PGR! Poland Gravel Race czyli Przygoda Góry Rower

Jazda od wschodu do zachodu, w blasku księżyca i poświacie lampek. Nieświeża koszulka i przemoczone buty. Bułka z serkiem topionym pod spożywczakiem, batony zagryzane żelkami i popijane źródlaną wodą. Specjalne mazidło na siedzeniu i najbardziej wymyślne sposoby chwytu kierownicy. Nogi, które mówią dość! I głowa, dzięki której wciąż jedziesz. Tak można by opisać każdy wyścig ultra. W przypadku ekstremalistów należałoby jeszcze dołożyć jednorożce widziane na trasie i drzemki w przydrożnych rowach.



Poland Gravel Race, kolejny wyścig, dzięki któremu kolarstwo długodystansowe przenika do rowerowego mainstreamu. Tegoroczna edycja to już druga odsłona imprezy, w której zawodnicy mieli do pokonania blisko 550 kilometrów i przeszło 10 tysięcy metrów przewyższenia. Trasa z Przemyśla do Zakopanego prowadziła przez Bieszczady, Beskid Niski, Beskid Sądecki i Tatry. Wyznaczony dystans należało pokonać na rowerze, najlepiej gravelowym, o własnych siłach, bez wsparcia z zewnątrz.

 

 

Przygoda – Góry – Rower

 

W związku z covidowymi zawirowaniami w PGR wystartowało 159 osób. Atmosfera na starcie, jak i na trasie, była bardzo kameralna i dawała duże możliwości międzyzawodniczej integracji. Poza ścigantami z czołówki, nastawionymi na wynik, na rynku w Przemyślu pojawiły się osoby, które traktowały ten przejazd zdecydowanie mniej sportowo, a bardziej przygodowo. Obok ultrasów nastawionych na jazdę non stop byli zawodnicy „etapowi”, zakładający nawet trzy noclegi na trasie. Jedni mieli lekkie rowery i ograniczony do niezbędnego minimum bagaż, inni wieźli ze sobą cały zestaw biwakowo-obozowy. Dla każdego jednak znalazło się miejsce na starcie, na każdego czekał ciepły posiłek i napitki na mecie. Dla wszystkich było tylko jedno ograniczenie – należało zmieścić się w limicie czasu i na metę przyjechać nie później niż po 80 godzinach.

 

 

Trasa

 

Już pierwsze kilometry pokazały, że trasa PGR będzie niesamowitą mieszanką wyciskającą z zawodników ostatnie siły, ale wynagradzającą wysiłek z nawiązką widokami i niepowtarzalnym klimatem. Stromy, wymagający, półtorakilometrowy podjazd na wzgórze Zniesienie jeszcze w Przemyślu mocno zaskoczył zawodników. Wystarczyło jednak już na szczycie obrócić się i zobaczyć rozciągającą się po horyzont panoramę miasta, by uznać, że było warto! Zawodnicy z czołówki walczący o podium pewnie nie mieli zbyt wiele czasu na zatrzymywanie się, oglądanie za siebie i podziwianie widoków, ale dla nich trasa także okazała się bardzo „wdzięczna”. Dowodem jest czas, w jakim Radosław Gołębiewski i Janusz Ziółkowski pokonali, bagatela, 550 km z 10 tysiącami metrów przewyższenia. Niewiele brakowało, by zmieścili się w 24 godzinach (26 h 37 minut)!

 

Ilość szutrów, asfaltów i dróg leśnych oraz polnych została zoptymalizowana pod rower gravelowy. Trasa nie była trudna technicznie, ale gruboziarniste szutry i sporadyczne gruzowiska nie pozwoliłyby komfortowo przejechać jej na szosówce. Rower MTB byłby z kolei przerostem formy nad treścią. Przy przewyższeniach sięgających 10 tys. metrów rower lżejszy o 2-3 kg przeważał nad komfortem i wygodą oferowaną przez amortyzację i balonowe opony.

 

 

Etapowy rajd rowerowy

 

Za każdym razem, gdy staję na starcie ultramaratonu, zastanawiam się, czy zasadnym jest, by ten wyścig w moim wykonaniu określać mianem ultra. No, bo czy ja jadę do odcięcia, czy zarywam noce, balansuję na granicy możliwości organizmu? No, nie. Nie potrafię jeździć bez spania. To już mój czwarty tego typu wyścig i za każdym razem ostatecznie zatrzymuję się na krótszy lub dłuższy odpoczynek, co sprawia, że z ultra wychodzi mi coś na kształt długodystansowej etapówki. Co ciekawe, podobnie jak ja wyścig ten przejeżdża znakomita większość uczestników. Poza kilkunastoma osobami z czołówki, tymi nielicznymi, prawdziwymi ultrasami, cała reszta bierze udział w czymś na kształt etapowego rajdu rowerowego.

 

Mój rowerowy rajd PGR tym razem miał trzy etapy. Początkowo (jak zawsze) rozważałam realizację wersji racingowej i zarwanie chociaż pierwszej nocy. Wyszło jednak (jak zawsze) nie tak, jak miało i gdy po całym dniu jazdy zmęczony organizm dostał sygnał, że możliwy jest nocleg w wygodnym łóżku i kąpiel, zupełnie odpuścił. Ale może wróćmy do początku…

 

 

Etap pierwszy

 

Rozpoczął się na placu Niepodległości niedaleko rynku w Przemyślu. Uwielbiam to uczucie, gdy stojąc na starcie, nie masz zielonego pojęcia, jak będzie wyglądało kilka kolejnych dni. Jedyne, co jest pewne, to że będzie sporo pedałowania, postoje pod sklepami, zmęczenie i trochę ładnych widoków. Mam oczywiście przygotowanego „miniracebooka”, w którym wypisałam sobie sklepy, stacje benzynowe i ewentualne miejsca noclegowe na trasie. Każde miejsce dokładnie skoordynowane z kilometrówką, by nie zostać na lodzie bez jedzenia czy picia w ciemnym lesie. Mimo wszystko kolejne godziny to zawsze niezapisana, czysta kartka. Po starcie, wraz z kolejnymi kilometrami, kartka stopniowo się zapisuje. Pojawiają się na niej pierwsze cieszące oko widoki na drodze w kierunku Gruszowej, pierwszy bród i od razu przemoczone buty, znakomite szutry Połoninek Arłamowskich. Na liczniku stale rosnąca liczba pokonywanych metrów przewyższenia. Na szczęście „świeże” nogi jeszcze tego nie czują. Początkowo skryte za chmurami słońce zaczyna coraz częściej dawać o sobie znać. Pierwszy sklep przewidziany jest dopiero gdzieś na 96. kilometrze, więc staram się gospodarować płynami dość oszczędnie. Na szczęście po drodze mijamy wiele gospodarstw i w jednym z nich opalająca się w ogrodzie dziewczyna uzupełnia mi bidony lodowato zimną wodą prosto ze studni. Wybrane przez organizatorów drogi są bardzo przyjazne dla gravelowych opon. Pozwala to utrzymać całkiem dobre tempo jazdy i średnią. Dzięki temu pierwsza stówka mija bardzo przyjemnie i do sklepu przyjeżdżam możliwie szybko. Uzupełniam wodę w bidonach, wrzucam do nich tabletki z elektrolitami, popijam sok pomidorowy, zagryzając lodem. Zaczynają się dziwne jedzeniowe mieszanki. Czasem żal mi, że jedzenie w wyścigach ultra jest tak szybkie i byle jakie. Ostatecznie przecież po to jeżdżę na rowerze, by móc więcej jeść. A tu deficyt kaloryczny jest trochę marnotrawiony na bułki z bananem, jogurty i rogaliki, których normalnie bym nie zjadła. W wiejskim sklepie to jednak często jedyna sensowna przegryzka, która szybko wchodzi i uzupełnia energię na kolejne kilometry. Oczywiście w torebce na kierownicy mam zapas profesjonalnych batonów, które w składzie mają samo dobro, ale przede mną jest jeszcze kilka bezsklepowych odcinków i całe 450 km do mety, więc mimo iż bardzo je lubię, nie mogę zjeść wszystkich od razu.

 

Za Czarną Górną zaczynają się Bieszczady właściwe. Najpierw szutrowe trawersujące zbocza drogi zwózkowe, gdzie spotykam nawet ekipę wywożącą drzewo z lasu. Potem trasa wzdłuż zakoli Sanu. Pamiętam ten odcinek z zeszłorocznej Carpatii, czuję się na nim podobnie jak wtedy, tylko dziś jest pierwszy dzień, a na Carpatii był szósty. Niby niewielkie podjazdowe hopki, a jakoś nie umiem utrzymać na nich dobrego tempa. Chyba zaczyna dawać o sobie znać zmęczenie. Pora więc na drugi sklep i chwilę odpoczynku. W lodówce w sklepie Cola tylko w litrowych butelkach. W takich sytuacjach Pepsi nie pogardzę. Kofeina i cukier starczają na kolejne 25 kilometrów. Gdy jestem w okolicach Rezerwatu Sine Wiry, zaczyna się złota godzina. Nogi bolą, ale jest pięknie. Co chwilę wyciągam telefon z kieszonki i staram się uwiecznić moment, kolory. Mijam schronisko Jaworzec, sporo osób planuje tu dziś nocować, ale nie ja. W planach, teoretycznie, mam Cisną. Po chwili ląduję pod sklepem w Kalnicy, zagryzam banana i w międzyczasie próbuję ogarnąć nocleg w Cisnej. Niestety, zero miejsc. Niby mam śpiwór i bivy baga, ale zmęczony organizm jakoś niespecjalnie przystaje na tę opcję. Nagle pod sklepem pojawia się jakaś pani. Proponuje dach nad głową i ciepłą wodę do mycia. Przegrywam ze sobą. Głowa odpuszcza i na 165. kilometrze kończy się mój pierwszy etap PGR-a. Zupełnie nie tak, jak miało być.

 

 

 

Etap drugi

 

Razem z kilkoma innymi zawodnikami nocujemy dość oryginalnie. Nie wiem, czy to schronisko, czy coś na kształt studenckiej chatki o nazwie „Dom Rolnika”. Zabranie zatyczek do uszu po raz kolejny uratowało mi życie. Studencki imprezowy klimat. Zabawa, podobno, trwała do 3 w nocy. Mimo bardzo lekkiego snu na szczęście jej nie słyszałam. Drugi etap zaczynam o 5 rano wraz ze wschodem słońca. Szutrowa droga ze Smreka do Cisnej, zgodnie z zapowiedzią organizatorów, okazuje się faktycznie bardzo przyjemna. Dopiero w tym miejscu, w samotności i ciszy przerywanej tylko monotonnym szuraniem szutru pod kołami, uświadamiam sobie, że to przecież rejon występowania niedźwiedzi. Zarejestrowanie tego faktu rozbudza mnie do końca i do mózgu zaczynają docierać sygnały z pustego żołądka. Na śniadanie zjadłam przecież tylko jogurt z rogalem i bananem. Pamiętam jednak dobrze, że zaraz powinna być również reklamowana przez organizatorów Latarnia Wagabundy, gdzie na zawodników ma czekać ciepły posiłek. Pamięć faktycznie nie zawodzi. O godzinie 9:00, z 50 kilometrami w nogach, mogę wreszcie zjeść porządne drugie śniadanie. Jajecznica, pyszne pieczywo, ogóreczki, pomidorki, pasztecik, żółty serek i kawa. Oj, ten posiłek robi mi dzień.

 

Drugiego dnia na pustych kartach rajdowego pamiętnika pojawiają się brody na Osławie, pokonywane z niemałą obawą o elektroniczną przerzutkę napędu Sram eTap, strome, bijące gorącem w 30-stopniowym upale asfalty wschodniej części Beskidu Niskiego, 20 kilometrów bez wody, bo w Komańczy jakoś nie po drodze było do sklepu, zapiekanka w budce z lodami w Krempnej, przydrożne krzyże w nieistniejących wsiach Łemkowskich i wisienka na torcie – terenowy odcinek zielonego szlaku prowadzącego na Magurę Małastowską, który jechałam już po zmroku, ale bez lampek, bo na dwa kilometry, które dzieliły mnie od schroniska, nie było sensu ich zakładać. Dzień kończę zdecydowanie lepiej niż poprzedni. Na liczniku 210 km i ponad 3 tys. metrów przewyższenia. Nocleg w schronisku równie oryginalny jak poprzedni, co tylko potwierdza, że moje ultra to przygodowy, etapowy rajd rowerowy.

 

 

Trzeci etap

 

Trzeci dzień rozpoczynam tradycyjnie wschodem słońca gdzieś między Kwiatoniem a Hańczową. Taniec mgieł nad łąkami robi niesamowity klimat. Śniadanie tym razem po 30 kilometrach pod sklepem w Wysowej. Trzecie śniadanie (bułka z serkiem topionym, moje ultra odkrycie) na deptaku w Krynicy-Zdrój. 150 kilometrów do mety i kulminacyjny moment trasy. Trzy najtrudniejsze podjazdy Poland Gravel Race. Najpierw na rozgrzewkę 10-kilometrowy podjazd z Muszyny do Bacówki nad Wierchomlą. Miał być stąd niesamowity widok na Tatry. Nie wiem, czy byłam tak bardzo zmęczona, ale nie zarejestrowałam go. Podobno inni zawodnicy też mieli z tym problem. Drugi w kolejności tego dnia podjazd z Rytra na Przełęcz Żłobki pod Radziejową. 12 kilometrów i 800 metrów w pionie. Sztywno. Widokowo. Pięknie. A potem jaki zjazd!

 

Trzeci, ostatni podjazd prowadzi już praktycznie na samą metę, ale, nie dajcie się zmylić, jego pokonanie to nie jest pestka. Niemal 26 kilometrów wciąż pod górę, przez Kaćwin i słowacką wieś Ostróżna. Wreszcie długo wyczekiwane widoki na Tatry, które niemal jedzą nam z ręki. Meta wydaje się tak blisko, ale Garmin odmierzający pozostałe do końca kilometry prawie stoi w miejscu. Mam wrażenie, że wpadłam w jakąś pułapkę czasoprzestrzenną. Dopiero gdy wraz z zachodzącym słońcem wjeżdżam na Polanę Głodówka, uświadamiam sobie, że tak właśnie miało być. Wszystko zostało gdzieś, przez kogoś zaplanowane. Ten moment, te kolory, ten klimat. PGR, rowerowy rajd wschodów i zachodów słońca. Szampan i pomidorowa na mecie smakują wybornie.

 

 

Komentarze do artykułu