Trudny egzamin: Sportful Dolomiti Race

We Włoszech Sportful Dolomiti Race to poważna impreza w kalendarzu startowym amatorów, choć poza granicami mniej znana. A niesłusznie, bo każdy, kto przeżyje to twarde granfondo z imponującymi widokami w tle, jest witany na mecie niczym bohater.



 

Zjazd bez upojenia - 40 kilometrów z góry do celu. Gdy jest mokro, to niekończąca się sekcja drgawek.

 

 

Włosi wśród swoich. Poszukiwanie numerów startowych – startujący z zagranicy to wciąż jeszcze rzadkość.

 

 

 

Radość oczekiwania - Marco Brina (na środku) w wieczór poprzedzający wyścig siedzi w swoim kamperze.

 

W drodze ku górze powietrze staje się rzadsze. Wymieniamy jeszcze tylko urwane zdania, pojedyncze słowa. Szarość nieba jest niewiele jaśniejsza niż asfalt na wąskiej drodze, powietrze staje się chłodniejsze, a widoki rozleglejsze. Jeszcze jeden zakręt wokół wielkiego ułamka skalnego i jesteśmy na przełęczy, po wyczerpującej męce w Dolomitach. I oczywiście przez głowę może przelecieć wówczas myśl, że to koniec męczarni. Nie należy się jednak łudzić. Kto sądzi, że niemal dojechał, ponieważ to, co najtrudniejsze, jest już za nim, myli się.

 

Jesteśmy w najwyższym punkcie wyścigu dla amatorów we włoskich Alpach, alternatywy dla fanów Maratona dles Dolomites i innych podobnych sprawdzianów. Sportful Dolomiti Race to licząca 204 kilometry runda ze startem i metą w średniowiecznym miasteczku Feltre i najwyżej położoną premią górską na przełęczy Manghem na wysokości 2047 m n.p.m. Na włoskiej scenie kolarskiej spektakl ma już swoje stałe miejsce, a na starcie pojawia się krajowa elita półprofesjonalnych „granfondisti”, jak i cała masa zadziwiająco sprawnych amatorów we wszystkich kategoriach wiekowych. „Dla czołowych zawodników dyscypliny zwycięstwo u nas ma taką samą wartość jak triumf w klasykach dla elity światowej” – mówi dyrektor wyścigu Ivan Piol, który zorganizował wyścig po raz pierwszy przed 23 laty. „Cieszymy się jednak szczególnie z brzucha imprezy, który rośnie coraz większy”. Ma przy tym na myśli 99% startujących, którzy ze zwycięstwem w Granfondo Sportful nigdy nie będą mieli do czynienia.

 

Feltre, miejsce startu i mety, to idylliczne miasteczko na przedpolach Dolomitów prowincji Belluno w regionie weneckim. Turystyka kolarska jest tu uprawiana rzadko, choć w lokalnej społeczności mocno zakorzeniona. Sponsor tytularny Sportful, wraz z siostrzaną marką Castelli, ma siedzibę w okolicy, a miejscowy klub „SSF Pedale Feltrino” rekrutuje nie tylko wolontariuszy do wyścigu, ale też wystawia na starcie drużynę liczącą około 100 osób. To region, w którym kolarstwo traktowane jest poważnie, i okolica, gdzie trzeba być w formie, by móc objechać.

 

 

 

Kampery na placu

 

Na dzień przed wyścigiem, w połowie czerwca, Feltre wypełnia się podobnie jak sąsiednie miejscowości. Nie jest to żadnym cudem, bo okolica nie jest nastawiona na masową turystykę, a pokoje są szybko zajmowane, także w regionie. Wiele hoteli jest już dawno zarezerwowanych dla VIP-ów, sponsorów i oczywiście topowych zawodników. Podczas gdy ci przygotowują się na wielki występ, setki kibiców wprawiają się w odpowiedni nastrój na komunalnym parkingu w swoich kamperach.

 

Powyżej parkingu, na lodowisku Feltre, startujący odbierają swoje numery. Przygotowano tu małe targi, na których pracownicy wystawiających się firm uwijają się niczym w ukropie. Event robi wrażenie profesjonalną organizacją, dotyczy to także wsparcia wyścigu. Dużo dobrego można usłyszeć od uczestników na temat wsparcia technicznego. Wszystkie pojazdy towarzyszące są podłączone do systemu GPS, by umożliwić koordynację z miejsca startu.

 

To oczywiste, że organizator Piol, jego żona Anna Valerio i wielu pomocników z wielkim osobistym zaangażowaniem chce zaznaczyć swoją obecność w bogatym włoskim kalendarzu wyścigów dla amatorów. Teraz chcą zaistnieć międzynarodowo.
„Będziemy się cieszyć, gdy pojawi się więcej odwiedzających z zagranicy” – mówi Piol przed wyścigiem. Podczas gdy Maratona dles Dolomites jest już obowiązkowym terminem dla wielu startujących, w Feltre z rzadka pojawiają się litery oznaczające inne narodowości.

 

Ostatnie światła dnia nikną za szczytami gór, jest ciemno między kamperami, w których większość uczestników przygotowuje się do krótkiej nocy. Niektórzy sprawdzają jeszcze sprzęt na kolejny dzień, czyszczą i tak błyszczące rowery, studiują plan trasy. Ci ludzie nie są po raz pierwszy na trasie Granfondo. Zbiera się tu grupa, która co tydzień pojawia się na różnych włoskich wyścigach. A jednak ta impreza, jak mówią niektórzy jej uczestnicy, jest „più duro”, twardsza, być może jedna z najtrudniejszych w ogóle. Należy więc iść wcześniej do łóżka.

 

Tylko z małego okna jednego z kamperów błyska jeszcze słabe światło. W pojeździe tym podniecony Marco Pina, konsultant do spraw zarządzania z Werony, rozprawia z przyjacielem, który towarzyszy mu w Sportful Dolomiti Race. Przez pleksiglas widać obu, jak jedzą i dzielą się butelką Primitivo. „Odżywiamy się równie dobrze co profesjonaliści, no, może poza winem” – mówi Brina. Nie chodzi tylko o wyścig, ale i o przyjemności. Mimo wszystko chce dotrzeć do mety poniżej dziewięciu godzin, co powinno dać miejsce w pierwszej połowie i potwierdzić, że Brina jest dobrze wytrenowanym amatorem. Na trasie może się jednak zdarzyć wiele rzeczy, takich jak ulewa czy spadek temperatury, które będą w stanie pokrzyżować plany.

 

 

Zadziwiająco nerwowy start

 

Prognoza pogody wzbudza pewne obawy, dlatego około 400 osób zapomina w ostatniej chwili o tym, by niedzielnego ranka przypiąć już odebrane numery. 3880 sportowców stoi krótko przed siódmą na starcie. To zadziwiające, jak różnorodny tworzą obraz. Całkiem z przodu, w „Griglia Rossa”, czerwonym sektorze, stoją najlepsi kolarze. Tak mogłoby to wyglądać w wyścigu zawodowców, wytrenowani i z koncentracją w oczach. Dalej z tyłu kolorowe koszulki, bardziej siwe brody, pomarszczona skóra, grubsze brzuchy, wiele generacji.

 

Jeśli ktoś jednak myślał wcześniej, że we Włoszech wszyscy wiedzą, jak się jeździ w wyścigach, będzie zaskoczony. Gdy padnie wystrzał startowy, peleton pędzi aż do pierwszego podjazdu, który prowadzi po około 17 kilometrach do Cima Camp. Nagłe hamowania, kolizje, słychać krzyki i czuć raz za razem paloną gumę. Nerwowy start zadziwia, bo przecież 204 kilometry można przetrwać dzięki cierpliwości i wytrzymałości. Wykres wysokościowy trasy powinien zmuszać do pokory. Są trzy prawdziwe góry oraz czwarta, której przy planowaniu nie należy nie doceniać: Cima Campo, Passo Manhem, Paso Rolle i Croce d’Aune. W sumie 4900 metrów podjazdów. Kto zatem szuka prawdziwego sportowego wyzwania, trafi tu w dziesiątkę.

 

Całkiem na górze, na premii górskiej na Passo Manghem, jeden ze współpracowników klaszcze oddzielnie każdemu kolarzowi, który tu dotarł. Bo droga do Manghem ciągnie się i odbija na twarzach startujących. Trasa podnosi się z miejsca startu na wysokości 400 metrów i wznosi, wijąc na ostatnich kilometrach zygzakami stromym zboczem, przez las i dzikie formacje skalne. Po około 15 kilometrach wspinaczki rutyniarz mówi: „Niedługo się zacznie”. I rzeczywiście, droga zaczyna przypominać rampę, a wartości nachylenia na sześciu kilometrach do przełęczy rzadko przyjmują wartość jednocyfrową.

 

„Do tej góry trzeba podchodzić z dużym respektem” – powiedział na starcie Paolo Bettini. Były mistrz świata startuje tu co roku jako VIP. Manghem uchodzi za główne wyzwanie tej imprezy. Kto jednak znajdzie się na górze i z ciastem brzoskwiniowym w ręku odetchnie z ulgą, może się jeszcze nieprzyjemnie zdziwić, np. z powodu załamania pogody. „Do celu jest jeszcze daleko” – mówi Bettini.

 

 

 

Z przodu zwycięstwo, z tyłu przeżycie

 

Podczas gdy większość uczestników z tyłu ma nadzieję, że umknie deszczowi na Passo Rolle, na czele peletonu trwa już walka o zwycięstwo. W Elicie wygrywa zwycięzca z poprzedniego roku Stefano Cecchini z czasem 6:31:54. Człowiek, który później pojawi się w wiadomościach, bo w wieku 38 lat chciałby jeszcze zostać zawodowcem – „Ten wyścig zostaje w twoim sercu, choć jest bardzo ciężki i moje życie na pewno skrócił o pięć lat”. 30 zawodników osiągnęło cel w czasie krótszym niż siedem godzin, co dokładnie odpowiadało oczekiwaniom organizatora Piola.

 

Dalej z tyłu toczą się zupełnie inne walki. Na przykład Massililiano Micor, który na górze na Manghem długo czekał na swojego przyjaciela, nie ma szczęścia do pogody, podobnie jak autor tekstu po trzeciej górze wylądował w ulewie. Bajeczna prawdopodobnie panorama Dolomitów pozostała tu za zasłoną z deszczowych chmur. Potem następuje 40 kilometrów z góry, marzy się o szybkim zjeździe, ale wszystko zmienia się w koszmar zimna i wilgoci, coraz wolniejszy, bo wszystko inne jest zbyt niebezpieczne. Micor i jego towarzysz zatrzymują się na trzy kwadranse w kawiarni, by znów dojść do siebie. W tym czasie pogoda zmienia się gwałtownie, dokładnie na ostatni podjazd dnia. To Croce d’Aune, na którym Gentullio Campagnolo podczas wyścigu miał mieć wizję konieczności zmiany biegów w tylnym kole. Dla wszystkich uczestników Granfondo Sportful… dobrze, że dziś jest dostępna.

 

Brawa dla ostatnich

 

„Manghen uczyni z ciebie bohatera” – powiedział prezydent Piol, ale to oczywiście tylko część prawdy. Trudność wyścigu organizatorzy przed kilku laty podkreślili symbolem. W ten sposób wilk pojawił się w okolicy, choć w regionie Wenecji już nie występuje. Zwierz jednak czai się wszędzie, nawet jeśli tylko w głowach uczestników. Znak firmowy Granfondo Sportful jest wyjątkowo kąśliwy. Trzeba mu uciec i dotrzeć do celu. We Włoszech trasa uchodzi za najtrudniejszą w kalendarzu, i to przy 50-150 imprezach w tygodniu. Także zwycięzca Cecchini sądzi, że największe brawa należą się tym, którzy potrzebowali więcej niż 10 godzin i dotarli do celu, mimo wszystkich przeciwności. Ostatniemu finiszerowi dnia organizatorzy oddali specjalne honory. „To nasza najważniejsza nagroda” – mówi Ivan Piol. Ostatni dostaje nie tylko brawa, ale i czarną koszulkę. I wie, że naprawdę tego dokonał.

 

 

Ivan Piol, dyrektor wyścigu - „Będziemy się cieszyć, jeśli skusimy więcej startujących z zagranicy”

 

Info

 

Sportful Dolomiti Race

Granfondo Sportful Dolomiti Race w tym sezonie odbyło się po raz osiemnasty 18 czerwca. Obok dużej rundy (204 km, 4900 m podjazdów) do wyboru była też runda średnia (134 km i 3050 m podjazdów). Organizatorzy poprawili w tym sezonie obsługę startujących z zagranicy i uruchomili specjalne stanowisko do ich obsługi. Jeśli ktoś chce wystartować, potrzebuje zaświadczenia od lekarza. We Włoszech jest konieczne, by uczestniczyć w Granfondo. Startowe wynosiło w tym roku 60 euro (70 na miejscu).

 

Informacje Gfsportful.it

 

 

 

Wąska droga na przełęcz Manghen jest ciasna i stroma.

 

 

Oklaski dla ostatniego! Brawa dla wszystkich, którzy dotarli do celu!

Komentarze do artykułu