Wywiad: Ola i Piotr Budzyńscy: „Szosa, bo to fajny rower jest”

Pani Swojego Czasu i Destination Lycra, do tej pory dwa oddzielne internetowe byty, które śledziłem niezależnie, w rzeczywistości coś łączy. Ludzie, którzy za tym stoją, okazali się małżeństwem. Wystarczyła wzmianka o rowerze na jednym z kont i tak napisałem do Oli i Piotra Budzyńskich z prośbą o rozmowę.



 

Od dłuższego czasu śledziłem ich poczynania, nie wiedząc, że w pewien sposób stanowią naczynia połączone. Skoro oboje są dla mnie inspiracją, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to, co robią, może mieć też wartość dla innych. Dlaczego się tym nie podzielić? W kwestii mieszkania pod jednym dachem, przynajmniej duchowego, w gruncie rzeczy powinno tknąć mnie już wcześniej, skoro wiedziałem, że Ola pod szyldem „Pani Swojego Czasu” motywuje dziewczyny w prężnej społeczności, pomagając im w organizacji codzienności, Piotr równolegle organizował warsztaty kolarskie dla kobiet. Działania wyglądały na spójną, zorganizowaną akcję. Czy zwiodły mnie zdjęcia Piotra, przemierzającego z bagażami na rowerze odległe kraje, zwykle samotnie? I tak, od słowa do słowa, od prób umówienia się na rower w Krakowie, gdzie mieszkają, przeszliśmy do rozmowy online (wymuszonej przez pandemiczne okoliczności). Wspólną jazdę odłożyliśmy na przyszłość.

 

TOUR: Rowerowi jesteście od zawsze?

 

Piotr: Nie, ja byłem pierwszy, tak na poważnie, czyli odrobinę wcześniej. To był chyba 2015, wcześniej wspinanie i bieganie, wtedy przesiadłem się na szosę. Oli kupiliśmy szosę w 2016 i od tego czasu oboje jesteśmy rowerowi. Ale jeszcze żółtodzioby.

 

Niezłe żółtodzioby, jeśli ktoś zabiera ze sobą rower do Kirgistanu czy Japonii albo Maroko.

 

Ola: Bo Piotr jest skromny. Tak naprawdę to żółtodziobem jestem ja, bardzo długo nabijałam się z jego szosy, twierdząc, że to niewygodne, chociaż oczywiście nigdy w życiu na szosie nie siedziałam. Uparł się, kupił i przekonałam się, że jest wprost przeciwnie.

 

Jeździcie razem?

 

Ola: Nie, w zasadzie nigdy nie mamy okazji. Starszy syn jest chory i wymaga specyficznej opieki medycznej. Nie mamy z kim go zostawić na dłużej. Rozbijamy się więc osobno na rowerach, co w zasadzie ma swoje plusy. Ma i trochę minusów.

 

 

Jeździcie nie tylko po mieście. W przypadku Piotra, mam wrażenie, łączy się to z pracą?

 

Piotr: Od tego w ogóle się zaczęło. Pierwszy bikepacking zaliczyłem, gdy musiałem dojechać na konferencję rowerem. Konferencja była nad Jeziorem Garda, miejscu słabo połączonym z Bergamo. Tak się zaczęło.

 

Ola: Jedyny matematyk na świecie, który na konferencję naukową przyjechał rowerem!

 

Piotr: Japonia podobnie, siłą rzeczy zabrałem rower. Bo to okazja. Korea też, wyjazdy często łączone. Także ze względów ekologicznych, dzięki temu ślad węglowy jest mniejszy! 

 

Olu, dla ciebie „Pani Swojego Czasu” to zajęcie podstawowe?

 

Ola: Tak, jedyne. To moja firma, od 2006 roku. Wcześniej zajmowałam się szkoleniami dla korporacji, mniej więcej zajmując się tym samym co teraz, czyli zarządzaniem sobą w czasie, ale byłam też stewardessą w arabskich liniach lotniczych. Zawsze mnie nosiło.

 

 

Czyli praca na pełen etat i motywowanie dziewczyn?

 

Ola: Trochę motywuję dziewczyny, trochę sprzedaję notesy (śmiech). Wydaję książki, bo mam swoje wydawnictwo.

 

Czy motywujesz dziewczyny również rowerowo?

 

Ola: Tak naprawdę to chyba motywujemy zawsze, jak robimy coś sportowo, np. tej zimy byliśmy na nartach biegowych i przybliżałam dziewczynom, jak wyglądają. Przybliżam, motywuję, ale rowery to nie jest część mojej działalności. Nie traktuję tego jako motywu przewodniego, tylko jedną z fajnych rzeczy, jaką można w życiu robić. Dlaczego by tego nie spróbować? Ponieważ rower szosowy jest totalnie nieznany i nierozumiany, jest obawa przed nim. A ja to rozumiem, bo miałam tak samo, tym bardziej chcę to pokazywać. Standard kobiecy jest raczej taki, że siadam sobie na rower, górski czy trekking, i jadę z domu do sklepu. I z powrotem. Fajnie jest pokazać, że może to być coś innego.

 

Widziałem twoje zdjęcia z Hiszpanii. Jeśli ktoś jedzie na zgrupowanie zagraniczne, zwykle uważa się go za zaawansowanego.

 

Ola: To nie było nic takiego! Pojechała po prostu grupa dziewczyn. To, co mnie denerwuje jako jeżdżącą kobietę, nawet nie amatorsko, bo to za duże słowo, to próg wejścia dla przeciętnej dziewczyny, bardzo wysoki dla kolarstwa szosowego. 

 

Co to znaczy?

 

Ola: Jest otoczone nimbem, że super wyjątkowe. Trzeba być nie wiadomo jak rozwiniętym fizycznie, mieć sprzęt i koniecznie te białe skarpetki! A tak, to cię zjedzą. I to zniechęca do jakiegokolwiek zainteresowania. Gdy to pokazuję, trochę obśmiewam kulturę skarpetkowo-białobutową, żeby dziewczyny poczuły się swojsko. Nawet w Hiszpanii, jak jeździłyśmy, to z językami na asfaltach. Ja kiedyś też w słabszej grupie, ale to i tak było fajne, nawet jeśli absolutnie każdy był szybszy. W ten sposób to pokazuję. 

 

Piotr: No tak, w sumie, przecież te białe buty i skarpetki to właściwie podstawa, ale cóż. Sam się z tego śmieję, bo jeżdżę rzeczywiście zawsze w białych. Ale pokazujemy, że można mieć do tego dystans, podchodzić na luzie.

 

Ola: Gdy Piotr robił pierwsze warsztaty (dla dziewczyn – przyp. red.), mocno poruszaliśmy temat profesjonalnych jazd, białych butów i golenia nóg. I śmiałyśmy się, że jesteśmy kolarskie Grażyny. Jedna z dziewczyn założyła bloga opisującego jej zmagania z rowerem i nazwała go „Kolarska Grażyna”.

 

Przyznam, że mnie to zdziwiło. Warsztaty dla kobiet, ale prowadził je Piotr. Byłem przekonany, że Ty je będziesz robić.

 

Tak, rzeczywiście, uczestniczki to były moje dziewczyny, moje czytelniczki, w ciągu pół godziny zebrałyśmy grupę. Ale ja od razu ustawiłam się w roli uczestniczki, nie byłam organizatorką. Piotrek zna się na tym lepiej. Trasy w Zieleńcu, odpowiedni poziom, także merytorycznie.

 

Piotrek: Organizowaliśmy te warsztaty w 2018 i 2019, podjąłem decyzję, że w 2020 przekazujemy pałeczkę Ani Małeckiej, która prowadziła warsztaty z nami w ubiegłym roku. Wydaje mi się, że warsztaty dla kobiet docelowo powinna prowadzić kobieta. To nie był projekt biznesowy, nikt na tym nie zarabiał. Chciałem zachęcać dziewczyny do jeżdżenia. Stwierdziłem, że jest dobry moment, osoba, to przekazuję pałeczkę. Jest szansa, że do lipca wszystko się wyklaruje. 

 

 

Piotr, ty jesteś doktorem matematyki.

 

Habilitowanym nawet. Zajmuję się teorią operatorów, mechaniką kwantową, czyli działam w abstrakcji.

 

I blogerem. Czy masz też zamiłowania do pisania i zdjęć?

 

Chyba już trochę nie pamiętam. Włączyło mi się to, gdy zacząłem jeździć. Odkryłem na nowo robienie zdjęć i myśl, że warto zrobić coś swojego. Aspekt biznesowy mnie nie interesuje, parę osób to czyta, jestem zadowolony. Promuję bikepacking, a blog jest zapalnikiem do kontaktu z ludźmi.

 

Wychodzi na to, że byłeś w Polsce jednym z liderów nowego trendu, zanim jeszcze stało się to modne.

 

Piotr: Ja na to patrzę inaczej. Ludzie z torbami jeździli zawsze. Kupiłem ostatnio album z Wielkiej Brytanii, zdjęcia z lat 70., przeprawa przez Alpy. To w zasadzie stary temat. Choć medialnie istniejący od niedawna.

 

Bikepacking to dla wielu osób wypad na parę godzin czy na weekend, u ciebie dochodzą do tego wyjazdy zdecydowanie dłuższe. Kirgistan czy Maroko, zdecydowanie ambitne wyprawy.

 

Piotr: To nie są duże wyjazdy, tylko średniego kalibru. Nigdy nie porównałbym się z ludźmi, którzy jadą na rok czy sześć miesięcy, a takich też spotykałem. Większe niż wycieczki po Europie, to jasne. U mnie procentuje przygotowanie z gór, doświadczenie nie stricte rowerowe, lecz ze wspinaczki czy biegów ultra.

 

Jeździsz na góralu?

 

Piotr: Na stalowym Bomtracku Beyond albo szutrówce Fuji Jari, w zależności od potrzeb.

 

Skąd pomysły na kierunki?

 

Piotr: U mnie sprawa jest prosta. Ciągną mnie interesujące, atrakcyjne kierunki. W Maroku byłem po raz pierwszy w 2013 i już wiedziałem, że tam wrócę. Kirgistan to foty z wyścigu Silk Road Mountain Race. Nie mam takiego ciśnienia, by jechać tam, gdzie ludzi nie było. 30 lat temu ludzie robili podobne rzeczy, wcale nie gorsze. Tyle, że nie było tego na Instagramie. Byli wszędzie. Nie mam poczucia, że jadę i odkrywam. Nie mam Stravy, nie interesują mnie KOMy. Chcę się czegoś dowiedzieć o tym kawałku świata. I tyle.

 

Nie interesuje cię więc ściganie?

 

Piotr: Naścigałem się, biegając. Przestałem się ścigać, bo w pewnym momencie wszystko idzie w dół. Uznałem, że to nie ma sensu. Zbiegło się w jakiś sposób z tym, że zacząłem się po prostu interesować światem. Mógłbym przejechać danego dnia 100 kilometrów więcej, ale po co? Wolę pogadać, jak ktoś mnie zatrzyma. Nie będę leciał po 20 godzin na dobę przez Maroko czy Kirgistan po to, by się zniszczyć. I nie przywieźć stamtąd żadnego zdjęcia czy przeżycia. Interesuje mnie bliskość z ludźmi, terenem czy środowiskiem.

 

Ola: To zresztą jedyny moment, kiedy mamy szansę jeździć razem! Piotr gdzieś dojeżdża, zaczyna robić zdjęcia, a ja mam szansę nadrobić albo odpocząć.

 

Olu, pamiętasz swój pierwszy raz, kiedy wsiadłaś na szosówkę?

 

Tak. Nie wiem, czy powinnam o tym mówić… Piotrek wziął mnie na wygląd. Kupił mi po prostu piękny rower. Pierwsza jazda na szosie to były może trzy kilometry. Ale poczułam od razu, jak zupełnie inaczej jeździ. Tak naprawdę mam jednak zupełnie inaczej niż Piotr, bo on lubi jeździć sam. Sprawia mu to radość. Dla mnie rower to część grupy. Uwielbiam jeździć w grupie. To część socjalizacji z ludźmi. Dopóki nie trafiłam na damskie jazdy z Tamarą, w ogóle nie czułam roweru jako takiego (Profidea dla Kobiet, spotkania organizowane przez Tamarę Górecką-Werońską – przyp. red.). Cieszy mnie, że jeździmy razem. Taki był też pierwszy wyjazd do Calpe, codzienne przełamywanie swoich słabości. Jazda w górach po 70 czy 90 kilometrów z innymi dziewczynami. 

 

Rozmawiałem ze znajomą, mówiąc jej, że moim zdaniem dziewczyny jeżdżące na rowerze zachęcają inne swoim przykładem. Usłyszałem, że wolałaby, żebym nie mówił, że to dziewczyny, tylko „osoba motywująca”. Dla niej problemem było, że motywacja ma płeć. Zastanowiło mnie to. Myślisz, że do dziewczyn bardziej przemawiają dziewczyny?

 

Ola: To typowy dylemat. Ja też go mam. Jak z „Forbes Woman”. Czy to dobrze, że jest gazeta dla kobiet przedsiębiorców? Czy warto to dzielić? Z rowerami jest tak samo. Nie mam tu rozwiązania, ale na 100% wiem, że dziewczyny początkujące, takie, które nie wiedzą, jaki rower wybrać, czy nie znają zasad poruszania się w grupie, nie odnajdą się w koedukacyjnej drużynie. Taka grupa polega na tym, że jest 60 facetów i 3 kobiety. Bo kobiet po prostu jest mało. Mam też osobiste doświadczenie. Będąc wolniejszą, nie spotykałam się ze zrozumieniem, co jest oczywiste. Ludzie w takiej grupie jeżdżą na konkretnym poziomie. W grupie kobiecej z tym się nie spotkałam.

 

Piotr: Moje doświadczenie jest takie samo. Jeśli zbierze się grupa facetów, z rekreacji robi się sport. I stąd wzięła się idea warsztatów. Zrobić coś zupełnie niesportowego, a jednocześnie dającego dziewczynom jazdę na szosie, bo to fajny rower jest, i tyle.

 

Ola: Jest jeden moment, kiedy lubię jeździć w grupach koedukacyjnych i z facetami, którzy dobrze jeżdżą! Na zjazdach! Bo uwielbiam zjeżdżać.

 

Ola, żona, matka, blogerka, Pani Swojego Czasu - https://www.paniswojegoczasu.pl/
Piotr, mąż, ojciec, zawodowy matematyk, kolarz amator - http://www.destinationlycra.com/




Komentarze do artykułu