Pomorski Wododział czyli „gravelowa” Pomorska 500

To, co w przeciągu ostatnich dwóch lat Leszkowi i Olkowi Pachulskim udało się zrobić na gruncie szeroko pojętego kolarstwa ultra w naszym kraju, jest niewątpliwie fenomenem. Przeniesienie długich dystansów do rowerowego mainstreamu pewnie nie każdemu się podoba, ale to się dzieje i może mieć duży wpływ na rozwój tej dziedziny kolarstwa.



Do tej pory o długich dystansach słyszeli tylko nieliczni fanatycy i grupka aktywnych ultracyklistów. Tymczasem Wisła 1200 powoli staje się wyścigiem kultowym, startujący w niej zawodnicy pokazują, że aby przejechać tak wymagający dystans, wcale nie trzeba mieć super sprzętu ani żelaznej kondycji. Wystarczy odrobina chęci, samozaparcia i szczęścia. Oczywiście nie mówimy tu o wynikach i żyłowaniu się bez spania, jak robi to czołówka. Mówimy o jeździe na granicy swoich możliwości. Może to zrobić każdy, bo każdy gdzie indziej ma swoje granice. Zaraz po Wiśle 1200 również Carpatia Divide, w nowej ultraformule, zdobywa kolejnych fanów. Trudny, techniczny teren jest zdecydowanie większym wyzwaniem, ale także tu z roku na rok listy startowe zapełniają się coraz szybciej. Na Wiślanej fali w tym roku wypłynęła Pomorska 500. Wyścig, który dość przekornie nazwany został gravelowym, a chyba nie jest już tajemnicą, że przejechanie go na gravelu stanowiło nie lada wyzwanie.

 

 

Pomysł na Pomorską 500 był dość przekorny. Zamiast jak w przypadku Wisły 1200 jechać wzdłuż rzeki organizatorzy wymyślili, by przejechać polskie pomorze od Zalewu Szczecińskiego po Zatokę Gdańską, nie przekraczając ani jednej rzeki i nie przejeżdżając przez ani jeden most. Jazda Pomorskim Wododziałem miała być widokowa, malownicza i niezapomniana! A było jak zwykle. Deszcz, który spadł kilka dni przed wyścigiem oraz już w jego trakcie, zmienił sielski, anielski obraz w wymagającą walkę nie tylko z samym sobą, ale przede wszystkim z błotem, którego ilość na trasie zdziwiła nawet organizatorów.

 

 


 

Noc przed 

 

W ośrodku Frajda w Czarnocinie, gdzie zlokalizowana była baza zawodów, zameldowaliśmy się późnym popołudniem w środę. Gdy przyjeżdżamy, spora grupa startujących stoi już w kolejkach po trackery i pakiety startowe. Od razu spotykamy znajomych, na twarzy pojawia się uśmiech, zaczynają się rozmowy. Jak dobrze jest znów poczuć ten klimat. A przedstartowy klimat na imprezach tego typu jest jedyny w swoim rodzaju. Ludzie i ich rowery są tak różni, że materiału przedstawiającego poszczególne sylwetki, pomysły i rowerowe patenty starczyłoby na całe wydanie. Każdy startujący ma inną historię, motywację, odmienne cele i inny pomysł na ultra. Tu nie ma prawd jedynie słusznych. W rowerach znajdziecie wiele oryginalnych rozwiązań i udogodnień. Na przejechanie Pomorskiej 500 zdecydowali się ściganci, planujący zrobić to w 24 godziny, gravelowi włóczykije, sakwiarze, fani MTB, a także osoby na rowerach trekkingowych z błotnikami. Specyfika długich wyścigów sprawia, że na metę zawodnicy docierają w tak różnym czasie i stawka jest tak rozciągnięta, że ni jak nie ma szans, by zrobić jakąś wspólną imprezę na mecie. Poza tym po długich dystansach nikt nie ma siły na „nocne Polaków rozmowy”. Wszystko przenosi się na wieczór przedstartowy. To jedyna okazja do rozmów i międzyzawodniczej integracji. I dlatego każdy, kto nie miał wyścigowo-sportowych ambicji, przeciągał przedstartowy wieczór, rozmowy przy ognisku i w sali kominkowej mogły trwać do rana.

 

 

Do biegu, gotowi

 

Start Pomorskiej, w związku z obowiązującymi cały czas obostrzeniami pandemicznymi, miał dość nietypową formułę. Zawodnicy startowali w pięcioosobowych grupach wypuszczanych na trasę co pięć minut. Pierwsze grupy startowały więc o 5:00 rano, ostatnie o 13:00 po południu. Miało to swoje plusy i minusy. Udało się uniknąć niepotrzebnego zamieszania, do którego często dochodzi podczas wspólnego startu 350 osób. Można było dokładniej przyjrzeć się innym zawodnikom, a stawka od razu była rozciągnięta, odpadało więc siedzenie na kole innych zawodników. Minusem był fakt, że nie zawsze miało się możliwość startu ze znajomymi i nie było widać całej grupy szaleńców, którzy zdecydowali się na wyścig. 

 

Ekipa Bike jednogłośnie uznała, że przed startem grunt to dobrze się wyspać. Czas mierzony był dla każdego indywidualnie, więc teoretycznie nie wiązało się to z żadnymi stratami. Dopiero w trakcie wyścigu okazało się, że powiedzenie, „kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”, w przypadku Pomorskiej sprawdzi się wyjątkowo. Wybierając godzinę startu, mało kto wiedział, że dopiero na około 180. kilometrze trasy, za Drawskiem, zacznie się zabawa, która potrwa jakieś 40 kilometrów i wyciśnie z zawodników ostatnie siły. Kto wystartował wczesnym rankiem, błota pierwszego OS-u miał szansę pokonać jeszcze przed zachodem słońca. Jadący wolniej i startujący później mieli (nie)wątpliwą przyjemność pokonywania odcinka w świetle lampek majaczących w gęstej mgle. Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. 

 

Wracając do startu… Rozpoczynamy jazdę w czteroosobowej grupie. Pierwsze asfaltowe kilometry pokonujemy w bardzo dobrym tempie. Blokada zawieszenia w Liv Pique, na którym startuję, czyni cuda. Mimo iż nie lubię tych pierwszych kilometrów (zawsze się naginam), jestem w stanie utrzymać tempo pozostałych. Taka tam rozgrzeweczka niemal 30 km/h. Na szczęście zabawa zaczyna się dopiero, gdy wskakujemy do lasu. Od razu lądujemy w piachu, tempo nieco odpuszcza. Grzegorz swoim gravelem na piasku idzie jak przecinak, ja momentami zostaję z tyłu, ale dzielnie dochodzę go na łatwiejszych fragmentach. Zaczynamy wyprzedzać osoby, które startowały przed nami. Doświadczenie z jazdy w terenie po górach robi swoje. Ten fragment trasy jest zdecydowanie „pod nas”, to też pierwszy moment, kiedy upewniam się, że zabranie roweru MTB miało sens. Przekonam się o tym jeszcze nie raz podczas tego wyścigu. 

 

 

Latarnia morska Orlen

 

Przyjemna leśna jazda, przeplatana asfaltami, trwa do mniej więcej 65. kilometra, gdzie znajduje się pierwszy bufet na naszej trasie – Orlen w Maszewie. Stacje benzynowe są jedynym w swoim rodzaju elementem w kolarskim świecie ultra. Niczym latarnie morskie w życiu marynarza. Tam zawsze się ogrzejesz i odpoczniesz, ciepłe hot-dogi i kawa podbudują morale. Mimo iż naszego morale nie trzeba jeszcze podbudowywać, grzechem byłoby na Orlenie się nie zatrzymać. Tym bardziej, że następny przewidywany przystanek był dopiero za jakieś 90 kilometrów. Uzupełniamy więc bidony i bukłaki, hot-doga przegryzamy wafelkiem i popijamy colą, zamieniamy kilka słów z pozostałymi uczestnikami, którzy też postanowili skorzystać z dobrodziejstw stacji. W międzyczasie przyjeżdża Michał, mąż Ani Sadowskiej, która startowała pół godziny po nas i zaraz powinna zjawić się na stacji. Mimo iż chwilę na nią czekamy, okazuje się, że Ania nawet nie pomyśli, by się tu zatrzymać. Macha nam tylko i tyle ją widzieli. No, cóż, ten obrazek oddaje różne podejście startujących do zawodów. Czołówka oszczędza każdą minutę, reszta delektuje się trasą i byciem w drodze.

 

90-kilometrowy odcinek do kolejnego Orlenu przebiega dość spokojnie. No, może nie licząc dwóch przygód. Pierwsza to guma. Ja, która łapię kichy raz na rok, na Pomorskiej zaczynam od dziury w oponie. Na dodatek mleko nie zadziałało i trzeba było ratować się gumowymi sznurkami wciskanymi w oponę. Jestem dumna! Operacja się udaje i do końca wyścigu opona działa jak nowa. Drugą niespodzianką jest alergia, jaka dopada mnie w tracie jazdy. Ni stąd ni zowąd czuję na twarzy straszne gorąco, policzki przybierają odcień buraczkowy. Grzegorz nic nie mówi, myśli, że to ze zmęczenia. Niestety, to nie zmęczenie i tak naprawdę do końca nie wiem co. Po kilku przystankach i przepłukiwaniu twarzy wodą na szczęście przechodzi.

 

Na drugim Orlenie w Drawsku zatrzymuje się już chyba każdy. Znajome twarze, rozmowy i pierwsze wrażenia z trasy. Trochę piknikowa atmosfera, chwila odpoczynku. Chciałoby się posiedzieć tam dłużej, ale rozsądek i świadomość dość późnej godziny (okolice 18) nakazują szybką ewakuację.

 

 

Pomorskie błota

 

Po pierwszych dwudziestu kilometrach przeznaczonych na strawienie wszystkich zapiekanek i hot-dogów z Orlenu zaczyna się właściwa część wyścigu. Na około 180. kilometrze wjeżdżamy w strefę błota, wody, mgły i na końcu mroku. Kilkudniowe opady deszczu (podobno) suchą jak pieprz trasę zmieniły w błotny horror. Odcinek do miejscowości Czarne Wielkie zawodnicy z pewnością zapamiętają na długo. Kto ma szczęście, przejeżdża go jeszcze za dnia. Ci, którzy przejechali go w nocy w światłach lampek majaczących gdzieś we mgle, zasługują na szacunek. Gdzieś tam przychodzi nam rozstać się z Grzegorzem, którego ponownie pokonuje kolano. Ja, korzystając z całkiem dobrego samopoczucia, razem z Mariuszem z United Colours Of Cycling i chłopakiem na hulajnodze do godziny pierwszej w nocy babramy się w błocie. Szczegółów oszczędzę.
Gdy błota nagle się kończą, a naszym oczom ukazuje się otwarty w środku nocy wiejski sklepik, zastanawiam się, czy to nie zwidy... Na szczęście w sklepiku kupuję całkiem rzeczywiste rogale, sok pomidorowy i tabliczkę czekolady, które są moją śniadanio-kolacją. Trochę dałam się zwieźć zmęczonemu organizmowi i założyłam, że zadanie na dziś wykonane. Potwierdzona przez sklepikarza informacja o znajdującej się nieopodal wiacie zupełnie odcina moje baterie. Razem z Mariuszem i Rafałem zarządzamy odpoczynek. Znajdujemy wiatkę i rozbijamy obóz. Ile tej nocy spałam? Nie wiem. Z punktu widzenia wyniku końcowego zdecydowanie za dużo, z punktu widzenia zmęczonego organizmu stanowczo za mało. 

 

 

Po nocy przychodzi dzień

 

Rano zbieramy się w drogę w różnym czasie. Ten wyścig w końcu każdy jedzie sam. Z wiatowej bazy startuję ostatnia. Jeszcze sporo muszę się nauczyć o optymalizacji wykorzystania czasu na wyścigach ultra. Liczyłam na to, że jak dłużej pośpię, to będę bardziej zregenerowana. Niestety, w otoczeniu nachalnych meszek i rozmaitych odgłosów przyrody o spaniu można było zapomnieć. Przez ten „niby” sen cała pierwsza cześć dnia przelatuje na lekkiej zamółce. Na szczęście pierwsze kilometry są niewymagające, potem sklep i „dopalacz”, a potem przygrzewające słonko i łąka, na której przesypiam może 15 minut, ale mam wrażenie, że więcej niż całej poprzedniej nocy. Gdy wreszcie się budzę, znów zaczyna się błotno-wodna zabawa, a na dodatek z północy nadciąga burza. Miałam wrażenie, że tego dnia więcej się zatrzymuję niż jadę, ale mimo to postanawiam przeczekać deszcz na przystanku z kilkoma innymi uczestnikami. Bardzo dobra decyzja. Ulewa nie pozostawiłaby na nas suchej nitki, a tak znów nogi trochę odpoczęły.

 

I chyba dzięki temu odpoczynkowi nagle łapię wiatr w żagle. Ni stąd, ni zowąd wstępują we mnie jakieś ponadnaturalne moce. Druga część dnia okazuje się nad wyraz udana, na dodatek drogi stają się bardziej „przejezdne”. Na horyzoncie jednak kolejna burza. Nauczona doświadczeniem od razu zawijam się pod daszek. Tym razem to jakaś stara baza harcerska. W kilka minut pod dachem zjawiają się inni uczestnicy i tak sobie czekamy, drzemiąc, aż przestanie padać. Kolejna godzina straty jest znów niewątpliwym odpoczynkiem dla nóg, niestety, powoduje, że gdy dojeżdżam do Studzienic, gdzie miał być otwarty sklep i liczyłam na uzupełnienie zapasów, całuję klamkę. O 23.00 zostaję z jedną bułką i kilkoma żelami. Podejmuję drugą mało sensowną decyzję podczas tego wyścigu. Zamiast jechać dalej postanawiam zjeść, co jest, i iść spać. W trudnych sytuacjach zawsze przecież najlepiej się przespać.

 

 

Już tylko 130 km

 

Wstaję o 4 rano, po czterech godzinach spanio-czuwania i przygodach z miejscowymi, którzy koniecznie chcieli nas obudzić, gazując starym dieslem i wykrzykując w środku nocy niepochlebne epitety w naszym kierunku. Ostatni dzień ma być szybki. Raptem 130 kilometrów do mety. Końcóweczka. Gdy jednak uświadamiam sobie, że 130 km to ja mam z Katowic do Pszczyny i z powrotem, i zawsze przeznaczam na taką wycieczkę cały dzień, morale nieco podupada. Na dodatek po pięknym wschodzie słońca przychodzą chmury i całą trasę jadę w nieustającej mżawce, na dodatek pod wiatr.

 

To było najdłuższe 130 kilometrów mojego życia. Podjazdy i zjazdy, mimo iż niespecjalnie wymagające, dawały w kość. Tylko 5% nachylenia, a ja miałam wrażenie, że stoję w miejscu. I ulice o tych samych nazwach. Pogodna, Jeziorna, Świerkowa, Jeziorna, Pogodna, Świerkowa – czy ja nie jeżdżę czasem w kółko? Na szczęście głowa dała radę i gdy podjechałam pod Górę Donas, z charakterystyczna anteną telefonii komórkowej, wiedziałam, że teraz będzie już tylko górki. Przejazd przez miasto nigdy nie należy do moich ulubionych i dopiero tu tak naprawdę mam szansę sprawdzić swoje umiejętności nawigacyjne. Oczywiście nie ominęła mnie też czerwona fala świateł na ostatniej prostej do mety. Mimo iż kusiło, by ten jeden jedyny raz złamać przepisy (no, bo przecież już koniec), nie ugięłam się, grzecznie czekałam na zielone.

 

 

Spać!

 

Po 512 kilometrach pokonanych w 52 godziny wjeżdżam na metę na plaży w Gdańsku. Gratulacje i pamiątkowy medal od Leszka, „Ojca dyrektora”, szampan od Artura, który przez trzy dni robił dzielnie zdjęcia na trasie, gratulacje od Grzegorza, który z powodu kolana musiał przerwać wyścig, pierogi i piwo od innych dobrych ludzi z obsługi. Kilka dłuższych rozmów z innymi uczestnikami i tylko myśl o tym, by wreszcie się umyć i porządnie wyspać. No, bo przecież jest tylko jedna rzecz, którą lubię robić bardziej niż jeździć na rowerze, spać! Tylko czy to się czasem nie kłóci z wyścigami ultra?

 

 

Anna Sadowska i Dorota Juranek

 

PS

 

Pomorską 500 ukończyło 320 osób. Wyścig był dużo trudniejszy, niż się tego spodziewano. Warunki pogodowe dodały smaczku rywalizacji. Zwycięzcy Radosławowi Gołębiewskiemu nie udało się zmieścić w zakładanych 24 godzinach. Zabrakło mu zaledwie 5 minut! Pierwsze kobiety pokonały trasę w 34 godziny. W ich przypadku wjazd na metę też był spektakularny. Różnica w czasie między Anią Sadowską, która wygrała, a Agatą Sobotą, która zajęła drugie miejsce, wyniosła zaledwie 2 minuty. 

 

Komentarze do artykułu