Pojezierze Palowickie: cudze chwalicie, swego nie znacie

Siedzę na kanapie ubrana w kolarskie ciuchy z oczami wlepionymi w pulpit monitora. Obok stoi wyszykowany do jazdy Canyon Grail. W ramie napełnione po dziubek bidony, bikepackingowa sakwa, a w niej kawiarka, słodkie bułki, wiatrówka, buff i lampki. Rower idealnie przygotowany na pyknięcie stu kilometrów po południowych lasach aglomeracji śląskiej. 



Planowałam ten wyjazd od dawna, ale jakoś nigdy nie było czasu i odpowiedniej dawki motywacji. Teraz sytuacja się nieco zmieniła. Powiedziałabym nawet, że diametralnie. Teraz motywować się do jazdy jakoś specjalnie nie trzeba. W związku z Covid-19 ogłoszono kolejne wyjątkowe restrykcje dotyczące wychodzenia z domu. Na wszystkich kolarskich kanałach przetacza się właśnie dyskusja – jeździć, czy nie jeździć? Jedni są za, inni przeciw. Pierwsi przekonują drugich, że nic nam nie grozi i świeże powietrze wyjdzie tylko na dobre, drudzy mówią o odpowiedzialności za innych, solidarności społecznej. Ostateczna decyzja to jednak zawsze twoja decyzja. Dzwoni telefon, pod domem czeka już Grzegorz. Niby jestem w pracy, niby jedziemy tylko we dwójkę, mamy zamiar zachowywać odstęp, nie chuchać na siebie, ale w głowie ciągła walka, czy na pewno robimy dobrze.

 

W końcu zamykam komputer, scrollowanie feeda, w którym poza wirusem praktycznie nie ma innych tematów, do niczego nie prowadzi. Zakładam kask, rękawiczki, dokręcam boa w butach SPD, chwytam Graila. Z czwartego piętra na dół schodzę po schodach, nie dotykając poręczy, windą nie jeżdżę od tygodnia, za duże ryzyko. Gdy drzwi od klatki się za mną zamykają, od razu czuję na twarzy przyjemny powiew świeżego wiosennego powietrza. Przyroda niewzruszona, nic sobie nie robi z jakiejś drobinki, która ludzki świat przewraca właśnie do góry nogami. 

 

 

 

Kręcenie wokół komina

 

Witamy się na odległość, wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia, odpalamy liczniki i ruszamy. Dziś przewodnikiem jestem ja. Jedziemy w miejsce całkiem dobrze znane śląskim rowerzystom. Pojezierze Palowickie wybrałam specjalnie, by nie jechać nigdzie daleko autem, by minimalizować kontakty z innymi, by jak najszybciej wskoczyć w las i tam poczuć się bezpiecznie. Swoją drogą to ciekawe, teraz, gdy świat stanął na głowie, przyszedł czas, kiedy można bardziej zainteresować się tym, co wokół, blisko, nie za granicą, nie setki kilometrów stąd. Pora na poświęcenie czasu lokalnym atrakcjom, które, jak się okazuje, zupełnie nie ustępują tym odległym, zagranicznym. A muszę przyznać, że z jeżdżeniem wokół komina dotychczas miałam problemy. Żal było „marnować” czas na okoliczne atrakcje. W weekendy zawsze woleliśmy pojechać „gdzieś dalej”. Teraz nadszedł czas, by to zmienić.

 

Pierwsze kilometry przebiegają nam wyjątkowo szybko. Katowicka Dolina Trzech Stawów bez tych wszystkich rolkarzy, rowerzystów i spacerowiczów wygląda trochę przygnębiająco i przypomina o sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Słońce świeci, na termometrze kilkanaście stopni, a po spacerowych alejkach przechadzają się tylko nieliczni przechodnie. My kierujemy się w stronę Tychów i Kobióra. Prawie cały czas zgodnie z przebiegiem czerwonego szlaku rowerowego. Szutrowe, gruntowe ścieżki w tutejszych lasach są dla Grzegorza dużym zaskoczeniem. A ja właśnie z tego powodu od kilku lat jestem taką zwolenniczką i propagatorką graveli. Dla osób mieszkających w aglomeracji katowickiej gravel jest rowerem idealnym. Zdecydowanie przyjemniej jest jeździć po lesie niż po zatłoczonych ulicach. A przecież Katowice są jednym z najbardziej zalesionych miast w Polsce, powierzchnia lasów zajmuje tu ponad 42%! 

 

 

 

 

Paprocany, których nie było

 

Na około 30. kilometrze Grzegorz pyta, czy czasem nie zbliżamy się do jakiegoś ładniejszego miejsca. Najpierw myślę, że chodzi mu o zrobienie zdjęć do materiału, ale po chwili już wiem. No tak, mi też zaczyna burczeć w brzuchu. Pierwotnie trasa zakładała odpoczynek nad tyskimi Paprocanami. Miała być kawa i lody na promenadzie. Ale w zgodzie z ideą social distancing zmieniamy plany i zatrzymujemy się w Kobiórze, w miejscu nazywanym Doliną Trzech Stawów. Jak w Katowicach.
Wybór okazuje się trafiony, minimalna liczba ludzi, cisza, spokój. Tylko kaczki są chyba właśnie w okresie godowym. Rozkładamy się na trawie, kiszki marsza grają, ale w pierwszej kolejności odpalamy gazowy kartusz. Po chwili kawiarka stoi już na huczącym ogniu, a na trawie lądują smakołyki. Następuje krótka chwila normalności, zapominamy o wszystkim, jest tylko tu i teraz. Gorzki smak gorącej kawy miesza się ze słodyczą serowych drożdżówek. Cichy szum wiatru wprowadza chwile spokoju i wyciszenia. Wszystko, co dobre, szybko się jednak kończy. Kawa znika z kubka, a po drożdżówkach zostają okruszki, którymi dzielimy się z kaczkami. Pakujemy manatki i ruszamy w dalszą drogę.

 

 

Plessówka

 

Wskakujemy na Plessówkę, popularną ścieżkę rowerową biegnącą przez Pawłowice, Suszec i Kobiór. Tu następuje mały test możliwości naszych rowerów i nas samych. Szeroki dukt pokryty sztywno tkwiącymi w ziemi kamieniami. Na tym fragmencie można pogubić plomby i zakwestionować sensowność jazdy na gravelu. Na szczęście w moim Grailu mam magiczną kierownicę w kształcie pantografu, która w całkiem sporym stopniu poprawia komfort na tych kamlotach. Grzegorzowi na stalowym Rondo Ruut też jakoś udaje się pokonać tę kilkukilometrową sekcję specjalną bez większych szkód na zdrowiu. Asfaltowy fragment z Suszca do Żor przyjmujemy jednak z ulgą i wreszcie docieramy do celu dzisiejszej rajzy (czyli przejażdżki).

 

 

Pojezierze Palowickie

 

Pojezierze Palowickie to kompleks malowniczych stawów, ciągnących się wzdłuż doliny niewielkiej rzeczki Jesionki, będącej prawym dopływem Rudy. Ulokowane na północ od Żor i na południe od Orzesza stanowi bardzo atrakcyjny kompleks przyrodniczy, często i chętnie odwiedzany przez spacerowiczów, biegaczy i rowerzystów. Obszar ten wchodzi w skład Parku Krajobrazowego „Cysterskie Kompozycje Krajobrazowe Rud Wielkich” i jest jednym z bardziej malowniczych zespołów stawów hodowlanych w całym województwie śląskim. Gdy okoliczni mieszkańcy wybierają się w te strony, mówią, że idą na „Gichtę”. Grzegorz nie raz pytał się, co to za „gichta”, widząc hasztagi umieszczane w instagramowych relacjach naszego wspólnego znajomego, który często biega w tych okolicach. Wreszcie tajemnica Gichty zostaje odkryta. Jeszcze przed wjazdem na tereny stawów naszym oczom ukazuje się duży, kwadratowy budynek z czerwonej cegły, wysoki na 15 metrów. To właśnie Gichta, wieża będąca pozostałością po hucie „Waleska”, działającej tutaj w pierwszej połowie XIX w. Pracowały tu dwa wielkie piece i odlewnia żelaza. Wieżę gichtową wykorzystywano do wyciągania, za pomocą ręcznego dźwigu, wsadu, czyli darniowej rudy żelaza, węgla drzewnego i topników. Zasypywano wsadem zbudowany w pobliżu cylindryczny wielki piec. Jeśli interesuje was temat rozwoju hutnictwa w tych rejonach, polecam przejechać się fragmentem Szlaku Początków Hutnictwa, prowadzącego z Żor, przez Szczejkowice, aż do Rybnika. Dla nas wydłużenie dzisiejszej wycieczki wiązałoby się z powrotem do domu gdzieś w środku nocy. Pozostawiamy więc historię hutnictwa i kierujemy się w stronę stawów.

 

 

 

Chatka Shreka

 

Największe obszarowo akweny Pojezierza Palowickiego to stawy Garbocz, Łanuch i Jesionka. Z nimi sąsiaduje Dolina Stawów Łańcuchowych, którą kiedyś tworzył łańcuch 10 zbiorników hodowlanych. Palowickie stawy są ostoją wielu gatunków zwierząt. Gdy krążymy między zbiornikami, momentami mamy wrażenie, że zgubiliśmy się albo że kręcimy się w kółko. Pojezierze to niewątpliwie urokliwe miejsce, które zachęca do zatrzymania się na chwilę i kontemplacji przyrody. Postanawiamy zrobić to przy popularnej Chatce Shreka, ciekawej budowli usytuowanej na miniwyspie, do której prowadzi drewniana kładka. Miejsce faktycznie kojarzy się z kultową kreskówką i jest popularne wśród śląskich rowerzystów. Co ciekawe, w okolicy znajduje się też Domek Fiony, ale jego lokalizacji nie zdradzimy, na pewno znajdziecie w Internecie.

 

 

Palowice

 

Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Słońce schodzi coraz niżej i mimo że to znakomity moment na zdjęcia, postanawiamy wracać na trasę i powoli kierować się w stronę Katowic. Droga powrotna przebiega już głównie asfaltami, ale po drodze czekają nas jeszcze szosowe podjazdowe klasyki w okolicach Orzesza, które z pewnością na koniec dobiją nam nogi. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na małą przerwę w samych Palowicach. Gdy rozsiadamy się na ławce pod tutejszym, wyjątkowo urokliwym, drewnianym kościołem, nagle zaczynają bić dzwony. W uszach tak nam dudni, że zaczynamy zastanawiać się, czy to nie sposób na pogonienie stąd niechcianych rowerzystów. Dzwony na szczęście w końcu przestają bić, a z budynku plebanii wychodzi uśmiechnięty proboszcz. Rozmawiamy przez chwilę. Kościół Trójcy Przenajświętszej wybudowany został w Leszczynach w latach 1594-1606, dopiero w 1981 roku przeniesiono go do Palowic, jest jednym z zabytków Szlaku Architektury Drewnianej województwa śląskiego. Kończę kanapkę, Grzegorz robi jeszcze kilka fotek kościoła w środku. Słońce naprawdę jest już nisko nad horyzontem. Zmykamy do domu.

 

 

Orzesze

 

Zmykanie do domu wychodzi nam nad wyraz sprawnie, średnia utrzymuje się w okolicach 25 km/h. Mam dziś dzień konia i po 90 kilometrach prawie nie czuję zmęczenia. Podjazd w Orzeszu nie zrobił na mnie większego wrażenia. Noga podaje, czy może to kwestia Graila? Bardzo polubiłam się z tym rowerem. Mimo iż trochę na mnie za duży, pozycja wygodna i idzie jak dziki bez względu na to, czy pod kołami asfalt czy teren. 


W Paniowach wskakujemy znów w las, by przez Rudę Śląską Kochłowice dotrzeć na katowicką Załęską Hałdę. To miejsce, którego nie lubię. Zawsze tutaj odcina mi prąd i nie jestem w stanie zmotywować się do utrzymania sensownego tempa jazdy. Tym razem jest inaczej. Słońce już zaszło, zrobiło się ciemno, ale jakoś o wyciągnięciu światełek nie pomyśleliśmy. Ja na pamięć, Grzegorz na czuja, pokonujemy ostatnie kilometry leśnego duktu wybrukowanego kamieniami. Trzepie niemiłosiernie, ale o dziwo nadgarstki po tych 105 kilometrach wcale mnie nie bolą. Może to faktycznie ta magiczna kierownica? 


W końcu docieramy do asfaltu, montujemy światełka i jedziemy przez centrum Katowic. Miasto zupełnie spokojne, piątek wieczór, a na ulicach tylko pojedyncze samochody, sporadyczni przechodnie. Jak dobrze, że w lesie udało się nie myśleć o tym wszystkim, co tutaj.

 

Nasza trasa do powtórzenia

 

Komentarze do artykułu