędzonym nie w tym mieście nad Wisłą co zwykle. Przyznać muszę, że również dla mnie Kraków został odczarowany.



 

Od zawsze byłem w stosunku do Krakowa trochę w kontrze. Z jednej strony sentyment, bo wycieczka w czasach szkolnych, z gitarą i w rozciągniętym swetrze, kameralne przedstawienie „Ptaśka” w teatrze, które mną wtedy wstrząsnęło, i nocleg na Oleandrach, skąd wyruszała Pierwsza Kompania Piłsudskiego. Żywe świadectwo historii Polski, stara, pierwsza stolica, przefiltrowana przez osobiste wspomnienia. Z drugiej strony powracające wciąż historie o „lepszości” Krakowa, podkreślanie wielowiekowej historii i patriotyzmu, czasem brzmiące jak dowcip, bo kto byłby w stanie wymyślić, że w CV można napisać „originally from Krakow”?! Na „lepszość” w każdej postaci mam uczulenie. A może to zazdrość człowieka, który stał się wrocławianinem z wyboru i odbiera Kraków jako konkurencję? W każdym razie w przemiłych okolicznościach skonfrontowałem się z własnymi uprzedzeniami. I zaczynam naprawdę…

 

 

…doceniać Kraków

 

A nie byłoby to możliwe bez krakowskich sklepów rowerowych. Jako człowiek z „branży” od lat odwiedzam Kraków przede wszystkim służbowo. Wcześniej celem moich wizyt często był Veloart, obecnie Bike RS. Pasję, którą widziałem w Grzegorzu Dziadowcu, człowieku, który stworzył Veloart, widzę też w rodzinie Porębów. Nawet jeśli dziś Grzegorz zajmuje się głównie domem (dosłownie, ponieważ gościł nas w apartamentach, które wyremontował w dużej części własnymi rękoma), rowery są wciąż w jego życiu obecne i pozostają ważne. A Marcin i Mateusz Porębowie, synowie Mieczysława założyciela firmy, choć na co dzień prowadzą biznes, nadal bardzo dużo jeżdżą na rowerach (co można sprawdzić choćby na Stravie). I dlatego Bike RS to nie jedynie sklep, ale i Team oraz wyprawy czy starty w zawodach.

 

 

La Bicicletta jest łatwa do odnalezienia - wystarczy wypatrywać rowerów

 

 

La Bicicletta z Anią

 

Zwiedzając miasta, czy opracowując nowe trasy, zawsze staram się trzymać jednej zasady, za przewodników obierając sobie osoby miejscowe. Dlatego gdy pomyślałem, że w Krakowie warto byłoby zobaczyć najsłynniejszą rowerową kawiarnię La Bicicletta, moim cicerone stała się Ania Makuszewska, której miłość do enduro i trudnych tras zupełnie nie przeszkadza w jeździe na szosie i codziennym dojeżdżaniu (kilkadziesiąt kilometrów) do pracy. To ona wyznaczyła trasę łączącą Bike RS rodziny Porębów na Kłuszyńskiej 13A, czyli krakowskie Swoszowice, i la Biciclettę na Kazimierzu. W ten sposób, żebym mógł zobaczyć m.in. duże fragmenty trasy rowerowej wzdłuż Bulwarów Wiślanych bez przebijania się głównymi drogami.

 

Trasa wzdłuż Wisły jest wśród krakowian bardzo popularna, i to nie tylko w okolicach Starego Miasta. Również w zwykły dzień daje się odczuć, że toczy się tam życie, ponieważ ludzie masowo korzystają z nadwiślańskiej rowerostrady. Można nią dalej dojechać choćby do Tyńca i Opactwa Benedyktynów (link do naszego wcześniejszego wypadu znajdziecie obok), idealnie nadaje się też na łatwą wycieczkę turystyczną, np. z rodziną. Od krakowian usłyszałem, że miasto ma swoje problemy, jeśli chodzi o sieć ścieżek, szczególnie poza centrum, ale akurat ten fragment infrastruktury budzi czystą zazdrość. Nie jest łatwo mieć cały asfalt tylko dla siebie i Wawel na dokładkę w tle!
Bulwarami dojechaliśmy więc do Kazimierza, który wygląda, jakby trochę z założenia trącił myszką. Jakby celowo nie remontowano tu wielu fragmentów tylko po to, by małe sklepy i knajpki wyglądały bardziej „alternatywnie”. A jeśli już na Kazimierz rowerem, to na kawę obowiązkowo do La Bicicletta. Na Miodowej 7 mieści się kawiarnia i hotel. Właściciel Piotr Działowy miło zabawi was rozmową. Historiami kolarskimi (sam jeździ) sypie jak z rękawa, są idealnym uzupełnieniem oryginalnych koszulek zawodników na ścianach kawiarni. Cichy ogródek z tyłu pozwoli chwilę odetchnąć, jeśli będziecie mieli dość turystów. W tym miejscu regularnie organizowane są też wydarzenia kolarskie, takie jak choćby zamknięcia sezonu. Warto więc dodać La Biciclettę do ulubionych na FB!

 

Z kawiarni wróciłem do Bike RS po samochód i po raz kolejny przekonałem się, że Komoot radzi sobie lepiej z wyznaczaniem tras niż Google, który teoretycznie ma opcję tras rowerowych. To już jednak temat na inną historię. Trasa Ani w stronę Kazimierza była jeszcze lepsza!

 

 

Zanim dojedzie się do Ojcowa trzeba pokonać Dolinę Prądnika buszując w kukurydzy

 

 

Są i słynne skały, jest i bruk

 

 

A bruk spod Bramy Krakowskiej prowadzi do nie mniej znanej wśród kolarzy patelni

 

 

Kierunek Ojców z Grzegorzem

 

Od Grzegorza Dziadowca dostałem zaproszenie do „Wesoła Apartments” (wesolaapartments.pl), mieszczących się zaledwie 1400 metrów od Rynku, wnętrz wyremontowanych przez Grzegorza i zaaranżowanych przez jego żonę Monikę. Tradycyjnie zdałem się na przewodnictwo lokalsa, a Grzegorz spytał od razu: „Czy to musi być szosa? Lepszy będzie gravel”. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Z wypadu po asfalcie na kawę do Lanckorony (Arka Cafe czeka, na pewno ją sprawdzimy!) wyszła runda łącząca dwa w jednym – Ojcowski Park Narodowy i Dolinki Krakowskie. Mniej oczywista, tym bardziej, że zaułki i zakamarki znane tylko lokalsom zaczęły się już praktycznie od pierwszych metrów. Gdybym nie miał zapisanego śladu (możecie go pobrać), w życiu nie byłbym w stanie powtórzyć trasy. W ten sposób zamiast oczywistości mogłem zobaczyć Dolinę Prądnika i uniknąć ruchu ulicznego, którego Grzegorz, jak i ja, nie jest specjalnym fanem. W upalną sobotę szukaliśmy cienia, a doliny rzeczne mają go pod dostatkiem. Duża część trasy prowadziła też przez lasy. Grzegorz podkreślał, że wcześnie rano, gdy zwykle jeździ, ludzi jest zdecydowanie mniej, my w okolicach południa momentami musieliśmy uważać na innych użytkowników, zarówno tych rowerowych, jak i pieszych. Trasa jest na tyle emocjonująca, że prócz gravela można się na nią wybrać i na lekkim rowerze MTB. Mój przewodnik pokonał ją na Openie z szerokimi i łysymi oponami szosowymi! Prócz klasyków, jak Brama Krakowska, czy brukowana droga i podjazd ze słynną patelnią (odsłonięta serpentyna), nie mogło oczywiście zabraknąć Maczugi Herkulesa i zamku na Pieskowej Skale. Wiadomo, Ojców skałkami stoi. Po drodze zaliczyliśmy też smaczki w postaci chatki pustelnika (tuż obok szlaku, a wie o niej niewiele osób) czy podjazdu ścianki pod kościółek w Sąspowie. Było to możliwe tylko dzięki wcześniejszemu postojowi w Pstrągu Ojcowskim (Ojców 48), tuż obok słynnych stawów rybnych, gdzie podobno zaopatrują się wszystkie krakowskie restauracje. Tu zresztą po uzupełnieniu płynów zboczyliśmy z głównego, popularnego szlaku, by odbić w kierunku dolinek. Uwaga, w Sołuszowej Podzamczu (dla zmyłki na końcu podjazdu) skorzystajcie z następnej opcji jedzenia, picia i uzupełnienia bidonów, kolejne kilometry są w odsłoniętym terenie, a latem było jeszcze bardzo gorąco!

 

 

Maczuga Harkulesa i Zamek na Pieskowej Skale są od siebie dosłownie o rzut oka 

 

 


Od Sołuszowa trasa przypomina Ardeńskie klasyki, podjazdy może nie są długie, ale za to strome. Droga efektownie przecina kilka „muld”, zanim dojdzie do Doliny Będkowskiej. Niektóre z nich prowadzą po asfalcie, inne niekoniecznie. W samej dolinie znów okazja do pstrągowego biesiadowania – Gospodarstwo Rybackie w Dolinie Będkowskiej. Tam już na pewno będziecie chcieli się zatrzymać. Następne dwadzieścia kilometrów na szczęście prowadzi głównie z góry, bo choć na liczniku ledwie sześćdziesiąt, w jakiś cudowny sposób udało się nazbierać niemal 900 metrów w pionie. Wracamy przez krakowskie Błonia i Planty. Pomyśleć tylko, że takie gravelowe przysmaki leżą tuż za granicami miasta.

 

 

Gdzieś koło Sołuszowa, a może na księżycu?

 

 

Na Kopiec Krakusa

 

Krakowski wypad podsumowaliśmy następnego dnia pętlą z kulminacją w postaci zdobycia Kopca Krakusa na Podgórzu. Dzielnicę tę od Kazimierza dzieli tylko Wisła i słynna kładka Bernatka z wiszącymi w powietrzu rzeźbami sportowców. Godna polecenia kolarzom jest Makaroniarnia Kraków, tuż za kładką (Brodzińskiego 3). Zanim jednak dotrzecie na Kopiec, odwiedźcie Park Bednarskiego i stadion na Krzemionkach. Podobno jego stara żużlowa bieżnia idealnie nadaje się do treningów zimą (tak podpowiedział Grzegorz Dziadowiec). Stamtąd przez kładkę na Kopiec jest już bardzo blisko, a widok z góry naprawdę wart chwili wspinaczki. Powrót ścieżką dookoła Libanu, kamieniołomu, gdzie kręcono Listę Schindlera i zachowały się fragmenty oryginalnych scenografii, to już sekcja terenowa, kończąca się słynną krakowską inwestycją, czyli kolejną kładką rowerową, łączącą dzielnicę Podgórze z miastem. Rzeczywiście jest imponująca, podobno bardzo skraca dojazdy. Mijając słynną kamienicę Mariana Banasia (szefa NIK-u), szybko z powrotem lądujemy na Bernatce. Wraz z rundą wokół Plant i odwiedzinami u Smoka Wawelskiego (swoją drogą, kasy mogłyby być praktycznie umieszczone na dole) pętla liczy 21 kilometrów. Jest ją w stanie przejechać sześciolatek na kołach 16 cali!

 

 

Kopiec Krakusa i wydok na Kraków, poniżej stadion na Krzemionkach

 

 

Ciąg dalszy koniecznie nastąpi

 

Poranne zakupy na kultowym Kleparzu, gdzie zaprowadził mnie Grzegorz, okazały się fascynujące. To niesamowite zobaczyć w sobotni poranek klasyczne targowisko, gdzie mieszkańcy mieszają się z turystami z całego świata, prawdziwe multi-kulti. To, co eko i naturalne, pasuje i tym oszczędnym, i tym, co preferują vege. Tuż obok czeka piekarnia, niejedna zresztą z rzemieślniczymi wypiekami. Kocham Wrocław, ale czy to w tym momencie pomyślałem przez chwilę, że Kraków nie jest taki zły? Ba, na tyle dobry, że wyobraziłem sobie, że w nim mieszkam. Brzmi jak rekomendacja? I tak miało brzmieć. A ja planuję wrócić jak najszybciej. Obowiązkowo z rowerem.

 

 

Zakupy na Kleparzu, a tuż za rogiem piekarnia...

 

 

To także może cię zainteresować

Komoot, czyli planowanie tras, podstawy Stravy dla turystów 

Nasz wypad z Krakowa do Tyńca 

 

Komentarze do artykułu