Wywiad: Sean Kelly, czyli Wtyczka

Znany był ze swego apetytu na zwycięstwa, przede wszystkim w klasykach. Prawdopodobnie nie przyszło mu nigdy do głowy, że później zostanie elokwentnym komentatorem telewizyjnym. Przedstawiamy wam portret cichego Irlandczyka.



Makarony

 

Sean Kelly otwiera pudełko z kolorowymi „makaronami”. Rozdaje wszystkim wokół, kolegom przy telewizyjnych mikrofonach, reporterowi TOUR, francuskim technikom z telewizji. Musi się uśmiechnąć: nie, Jean de Gribaldy, jego odkrywca, on słodkości raczej by nie tolerował.

 

Jest wczesne popołudnie na początku marca, na drodze wśród winnic w Beaujoulais. Przez szeroką szybę stanowiska komentatorów widać, jak napakowani pracownicy ustawiają bramki do finalnego sprintu trzeciego etapu Paryż – Nicea. Sean Kelly bierze jeszcze jedną słodycz. Szynkę zostawia na później.

 

Człowiek, o którym opowiadamy, nie jest Kanibalem, ale kimś, kto często bywa wymieniany w jednym rzędzie z Eddym Merckx’em. To człowiek, który opublikował swoją biografię pod tytułem „Głód” i który przez konkurentów, współpracowników i obserwatorów opisywany był jako szczególnie łakomy na zwycięstwa. Sean Kelly 24 maja kończy 60 lat. Stał się sławny dzięki wytrwałym polowaniom na triumfy w klasykach i etapy w tourach. Przez ponad dziesięć lat pracował nad swoim wkładem w historię kolarstwa. Dziś jest przedsiębiorcą, mówcą, organizatorem wycieczek i współkomentatorem w anglojęzycznych relacjach stacji Eurosport.

 

Paryż – Nicea uważany jest za pierwszą ważną etapówkę w każdym sezonie ścigania, a szczupły Irlandczyk, z krótkimi, zaczesanymi do tyłu włosami w kolorze czerwonosiwym, jak żaden inny zawodnik odcisnął na tym klasycznym wyścigu swoje piętno. Przez siedem lat z rzędu wygrywał „Wyścig ku słońcu”. Dziś nadal żyje z tej sławy, także Eurosport, jako nadawca, chce ciągnąć zyski z jego popularności. Kelly każdy dzień marca spędza, siedząc w dwupiętrowym, metalowym i jeżdżącym budyneczku tuż obok linii mety, w którym znajdują się kabiny komentatorów. Tworzy duet z Robertem Hatchem, który publiczności w Wielkiej Brytanii i Irlandii wyjaśnia, co dzieje się na ostatnich 50, 60 kilometrach wyścigu.

 

Człowiek, który nigdy nie ma dość?

 

Gdy Kelly czeka na początek transmisji, ma dużo czasu. Na kartkach w linijkę o formacie A4 robi ołówkiem notatki, skreśla nazwiska z listy startowej, markerem zakreśla w gazecie interesujące fakty, wszystko to materiały do późniejszej analizy na żywo. Ma czas na pogaduszki. Lokalny urzędnik pojawia się, by poplotkować. Telefon dzwoni, a blogerka z Anglii prosi o oszacowanie szans brytyjskich kolarzy. W sumie to jednak oaza spokoju, a Kelly sprawia wrażenie wyluzowanego. Wykonuje swoją pracę. That’s it.

By się tu znaleźć, musiał się wiele nauczyć. Siedzi na plastikowym, rozkładanym krześle w kabinie i przypomina sobie swój pierwszy występ w Paryż – Nicea. To był 1977, miał 20 lat. Właśnie stał się profesjonalnym zawodnikiem we francuskiej ekipie uzupełniającej legendarną belgijską grupę Flandria Equipe, a w Lugano wygrał nawet po raz pierwszy w karierze zawodowej. Na tydzień przed startem Paryż – Nicea z powolnego kształcenia nagle przeszedł na kurs przyspieszony, „crash course”, jak określa to Kelly z wyraźnym szacunkiem. Jego odkrywca Jean de Gribaldy, dla Kelly’ego do dziś źródło mądrości, zdradził mu wówczas, że będzie jechał jako pomocnik belgijskiego mistrza świata Freddy’ego Maertensa, u boku supergwiazd Marca Demeyera i Michela Pollentiera.

 

Brutalna szkoła

 

Przeszedł brutalną szkołę. Kapitan Demeyer krzyczał na młodego, niedoświadczonego taktycznie Irlandczyka po flamandzku i francusku, i oczekiwał pełnej ofiarności na rzecz aspiranta do zwycięstwa Maertensa. „Popełniłem wiele błędów” – mówi Kelly. Jednak podczas tych ośmiu dni i dwunastu etapów nie zawiódł zaufania, którym obdarzył go Jean de Gribaldy. Maertens wygrał wyścig, a Kelly dał z siebie wszystko.

 

Wówczas nigdy by nie pomyślał, że kiedyś wygra Paryż – Nicea albo inny duży klasyk. „Nie marzyłem o podobnym poziomie”. Pewność siebie zdobył dopiero, gdy kształcący go Gribaldy stwierdził, że ma geny zwycięzcy.

 

Przewidywanie okazało się prawdą i przeszło do annałów historii. Jego kariera zawodnicza pozostaje jednak w kontraście do obecnej codzienności Irlandczyka. W środowy poranek, tuż po dziewiątej, Kelly siedzi w pozbawionym ozdób bufecie Hotelu Ibis i pije swoją kawę. Nic nie wskazuje na to, że siedzi tu zwycięzca. Triumfator Mediolan – San Remo, Wyścigu Dookoła Lombardii, Tour de Swiss, Lüttich – Bastogne – Lüttich, Wyścigu Dookoła Hiszpanii, Paryż – Roubaix, wielokrotny zwycięzca w Tour de France, zdobywca zielonych koszulek. W tle gra telewizor, wiadomości. Kelly zabiera z pokoju bagaż, przyjaźnie żegna się w recepcji i wraz z kolegą Hatchem idzie do samochodu, by przejechać finalne kilometry kolejnego etapu i punktualnie znaleźć się na mecie.

 

Później, w kabinie komentatorów, obaj czekają, aż w końcu zacznie się transmisja na żywo dzisiejszego odcinka. Na laptopie Kelly’ego, który założył okulary w wąskich, srebrnych oprawkach, można zobaczyć aktualną sytuację w wyścigu. Obok niego Robert Hatch przegląda Twittera w poszukiwaniu nowinek od dziennikarzy i teamów. Perspektywy dla dzisiejszego etapu nie są dobre. Na zewnątrz, na stromą prostą ku mecie, pada gęsty śnieg, a kolarze, by tu dotrzeć, muszą pokonać o wiele wyżej położone fragmenty. „Można jechać, gdy jest zła pogoda – mówi Kelly – ale być może w pewnym momencie będzie zbyt niebezpiecznie. Musimy żyć z konsekwencjami każdej decyzji”.

 

Jakby wciąż był w środku

 

Kelly nieustannie opowiada jak ktoś, kto znajduje się w środku peletonu. Gdy rozgląda się swoimi niebieskimi oczami po pokoju, przypomina coś sobie, czuje się, że nadal jest kolarzem, który znajduje się nadal w samym środku grupy wytrenowanych mężczyzn, który może czuć śnieg i zimno, i który troszczy się o sportowców. Nie wygląda też na kogoś, kto zbliża się do emerytury, nadal promieniuje czymś młodzieńczym, chłopięcym. To interesujące, ale jako komentator rzadko rozmawia z aktywnymi zawodnikami. Woli ich zostawić w spokoju, nie obciążać. Rozmawia z kolarzami tylko wtedy, gdy jest do tego ważny powód.

 

Siedzi za mikrofonem od 1998. Z dzisiejszego punktu widzenia wygląda to na paradoks, sam musi to przyznać. Jako chłopak żył na irlandzkiej wsi, jego ojciec nigdy nie mówił wiele, on sam był równie oszczędny w słowach, a jego odkrywca Gribaldy udzielił mu przestrogi, by był raczej ostrożny: „Gdy rozmawiasz z dziennikarzami, z dziesięciu słów robi się dwadzieścia pięć”. Kelly mówi, że jako zawodnik nie był w stanie szczególnie dobrze się wyrazić. Gdy jednak po zakończeniu aktywnej kariery komentator Eurosportu, już nieżyjący David Duffield, spytał go, czy nie miałby ochoty z mikrofonem towarzyszyć klasykom, Kelly dołączył. Dla niego była to nieoczekiwana szansa, by nadal zarabiać pieniądze dzięki tej dyscyplinie, która umożliwiła mu wydźwignięcie się z prostych warunków bytowych.

 

Przed rozpoczęciem kariery Kelly pracował jako murarz, tym samym miał jakiś fach w ręku. Otrzymał jednak szansę, by zostać częścią peletonu. Odtąd, szczególnie w angielskiej strefie językowej, jest jednym z tych nazwisk, które nierozerwalnie związane są z kolarstwem. Dziś korzysta z tego, że kolarze mówiący tym samym językiem święcą wielkie triumfy. Jesienią Kelly otworzy w Londynie wystawę, na której zaprezentuje publiczności swoje puchary i medale.

 

Nie protestuje, gdy nazywa się go jednym w wagabundów kolarstwa. Z Eurosportem jedzie na Paryż – Nicea, Tour de France, na klasyki. W studiu w Londynie komentuje Giro i Vueltę. Sprzedaje swoje własne ubrania kolarskie. Przemawia do pracowników dużych przedsiębiorstw, by ich motywować i inspirować opowieściami o swoim głodzie sukcesu. Prowadzi wycieczki rowerowe na Majorce i nadal należy do zarządu teamu kontynentalnego An Post-Chain Reaction Sean Kelly Cycling, służącego wielu irlandzkim kolarzom jako platforma rozwojowa.
„Zawsze gdy potrzebowałem wsparcia albo rady, Sean Kelly był dostępny” – mówi na przykład Sam Bennett, jeżdżący dziś dla Bora Argon 18.

 

Robotnik podróżujący po Europie

 

Kariera Kelly’ego w sporcie trwa już dłużej niż 20 lat. Jego były rywal Rolf Gölz podziwiał go, już gdy się ścigał: „Startował w większej liczbie wyścigów niż my i zawsze miał niesamowitą moc”. A Kelly nadal pracuje w tym samym niepozornym stylu. Robotnik, dziecko rolnika, ciężko harujące w gospodarstwie, w drodze przez Europę, z hotelu do hotelu, w rytmie wyścigów i etapów. Kelly ma coś, czego zazdrości mu wielu. „Potrafi bardzo dobrze czytać wyścigi” – mówi Gölz. Kelly był słaby w szkole, rzucił ją, wolał pracować. Dziś patrzy na peleton, na kolarzy, którzy często sprawiają wrażenie zdalnie sterowanych ze słuchawkami w uszach i mówi: „Człowiek przygląda się ludziom, wielu jest inteligentnych, mają nawet skończone studia, ale taktycznie często nie są dobrzy. Nie widzę się w tym porównaniu jako mądrzejszy, ale jeśli chodzi o taktykę w wyścigu, rozumiem ją”. Jego matka zawsze mówiła, że musi się tylko przyglądać i przysłuchiwać, by się uczyć.  Tego się trzymał, słuchał Gribaldy’ego, przyglądał się Maertensowi i uczył, jak szybko rozszyfrowywać sytuacje, jak przetrwać z sukcesem w peletonie. Jeśli porozmawia się z ludźmi, którzy znają Kelly’ego od dawna, wszyscy powtarzają to samo: ma być człowiekiem dobrze wychowanym, nienarzucającym się, przyjaznym, bez wyskoków i ekstrawagancji. Nigdy nie krzyczy, w swojej roli współkomentatora z ciężkim irlandzkim akcentem równie rzadko co poza kabiną. Mówi to także  Paul Kimmage, irlandzki były zawodowiec, który wcześniej wraz z Kellym startował w drużynie narodowej, zna go od lat młodości, a sam zdobył międzynarodową sławę za sprawą swojej bezkompromisowej rozprawy z dopingiem w kolarstwie.

 

Kimmage ma jednak problem z Kellym przed mikrofonem: „Jako komentator jest dokładnie tym, kogo potrzebuje publiczność, i dokładnie tym, czego nie potrzebuje sport. Sport potrzebuje ludzi, którzy w sprawie dopingu mówią jasno, wskazują oszustów i wyznaczają standardy moralne”. Kelly, który sam dwukrotnie został przyłapany, nigdy nie należał do tych, którzy słów używali ofensywnie. Gdy rozmawia się z nim o tym, sprawia wrażenie, jakby złe czasy dotyczyły okresu między końcem jego kariery a upadkiem Lance’a Armstronga. Ale Kelly zaprzecza słowom krytyki swojego rodaka: „Gdy nie mam twardych dowodów, nikogo nie oskarżam. Prowadzi to w niewłaściwym kierunku”.

 

Gdy Kelly ogląda wyścig, wystarcza mu zwykle powtórka zdjęć, by rozszyfrować skomplikowane sytuacje: „W przypadku wątpliwości trzeba ryzykować, szanse wynoszą wówczas 50:50, że się trafi” – mówi. Zwykle jednak trafia. To się nazywa doświadczenie. Tej środy zdarzyło się jednak coś, co było dla niego nowe. Kolega Hatch woła, że wyścig ma być zneutralizowany. Na monitorze obaj ze zdziwieniem obserwują, jak zawodnicy na zaśnieżonej strefie bufetu szukają miejsc w samochodach i rzucają się śnieżkami. Kelly nic nie rozumie. Dyrektorzy sportowi musieli wiedzieć, gdy podano prognozę pogody, musieli wysłać na miejsce autobusy. Niewiele minut później nadchodzi wiadomość, że etap został przerwany. Tego Kelly jako komentator nie przeżył nigdy wcześniej. Reaguje bez zauważalnych emocji, pakuje zieloną torebkę z szynką do czarnego plecaka i idzie do samochodu, do następnego hotelu. Jedzenie, spanie, następnego dnia karawana na pewno ruszy dalej – „co więcej można zrobić?”.

 

Następnego dnia rzeczywiście następuje ciąg dalszy. To etap z dużą liczbą atrakcji. Gdy Hatch i Kelly rozpoczynają relację, robi się ciekawie. Marcel Kittel nie może utrzymać się w peletonie, Geraint Thomas upada, a trzech w ucieczce dobrze współpracuje, peleton prowadzony przez Katiuszę się nie spieszy. Gdy prowadząca trójka ma 2,6 kilometra do mety i ciągle kilkaset metrów przewagi, Kelly mówi do mikrofonu: „Prawdopodobnie to dowiozą. Postawiłbym na to pieniądze”. Jednak 800 metrów przed metą zgraja dogania ucieczkę. Nacer Bouhanni wygrywa sprint. Prognoza Kelly’ego się nie sprawdziła, ale zdaje się mu to nie przeszkadzać. „Tak jak robiła to Katiusza, nie dogoniliby nikogo, w końcu wszystko musiał robić Cofidis, tak więc w połowie miałem rację” – mówi Kelly.

 

W swoim życiu częściej stawiał na właściwego konia. Co znaczy tu jeden komentarz? To była dobra rozrywka. Jest zadowolony. Następnego dnia jest podobnie. Sean Kelly siedzi znów w samochodzie i podąża za strzałkami na krawędzi drogi.

 

 

Sean Kelly

 

John Jammes Kelly urodził się 24 maja 1956 w irlandzkiej wiosce Carraghduff, w domu otrzymał przydomek Sean, w ten sposób można było go odróżnić od jego ojca Johna, który nosił to samo pierwsze imię. Kelly swoją karierę profesjonalną, trwającą 17 lat, rozpoczął w 1977 roku. Przewodził światowemu rankingowi przez pięć lat bez przerwy od jego wprowadzenia. Od 1998 pracuje jako anglojęzyczny komentator Eurosportu. Kelly ma żonę i jest ojcem bliźniaków.

 

Najważniejsze zwycięstwa w karierze

 

Paryż – Nicea 1982 do 1988; Tour de Suisse 1983 i 1990; Paryż – Roubaix 1984 i 1986; Lüttich – Bastogne – Lüttich 1984 i 1989; Mediolan – San Remo 1986 i 1992; Vuelta a Espana 1988; Wyścig dokoła Lombardii 1983, 1985, 1991; 5 zwycięstw etapowych i cztery razy zielona koszulka (1982, 1983, 1985 i 1989) w Tour de France

 

Ku słońcu - Nazwisko Kelly’ego jest nierozerwalnie związane z etapówką Paryż – Nicea. W 1982 wygrał ją po raz pierwszy, a następnie jeszcze sześć razy pod rząd    

 

Artykuł po raz pierwszy ukazał się w BIKE 6/2016

Komentarze do artykułu