Mikroprzygoda: Dolina Bobru. Jedziemy wysadzić most

Kilka lat temu drogę z Maciejowca do Pilchowic przejechałem samochodem. Widząc malownicze serpentyny, obiecałem sobie, że wrócę tam na rowerze. Potrzebna była jeszcze dodatkowa motywacja, czyli most. TEN most.



Mieszkałem w Jeleniej Górze cztery lata, mogłem więc systematycznie penetrować okoliczne drogi. Na zaporze w Pilchowicach byłem kilkakrotnie, oczywiście znałem też most, zanim stał się sławny. A że wyprowadziłem się w 2002 roku, to i zdążyłem jeszcze przejechać się linią kolejową numer 283 z Jeleniej Góry w kierunku Lwówka Śląskiego. Ostatnie pociągi przejechały nią w 2016, więc stosunkowo niedawno. Wikipedia podaje, że ostatnie badanie stanu technicznego torowiska przeprowadzono w 2017. Stwierdzono wtedy, że 74% torów jest w stanie niedostatecznym. Most jednak stoi jak stał, a jego obrońców, zwolenników ocalenia mostu i przywrócenia użyteczności linii, przybywa. Trzy tunele i trzy mosty oraz pocztówkowe Karkonosze wyrastające nad zielenią wody jeziora działają na wyobraźnię. Nie trzeba nawet jechać pociągiem, by przekonać się dlaczego.
Dolina Bobru jest urzekająca o każdej porze roku. Wzdłuż prowadzą szlaki turystyczne, do pokonania także rowerem na oponach szerszych niż szosowe (fotokod do naszej wycieczki na góralach znajdziecie obok), ale węższe opony otwierają zupełnie nowe możliwości.

 

Dolina Bobru w wersji MTB - https://magazynbike.pl/2017/07/24/miejscowki-dolina-bobru-przed-sezonem/

 

 

 

 

Rolling hills

 

Angielskie skojarzenia są zupełnie nieprzypadkowe, gdy myślę o Dolnym Śląsku. Pochodzę z Podlasia, które pod wieloma względami znajduje się w innym państwie. Inne odległości między miejscowościami, inna gęstość dróg, szczególnie asfaltowych. A nawet liczba zakrętów, na wschodzie po prostu ich brak. Pamiętam, gdy w latach 90. przeprowadzałem się do Jeleniej Góry, jak bardzo byłem zdziwiony odmiennością architektury. Kamienicami jak w Dreźnie, wielkimi kamiennymi domami na obrzeżach sennych dolin na przedgórzu Karkonoszy oraz tym, że każda kępa drzew kryje zamek, pałac lub dwór. Widziałem też, jak w Kotlinie Jeleniogórskiej niektóre z tych zabytków piękniały, a inne zamieniały się w kupę gruzów. I te pomniki przeszłości, w połączeniu z wąskimi drogami, oraz pagórki sprawiające, że podjazdy i zjazdy nigdy się nie kończą, zawsze kojarzą mi się z Anglią. Może dlatego niespecjalnie zdziwiło mnie, że góry widząc tylko w tle, na 60 kilometrach nazbieraliśmy niemal 1000 metrów podjazdów.

 

 

 

 

Ciasto z rodzynkami

 

Dolina Bobru ma szczęście do filmów, w magiczny sposób przyciągając kolejne ekipy. Choć Most Pilchowicki, potencjalnie, w „Mission Impossible” miałby akurat udawać fragment Szwajcarii, to w pobliskim Lubomierzu kręcono przecież „Samych swoich”, a Zamek Czocha służył za scenografię komedii „Gdzie jest generał”. Planując pętlę rowerową w okolicy, nie miałem więc problemu z wybraniem atrakcji. Może nie do końca filmowych, choć niemal każda miejscowość po drodze może służyć za gotowy plan zdjęciowy. Tu niemal każdy budynek to gotowa historia. Gdybyście czuli niedosyt, bez problemu można nakręcić tu serial i powracać wielokrotnie. Nasze sześćdziesiąt kilometrów da się, niespiesznie, powtórzyć w trzy godziny, ale warto zatrzymać się, by poczuć, jak czas rozciąga się i staje w miejscu.

 

Czy to przypadek, że w dniu, w którym odwiedziliśmy Dolinę Bobru, kręcono kolejny film? Tym razem Jan Jakub Kolski nagrywał na moście (!) „Republikę Dzieci” i także zamierzał go wysadzić, tyle że komputerowo. My zaś musieliśmy uprosić ochronę, by móc przejechać obok. I te miny zazdrosnych i nieszczęśliwych gapiów, gdy po minięciu kolejnego „posterunku” od strony zapory w Pilchowicach, usłyszeliśmy: „A oni na rowerach wjechali!”. Na szczęście jesienią, a tym bardziej zimą, i ekipy i turystów zapewne już nie będzie, więc mostem i zaporą uda się napawać bez przeszkód.

 

 

 

 

Pętla

 

Trasę zaplanowałem jako pętlę, ze startem w Siedlęcinie i metą przy Perle Zachodu, która znajduje się tuż obok. Dzięki temu można tam wygodnie dojechać autem lub np. niebieskim szlakiem rowerowym od Jeleniej Góry, wzdłuż Bobru, gdyby ktoś miał fantazję, by połączyć wypad z wyprawą pociągiem i dojechać do jej początku rowerem. Planując swoją mikroprzygodę, pamiętajcie tylko o tym, że Perła Zachodu zamykana jest mniej więcej o zachodzie słońca (jak przystało na schronisko PTTK), godziny pracy są więc ograniczone, przynajmniej kuchni. Z Siedlęcina asfaltem da się wyjechać tylko pod górę, w naszym przypadku w stronę Wlenia. To dość uczęszczana droga, na szczęście już po kilku kilometrach następuje odbicie na wąską asfaltową nitkę w lewo i zjazd w kierunku Jeziora Pilchowickiego. Most wyłania się wśród przebłysków wody błyskawicznie i, jak przystało na jedną z najwyższych konstrukcji tego typu w Polsce, robi piorunujące wrażenie.

 

Linie kolejowe Dolnego Śląska to raj dla fanów zabytków techniki. Wiele mostów budowanych było specjalnie z myślą o innych przedsięwzięciach inżynieryjnych, często mają nietypowe konstrukcje. Kłania się choćby Podziemne Miasto Osówka. Także linia kolejowa 283 powstała niejako przy okazji budowy zapory w Pilchowicach, po to, by transportować materiały budowlane. Budowę zapory ukończono w 1912. Stanowiła fragment infrastruktury chroniącej przed powodziami. Błyskawicznie, poza celem przemysłowym, pomyślano o wykorzystaniu turystycznym, zarówno linii, jak i okolicy. Lwówek Śląski czai się tuż za rogiem, podobnie Karpacz. Zapory, jak i mostu, nie przegapicie na pewno. Co ciekawe, to druga co do wysokości, zaraz po Solinie, zapora w Polsce. W sierpniu woda wyglądała tam przepięknie, kusząc zielonością, ale nie pachniała ładnie (zakwitła).

 

 

 

 

W stronę Lubomierza

 

Przez zaporę da się przejechać, ale wkrótce za nią kończy się asfalt. Dlatego szosówką przed zaporą zjeżdża się w dół (na górze po prawej stronie kryje się Karczma przy Zaporze Pilchowickiej, dobre pierogi!), w stronę właściwych Pilchowic, by przekroczyć Bóbr mostem i podjechać w stronę Maciejowca. To jedna z wielu niespodzianek w okolicy. Cały podjazd ma aż 5 kilometrów długości. Fragmenty po serpentynach przekraczają momentami 7% nachylenia! Znak, że będzie lżej, to gigantyczny kamienny dom po lewej stronie. Bliższe przyjrzenie się sprawia, że przestaje być domem, a staje się ni to dworem, ni to zamkiem. Podejrzenia co do dłuższej historii budowli były uzasadnione. Okazał się renesansowym dworem obronnym z początków XVII wieku. Podobnych zabytków na Dolnym Śląsku jest więcej, warto więc mieć oczy szeroko otwarte.

 


Podjazd kończy się niemal w Wojciechowie, gdzie kilometrowy fragment głównej drogi płynnie przechodzi w boczną, już w kierunku Lubomierza. Droga wije się sennie, lepiąc do rzeczki i jej dolinki, by efektownie wychynąć dopiero na pagórku przed Lubomierzem. Wieża kościoła za przewodnika i po chwili jesteśmy na ryneczku. I tylko my, nie licząc trójki miejscowych dzieci (w tym na oko dziesięciolatki z puszką Monstera w dłoni). Czy to upał, czy pora dnia, w każdym razie o godzinie 18 w dzień powszedni ryneczek był pusty, mimo wakacji i fantastycznej pogody. Skojarzenie ze sceną z „Samych swoich”, gdy Lubomierz grał opuszczone przez Niemców miasteczko, do którego wjeżdża rodzina Pawlaków z Wićką na koniu, nastręczało się samo. Albo inna scena, gdy Pawlak, szukając lekarza do rodzącej żony, znajduje młynarza, w tle, wśród walających się papierów, jest ten sam ryneczek i charakterystyczne kamieniczki. Nie da się ukryć, że miasteczko obecnie wygląda trochę lepiej, widać chęć przyciągnięcia turystów. Co ma też wymiar humorystyczny, bo np. bruk jest tak rzadki, że wypełnienie zajmuje więcej miejsca niż kamienie. Miasteczko ma też jednak długą, sięgającą XIII wieku historię, która może być kolejnym pretekstem do dłuższego postoju. 

 

 

 

 

Podjazd pod Antoniów

 

Okoliczne pagórki noszą nazwę Wzniesień Radionowskich, osiągają przeciętnie około 400 metrów wysokości, ale w Lubomierzu zmieniamy kierunek z zachodniego na bardziej południowy, czyli w kierunku Gór Izerskich i Karkonoszy, a to może oznaczać jedno… Ciąg dalszy podjazdów! Nigdy nie są długie, ale konsekwentnie dodają metry w pionie. Najpierw krótka, na szczęście, krajówka w Chemielniu, potem okolice Grudzy z wąskim, świetnym i znów jakże angielskim asfaltem na tylko jeden samochód (oznakowany fragment dla fanów rajdów samochodowych). A potem, jeśli będziecie mieli szczęście, widoki bez końca aż po Śnieżkę, na dojeździe do Kwieciszowic. Nasza trasa prowadziła następnie na Antoniów z dwóch powodów. Jednym była Boża Góra. Pod tą nazwą znana jest też część Antoniowa, prawdziwy raj dla fanów typowych domków izerskich. Znakomita ich większość została odrestaurowana, trudno się nie zachwycać. Na podjazdach stoją samochody z połowy Europy i całej Polski. Inna rzecz, że widok Mercedesa na podjeździe niegdysiejszej osady przędzarzy jest zabawny, jednocześnie trudno nie zazdrościć mieszkania czy też wypoczywania w tak uroczym zakątku. Drugi powód to podjazd, ze ścianką  na końcu. Niby tylko 140 m w pionie, a boli. Domki na końcu są nagrodą za włożony wysiłek.

 

 

 

 

Dłuuugi powrót

 

Tak naprawdę powrót jest krótki, bo prowadzi głównie w dół, po drodze są trzy niewielkie podjazdy. W podobny sposób wracałem tu zawsze po jazdach i treningach w okolicach Starej Kamienicy, która znalazła się też na naszej trasie. Wówczas te niewielki górki urastały do rozmiarów himalajskich przełęczy. W Starej Kamienicy możecie zahaczyć o ruiny zamku, który jest obecnie w odbudowie, przynajmniej częściowej. Kolejne ruiny są też w Rybnicy, czyli następnym etapie trasy, świadomie poprowadzonym boczną drogą, by uniknąć dużego ruchu drogi na Zgorzelec. W Rybnicy stoi też inna pamiątka przeszłości, dworzec, który rozmiarem zupełnie nie pasuje do tej niewielkiej miejscowości, świadcząc o tym, że kiedyś projektowano go z myślą o zdecydowanie gęstszym zaludnieniu. Linię kolejową górą przekracza się znów w Goduszynie, by wspiąć się na ostatni, naprawdę ostatni podjazd, już z powrotem w kierunku Siedlęcina. Z powrotem w dół Doliny Bobru od szczytu zjazdu są niemal trzy kilometry, jednocześnie to najsłabszy gatunkowo asfalt na całej trasie, więc trzeba uważać. Tuż przed mostem, już na dole, skręcamy w prawo i zmierzamy ku Perle Zachodu. Siadamy na tarasie widokowym i w promieniach zachodzącego słońca patrzymy na rzekę w dole. Jeśli mieliście dobry plan i macie szczęście, zjecie coś ciepłego. Nam zabrakło pięciu minut. Na szczęście fantastyczny widok był gratis!

 

 

Naszą trasę do powtórzenia znajdziecie pod tym adresem. https://www.komoot.com/tour/245323059  

 

Komentarze do artykułu