Emonda

Przez zielone piekło Tuscany Trail

500-kilometrowe zmagania Tuscany Trail odbyły się na początku czerwca 2019. Zgłosiło się ponad 700 uczestników, w tym nasz reprezentant na gravelu. Większość uczestników ze stromymi ścieżkami, podjazdami i szaleńczymi zjazdami zmierzyło się jednak na rowerach górskich. Dlaczego?



 

W Maremma, na południu Toskanii, góry wypłaszczają się.

 

 

PERŁA STAREGO MIASTA  - ustawione w rzędzie na trasie: zabytki, takie jak Pitigliano

 

 

SZCZĘŚLIWE ZNALEZISKO - po... czterech dniach jazdy kolarze znaleźli przepiękny kemping.

 

Już po trzech kilometrach spaliliśmy wszystkie kalorie ze śniadania. Od godziny wspinamy się pod górę. Czasami droga jest częściowo przejezdna, ale przy 20 procentach nachylenia niewiele to zmienia. Nawierzchnia czasami zrzuca nas z siodła. Już wczoraj straciliśmy dumę, walcząc, by nie schodzić na każdej absurdalnej ścieżce. Ale nie jesteśmy sami. Tutaj jadą tylko ci, którzy w góralach mają zamontowane górskie przełożenie lub są wprawieni w samoumartwianiu się.

 

Czy na rowerze gravelowym można przejechać jeden z najcięższych wiosennych wyścigów bikepackowych? Zadaliśmy sobie to pytanie, zgłaszając się na Tuscany Trail. Oficjalnie 543 kilometry, 9200 m przewyższenia, od północnego cypla Toskanii aż do jej najbardziej wysuniętego na południe regionu. 65 procent nawierzchni typu offroad wzbudzało w nas, amatorach długich dystansów, respekt, podobnie profil przewyższeń przypominający ostrze piły. Wystartowaliśmy o 8 rano. Ponad 700 bikepackowców stanęło na starcie w spokojnym miasteczku Massa. Między nimi my. Na pierwszy rzut oka widać było, że rowery górskie są w przewadze, gdzieniegdzie tylko dało się zauważyć gravele. W bagażu spore różnice. Jedni wybrali namiot ze śpiworem, inni wygodny wariant hotelowy.

 

 

KORONKI WIELKOŚCI TALERZA

 

Od startu peleton ostrożnie przesuwał się po drodze, ale już po 20 kilometrach brutalnie poszarpał, gdy nagle trasa wystrzeliła z nachyleniem 15 procent w górę. Gdy dodatkowo po ostrym zakręcie w lewo skończył się asfalt, po raz pierwszy musiałem zejść z roweru. W takim terenie ponosi się konsekwencje błędnego obrania toru jazdy lub złej zmiany biegu. Mój towarzysz, którego wyposażenie wydawało się o wiele lżejsze niż moje, dzielnie walczył pod górę, lecz nasze przekonanie o słuszności wybrania na Tuskany Trail rowerów gravelowych nagle stanęło pod wielkim znakiem zapytania. Moje opony miały 37 mm szerokości i ciśnienie 5 barów. Szerszych nie dałbym rady założyć na obręcze. Twarde pięć barów okazało się kompletnie szalone, choć chroniło przed defektami, przedni amortyzator w samodzielnie złożonym rowerze zapewniał odrobinę komfortu. W maszynie wspierało mnie przełożenie 30/34. Na takim przełożeniu przejechałem już południowoamerykańskie Andy, w rozrzedzonym powietrzu na 5000 metrach wysokości po kiepskiej jakości drodze szutrowej. Tu jednak już pierwszego dnia byłem wykończony i z zazdrością spoglądałem na koronki wielkości talerza u niektórych kolarzy górskich, którzy, wyprzedzając nas, wesoło pozdrawiali…

 

„W domu nie mamy gór, na 100 kilometrach raptem 200 metrów przewyższenia” – opowiadają dwaj Litwini, których spotykamy na kolacji. Wytrenowani młodzi mężczyźni, pełni determinacji. „Nie spodziewaliśmy się tego, dobija nas. W dodatku jeszcze ten upał! Prawie się rozpłynęliśmy”. Kolejnym tematem jest nocleg. Mamy namiot i śpiwory, liczymy na jakieś pole namiotowe. Wzdłuż trasy są ich jednak śladowe ilości. Już pierwszego dnia nie mamy gdzie spać. Kiedy udaje się nam znaleźć ostatni pokój hotelowy w miejscowości po drodze, dwaj Litwini wloką się dalej. „Chcemy jeszcze podjechać tę górę i tam gdzieś znaleźć miejsce na namiot”. Później dowiadujemy się, że to również nie było łatwe. W Toskanii trudno znaleźć wypłaszczony teren, a nieliczne łąki są często zagrodzone.

 

Informacje dotyczące noclegu przekazane przez organizatora nie są dla nas dużą pomocą. Cienki zeszycik z profilami przewyższeń i mapami szybko przestaje nadawać się do użytku. Kto chce znaleźć trasę, musi polegać na swoim GPS-ie. Również i to nie jest łatwe. Regularnie stoimy w polu i szukamy drogi, która okazuje się być miniścieżką prowadzącą przez łąkę lub las. Kolejną „atrakcją” trasy są miasta masowo odwiedzane przez turystów, jak Lucca, Florencja, Siena czy San Gimignano. Trasa za każdym razem prowadzi przez centrum, gdzie wyjątkowo nie musimy mierzyć się z wyzwaniami natury, lecz z nowoczesną turystyką. Zatłoczone starówki pokonać możemy tylko pieszo i czujemy się nieco dziwnie, ubrani w kolarskie lajkry, po których widać już trudy wyścigu.

 

 

WALKA Z UPAŁEM  - stromo i gorąco. Pierwsze dwa dni doprowadziły nas do granic możliwości.

 

ŻWIROWA SKOCZNIA NARCIARSKA

 

Drugiego dnia znów jedzie się non stop w górę i w dół. Już od startu jedziemy podjazdem, który okazuje się wypłukaną przez deszcz ścieżką dla pieszych. Głębokie pęknięcia w nawierzchni, luźny żwir, schodki. Podjazd wymaga wyśmienitej techniki jazdy. Na końcu katorżniczego podjazdu profil wysokościowy zapowiada długi zjazd. Kiedy jednak znajdujemy się na szczycie, doznaję szoku. Zjazd jest stromy jak skocznia narciarska. Wśród luźnego żwiru, wielkich jak pięść kamieni i starego poszarpanego ostrego asfaltu nie widać żadnej ścieżki. „Przypomina to bardziej skok na bungee niż downhill”, myślę przez moment, kiedy przednie koło klinuje się między kamieniami i przelatuję przez kierownicę. Brudny, trochę zadrapany, ale cały i zdrowy wstaję, i tak jak prawie wszyscy schodzę po stromiźnie. Co za szaleństwo! Tak jak w pierwszym dniu nie udaje się nam znaleźć kempingu ani hotelu, musimy spać na dziko. Rozkładamy więc nasze namioty na małej przestrzeni między obrzeżem wioski a cmentarzem, pod drzewami oliwnymi. Pewne jest to, że w Tuscany Trail powinniśmy być gotowi do rezygnacji z wszelkich udogodnień.

Trasa serwuje nam również zapierające dech w piersiach widoki, m.in. na małe wioski, które wyzywająco trzymają się zbocza. Wszystko wydaje się spowolnione, nie tylko my na rowerach. Wprawdzie każdy z 700 uczestników walczy osobno, ale w pewnym sensie też razem. Tutaj nie ma wygranego, ponieważ Tuscany Trail właściwie nie jest wyścigiem. W trzecim dniu dochodzą do nas plotki, że pierwszy dojechał w nocy do mety. Po 34 godzinach. Z niedowierzaniem wpatrujemy się w profil. Przed sobą mamy jeszcze ponad 350 kilometrów. Wyliczyliśmy, że w pięć dni pokonamy trasę, jadąc codziennie po 110 kilometrów. Już w pierwszym dniu przekonaliśmy się, że jest to ciężkie do zrealizowania, a w drugim dniu, że kompletnie niewykonalne. By mieć jeszcze cień szansy na realizację planu, opuszczamy trasę, by pojechać krócej i szybciej asfaltem w kierunku południowym. Na gravelach nie jesteśmy w stanie pokonać dystansu w pięć dni.

 

 

W RAJU  - ratunek przed kompulsywnym objadaniem się. „Pane e Companatico” w Radicofani.

 

 

NA STARCIE  - jeszcze w radości oczekiwania: autor i fotograf na starcie w Massa.

 

KUSKUS U CIOCI EMMY

 

Za Sieną trasa znowu staje się trudniejsza. Udajemy się w kierunku Radicofani (775 m n.p.m.), najwyższego punktu wyprawy. Słońce świeci mocno, a trasa oferuje wszystko, co uszczęśliwia kolarzy. Obok romantycznych szutrowych dróg, tzw. strade bianche, którędy prowadzi „L’Eroica”, pieszo przemierzamy również rzeki. Radicofani jest przepiękne. Średniowieczna osada znajduje się na szczycie. Kiedy cali spoceni docieramy tam w południe, wszystko jest pozamykane. Głód prowadzi nas przez kamienne uliczki, gdzie dowiadujemy się o mikroskopijnym „alimentari”. Lądujemy w raju. Właścicielka proponuje nam wyśmienitą sałatkę, kuskus ze świeżymi pomidorami, zastrzyk energii prosto w mięśnie. Pod parasolem prostujemy nogi i siedzimy zadowoleni. Nagroda za harówkę.

 

Później jest już lżej. Więcej dróg asfaltowych, mniej dzikich ścieżek. Ten prezent przyjmujemy z wdzięcznością. Szybko zauważamy charakterystyczną cechę regionu. Osady na południu Toskanii znajdują się zawsze na wzniesieniach i otoczone są głęboką fosą. W średniowieczu było to doskonałe rozwiązanie, służące ochronie przed grabieżami, dla nas  jest to jednak okropny wysiłek, ponieważ najpierw jedziemy stromo w dół, a później w górę. Za miejscowością znowu to samo...

 

Ostatni dzień to jazda szutrami w kierunku morza. W Toskanii typowe strade bianche są dla kolarzy prawdziwym polem minowym, przeplecionymi dużymi dziurami. Jak pijani omijamy dziury, kiedy w końcu docieramy do miejscowości wypoczynkowej Albinia, gdzie znajduje się mierzeja prowadząca w kierunku Monte Argentario. Wszędzie pełno kempingów i ludzi w strojach kąpielowych. Przyspieszamy, chcemy zdążyć dojechać do gór na półwyspie, zanim spali nas popołudniowe słońce. Krótki postój na jedzenie i zaczynamy wspinaczkę. Ścieżka jest wystarczająco przejezdna, jednak na wyboistym zjeździe znajdują się niemiłe niespodzianki. Czas ucieka. Krótko przed osiągnięciem najwyższego punktu w tym dniu decydujemy się opuścić trail i zjechać ulicą w stronę morza. Później dowiadujemy się, że kolarze górscy byli zmuszeni do zejścia na podjeździe.

 

Po jeździe na zdradliwych piaszczystych ścieżkach i wzdłuż malowniczego lasu piniowego docieramy w końcu na plac sportowy w Capalbio Scalo. Mała chorągiewka powiewa na mecie. Bar za niebotyczne ceny serwuje makaron, podawany niedbale na plastikowych talerzach. Po ciężkich pięciu dniach życzyłoby się zjeść coś bardziej wykwintnego. Po chwili znowu jesteśmy na rowerach i jedziemy w kierunku dworca kolejowego, gdy kolega sygnalizuje, że ma defekt. Tylna opona wytrzymała pięćset kilometrów jazdy w ciężkim terenie, by ostatecznie paść na gładkim asfalcie. Dzika Toskania.

 

 

Ślady jazdy w terenie. Po dwóch dniach trudy jazdy widoczne są nie tylko na twarzy.

 

INFORMACJE

 

IMPREZA


Tuscany Trail (oficjalnie 543 km i 9200 m przewyższenia) startuje przeważnie w pierwszą sobotę czerwca. Nie jest to klasyczny wyścig. Każdy kolarz organizuje sobie wszystko sam. Od organizatora dostaje się tylko ślad GPS i mały zeszycik z przewyższeniami i niedokładną mapą. Wzdłuż trasy spotyka się zatrudnionych przez organizatora fotografów, lecz nie ma żadnych oznaczeń trasy lub osób z obsługi imprezy. W noc poprzedzającą start uczestnicy mogą spać na stadionie w Massa (w swoim namiocie lub pod zadaszoną trybuną). W końcowej miejscowości Capalbio Scalo można wziąć prysznic. Organizatorzy we Włoszech mają obowiązek, ze względów ubezpieczeniowych, żądać od uczestników potwierdzenia badania lekarskiego. Bez takiego zaświadczenia nie można wystartować. Nie ma limitu czasu na przejazd, uczestnicy muszą się jednak zmieścić w dziesięciu dniach.  Start jest wspólny, później każdy jedzie własnym tempem i sam decyduje o porach jedzenia lub spania. Zgłoszenia i informacje (w języku włoskim i angielskim) na tuscanytrail.it

 

PODRÓŻ

 

POCIĄG
We Włoszech z rowerem można podróżować jedynie kolejami regionalnymi.

 

SAMOCHÓD 

We Włoszech autostrady są płatne. W Massa organizator zaleca parking strzeżony przed komendą policji. Od mety z Capalbio Scalo można wrócić pociągiem przez Grosseto i Pizę. Uwaga! Nie kupujcie od Grosseto biletów na pociąg pośpieszny, nie przewozi rowerów! We włoskich pociągach jest mało miejsca na rowery, dlatego warto pojawić się wcześniej na peronie, ponieważ od załogi pociągu zależy, ile rowerów zabierze, kiedy miejsca stojące są już zajęte. Płacić można w automacie na peronie kartą kredytową lub u personelu pociągu.

 

SAMOLOT 

Najbliżej położone lotnisko znajduje się w Pizie (50 km do Massa). Obsługuje ono przewoźników Ryanair, Eurowings, Easyjet i Lufthansę.

 

WYPOSAŻENIE 

Powinno być lekkie i mocno przymocowane do roweru. Kto wybierze wariant hotelowy, potrzebuje tylko ubrania na zmianę, kto kemping, ten potrzebuje lekkiego namiotu (ok. 1 kg), letni śpiwór (ok. 700 g) i nadmuchiwaną matę ISO. Twardzi kolarze powinni dać sobie radę ze spaniem pod gołym niebem, ale komary mogą dać w kość. Klapki dają ukojenie stopom pod wieczór, poduszkę da się zrobić z ubrań. Bikepackowe utensylia to torba na kierownicę, torba podsiodłowa i na ramę. Nasz fotograf jechał na rowerze gravelowym Palta (grupa Sram Force CX1, przełożenie 1x11) firmy Basso, spał pod dwuosobowym namiotem Telemark 2 ULW firmy Nordisk, który waży niecałe 900 gramów.

 

SERWIS ROWEROWY 

Organizator nie zapewnia żadnej obsługi technicznej, mniejsze defekty naprawia się samemu. Sklepy rowerowe znajdują się w miastach wzdłuż trasy. Koniecznie zalecamy zapasowe dętki, również zapasowe szprychy.

 

JEDZENIE I PICIE 

Organizator nie zapewnia jedzenia, tylko w Capalbio Scalo, na mecie, bar oferuje małe posiłki. Restauracje i bary znajdują się wzdłuż trasy w miastach i małych miejscowościach, w terenie nie znajdziecie niczego. Włoskie bary oprócz zimnych napojów i kawy w ofercie mają również słodkie pieczywo. Wodę do picia znajdziecie wzdłuż trasy w przydrożnych studniach. Przed dłuższymi odcinkami w terenie należy zawsze napełnić bidony! W niedzielę supermarkety są zamknięte, również wiele barów jest nieczynnych. Restauracje nie pracują popołudniami, otwierają się ponownie dopiero wieczorem ok. 19-20.00.

 

NOCLEGI

Każdy uczestnik decyduje sam, czy i gdzie chce spać. W większych miastach znajdzie się dużo wolnych pokoi, w mniejszych szybko się zapełniają, gdy około 700 uczestników Tuscany Trail jest w trasie. Wzdłuż trasy pola namiotowe należą do rzadkości (Verghereto między Vinci i Signa, Signa, Florencja, San Gimignano, Pitigliano, Albinia nad morzem). W płaskim terenie można nocować na dziko, na stromiznach ciężko się rozłożyć. Często są to tylko mikroskopijne wypłaszczenia terenu, które wieczorem szybko zapełniają się kolarzami. W dodatku spanie na dziko pod chmurką jest oficjalnie zabronione!

 

INFORMACJE 

Z organizatorem można skontaktować się przez stronę internetową tuscanytrail.it (język włoski i angielski), tam również są zapisy. Na około miesiąc przed startem na stronie pojawia się lista uczestników. Wprawdzie w 2019 roku peleton był zdominowany przez Włochów, ale i tak towarzystwo było międzynarodowe. Z uczestnikami można się porozumieć po angielsku.

 

MAPY 

Trail przejedziecie tylko z GPS-em, ponieważ dominują bardzo wąskie ścieżki. Dowolna mapa Toskanii w skali 1:200 000 będzie również pomocna dla ogólnej orientacji, ale nie jest konieczna. Ściągnęliśmy na tablet darmową apkę „Locus App”, która bez konieczności łączenia się z Internetem pokazywała nam naszą lokalizację, a w dodatku w trzecim dniu była bardzo pomocna w wyszukaniu alternatywnej trasy.

 

CHARAKTER WYPAWY 

Trasa nie jest oznakowana ani zabezpieczona, więc należy liczyć się z ruchem samochodowym. Oświetlenie jest potrzebne, tylko jeśli planujecie jazdę w nocy, kask obligatoryjny. Trasa prowadzi głównie po drogach polnych, pokrytych delikatnym żwirkiem, ale również po korzeniach lub schodach. Na trasie są również single. Trudność polega głównie na stromych zjazdach, gdzie luźne kamienie wymagają od jadącego dobrego panowania nad rowerem. W 2019 roku 65 procent trasy nie była wyasfaltowana. W terenie podjazdy i zjazdy często mają nachylenie ponad 20 procent. Mając bagaż na rowerze, dodatkowo obciążcie napęd. Widzieliśmy wielu kolarzy górskich wykorzystujących ratunkową koronkę 50 z.

 

 

W końcu teren na gravela! Na strade bianche na południe od Sieny.

 

ORIENTACJA

 

WŁOCHY

 

Start zlokalizowany jest na północnym zachodzie Toskanii, w Massa. Przez południową odnogę Apeninów ruszamy w głąb lądu przez Lucca i Vinci w kierunku Florencji. Tam jedziemy przez winnice chianti do San Gimignano, „miasta tysiąca wież”, w kierunku Sieny. Mijamy piękne krajobrazy, cyprysy, winnice i samotne zagrody na południe w kierunku Pienzy, w górę do Radicofani i Pitigliano. W końcówce prowadzącej w kierunku morza robi się płasko. Przed miejscowością docelową Capalbio Scalo wznosi się jeszcze Monte Argentario.

 

pomarańczowa linia - nasze zboczenie z kursu Tuscany Trail

 

Komentarze do artykułu