Emonda

Dario Pegoretti: Triumf uporu

Co to za gość, który ręcznie wykonane stalowe ramy pokrywa bazgrołami i jeszcze żyje z tego? Nazywa się Dario Pegoretti i ugościł nas w swoim warsztacie w Valsuganie.



Wenecja. A niech to! Pojechaliśmy za daleko. Wszystko przez dyskusję. Poszło o to, co robi różnicę. Na przykład w kwestii zdjęć. „Oczywiście, średni format jest skomplikowany, nieporęczny, analogowy i zbyt drogi, ale później wychodzi z tego coś zupełnie innego niż superostra, jednolita breja” – mówi Oliver, fotograf, który mi towarzyszy.

 

Jesteśmy w drodze do Dario Pegorettiego. On również nie produkuje masówki. A jego bazgroły na wykonanych na zamówienie ramach to coś więcej niż kwestia gustu, to rodzaj znaku firmowego, sztuki. Lista zamówień jest długa. Chcesz mieć ramę Pegoretti, musisz czekać.

 

 

Przyjaźń trwająca lata – Pietro Pietricola uwielbia swojego szefa Dario Pegorettiego

 

Poszukiwanie prawdy

 

Zawracamy, zostaje nam jeszcze trochę czasu na filozofowanie, dlaczego ręczna robota jest znowu w cenie. Z powodu jakości, to jasne. Wielu ludzi ma dość rzeczy, które po kilku miesiącach przestają działać. A w naszym społeczeństwie wydaje się wzrastać potrzeba posiadania czegoś wyjątkowego, produktów, za którymi kryje się historia, jaką warto opowiedzieć. To nowe symbole statusu społecznego. Takie jak teczka z ręcznie garbowanej skóry, o której można opowiedzieć, że trzeba ją było odebrać osobiście w najodleglejszym zakątku Europy, wykonana przez rzemieślnika, który nie zwraca uwagi na to, jak wygląda, bo pracuje w swoim wolnym czasie. To coś, czego pożąda dziś zestresowany i zapracowany człowiek, bo on sam nie potrafi już żyć. Pragnie efektu końcowego wyjątkowego procesu, pracy człowieka z charakterem. W dodatku etapy tego rodzaju procesu można w całości prześledzić – poznać rzemieślnika, materiał wyjściowy, warsztat, produkt końcowy. To propozycja dla zagubionych, którzy stracili orientację w zglobalizowanym, skomplikowanym i opętanym kwestią wydajności świecie, dla tych, którzy szukają czegoś elementarnie prostego. Tak jak Dario? Przekonamy się.

 

Gdy w końcu docieramy do Valsugany, doliny na południowym wschodzie Trydentu, przejeżdżamy pod trasą szybkiego ruchu, przez tory, następnie wyboistą, jednokierunkową drogą. Słońce stoi wysoko na niebie, poniżej błyszczą białe szczyty pokryte śniegiem, dolina pozostaje nieporuszona. Skręcamy i zza rogu wyłania się niepozorny napis nad drzwiami wejściowymi „Dario Pegoretti”. Otwiera młody człowiek, Marco. Połyka nas przedpokój. Słońce, góry, śnieg – wszystko zostaje na zewnątrz. Tu rządzi światło neonówki nad niskim stolikiem, niedopałki papierosów tłoczą się na talerzu przy pustej butelce po winie. Obok stoją plastikowe kubki po kawie. Pachnie zimnym dymem, ściany są wysmarowane. Między zdezelowanymi meblami widać dwa głośniki, wszędzie poniewierają się stosy książek, magazynów, katalogów, CD, a wśród nich kilka starych rowerów. Niczym w palarni mieszkania studenckiego.

 

Marco prowadzi nas dalej, do dużej hali, gdzie w tle rządzi radio i jedna z włoskich stacji. W tym momencie na scenę wkracza Dario, wypełnia ją i zawłaszcza. To objawienie. Z ust zwisa mu papieros, zaniedbane włosy są długie i szare. Kiedyś musiał być u fryzjera. Na szerokich ramionach nosi sweter, w którym nie do końca jest jasne, czy kołnierz należy do niego, czy też do koszuli pod spodem. Na nogach ma poplamione jeansy, a bose stopy wyglądają z pantofli.

 

 

Ręczna robota od początku do końca – trzeba naprawić zepsutą maszynę do cięcia stali

 

Dario nienawidzi ciśnienia

 

Pozdrawia nas niskim głosem i mocnym uściskiem dłoni. Kawy? Jasne. Wciska w dłoń Marco monetę i wysyła go do automatu. Obrzydliwa maszyna wypluwa dwa świetne espresso. Dario mówi po angielsku. Gdy jednak zauważa, że nasz fotograf wszystko rozumie, a ja nie tylko rozumiem po włosku, ale i mówię, natychmiast przechodzi na swój ojczysty język. „Ma Heidi”, będzie ciągle powtarzał, i „parla Italiano!”, gdy dla wygody przechodzę na angielski.

 

Poza Dario i Marco są też z nami Pietro i Diego. We czwórkę tworzą firmę „Dario Pegoretti”. Dario wyjaśnia krótko, że zawsze jest zbyt dużo roboty. „Klienci chcą natychmiast i myślą, że wszystko można kupić”. A on, Dario, nienawidzi ciśnienia.

 

Czas się rozejrzeć, wracamy do palarni. Wisi tu, obowiązkowa w warsztatach, goła panienka, oczywiście stylowa. Wsiada właśnie na siodełko Brooksa. Poniżej, na komodzie, otwarty list. Jakiś fan ośmielił się napisać do Dario i wysłał mu CD Jaco Pastoriusa. Na ścianie, na dużej tablicy, widnieje napis… „Dario jest: 1. zły, 2. materialistą, 3. został zrujnowany przez rodzinę z Werony, 4. niepokorny”. I dalej: „Dario 1. złamał serce swojej matce, 2. wzbudzał tylko gniew, 3. chciał wszystkiego, 4. chciał być mechanikiem, choć rodzina wolałaby, żeby został nauczycielem”.

 

 

Dario Pegoretti szkicuje projekt ramy na kuchennej serwetce

 

I znów jesteśmy w hali, gdzie nikt nie zwraca na nas uwagi. Nie ma śladu ciśnienia, o którym wspominał Dario. Pietro, bez specjalnego zaangażowania, próbuje znów naprawić maszynę do cięcia stali i za pomocą magnesu usiłuje wyłowić ułamane koło zębate. „Lavoro di merda”. Gówniana robota. Marco stoi przy stole do budowy ram i spokojnie ustawia rury, które złożą się na ramę ze stali. Docięcie, piłowanie, przyłożenie, jeszcze raz docięcie, piłowanie, przyłożenie, cięcie, piłowanie, przyłożenie...

 

Dario szuka okrągłych, przezroczystych nalepek, które nakleja, by chronić lakier gotowej ramy w miejscach montażowych, takich jak małe, gwintowane otwory na koszyk na bidon. A Dario, z petem w jednej dłoni i akrylowym mazakiem w drugiej, siedzi obok ramy i maże po niej. Właśnie tak, maże. Nie maluje, nie rysuje, tylko maże, jak duże dziecko. Jest z siebie dumny i całkiem poważnie stawia jedną kreskę obok drugiej. Jakby miał plan znany tylko sobie. Na nosie okulary w ciemnych oprawkach. Łańcuszek od okularów zwisa mu przed oczami. Pełna koncentracja. Wszystko przebiega paraliżująco wolno. Czy to perfekcja, która nie pozwala na pośpiech? Czy ta mała różnica, o której rozmawialiśmy wcześniej w samochodzie? Wartość dodana – efekt skupienia i dokładności?

 

 

 

Precyzja – nierówności lakieru, które da się zauważyć, są usuwane za pomocą papieru ściernego

 

Ramy niedostępne dla rodaków

 

Diego i Pietro całą wieczność patrzą na widelec, na którym chcą doszukać się niedoskonałości wykończenia lakieru. „Trzeba to zrobić jeszcze raz”. „Mam mało niemieckich klientów” – mówi Dario w tle, bez związku – „u nich jeden plus jeden to zawsze dwa, wszystko widzą tylko od technicznej strony. A w życiu nie wszystko da się zmierzyć”… Dario nie przejmuje się kwestią uprzejmości. Sprawia wrażenie nie tylko mało zadbanego, ale też opryskliwego. Pasuje do tego informacja z jego strony internetowej – wita odwiedzających komunikatem, że nie obsługuje klientów z Włoch. Dlaczego?! Mają zbyt wiele do powiedzenia na temat jego rzemiosła. Nie jest w stanie tego ścierpieć. Klient może wybrać tylko styl lakierowania, nic więcej. Indywidualizm do kwadratu. Za to rama dopasowana jest we wszystkich szczegółach do wymiarów klienta. To jest właśnie jakość.

 

A jak wygląda historia? Zostaje opowiedziana krótko. Dario, gdy był młody, chciał się ścigać i szukał pracy, w której mógłby zarabiać pieniądze. W ten sposób w 1975 roku rozpoczął pracę u swojego późniejszego teścia, budowniczego ram Gino Milani. Z kariery zawodniczej nic nie wyszło, za to zakochał się w budowaniu ram. Miłość trwa do dziś. Zakochanie to dla niego pożądanie, pasja, poświęcenie, także trochę upór. Historia kryjąca się za jego ramami to obietnica. Obietnica kupienia ramy od faceta, który łamie biznesowe zasady i który zdecydowanie nie chce, by jego firma się rozrosła. Ograniczone oferty. Hand made in Italy. Obietnica ta kusi klientów nawet z Tajwanu… Godzina 16.40, koniec pracy dla Mario, Diego i Pietro.

 

 

Pegoretti jest w Europie jednym z pionierów spawania WIG (Wolfram Inert Gas)

 

Tajemnica sukcesu 

 

Godzina 20.00. Jesteśmy umówieni z Dario na kolację. Przychodzi spóźniony 20 minut i wygląda, jakby dotarł tu bezpośrednio w warsztatu – ten sam pulower, spodnie, te same buty. Jego palce i paznokcie są wciąż czarne. W czym tkwi tajemnica sukcesu firmy? „Nie wiem”. Pauza. „Dobra stal – mówi Dario – to problem”. Columbus, włoski producent stali, zmniejsza produkcję. Trudno dostać materiał na więcej niż 300 ram. Jeden z pracowników musi bez przerwy zajmować się poszukiwaniem stali. Dario trochę jeszcze marudzi na temat wszystkich podatków, które musi oddawać państwu. Pytamy, na czym polega problem włoskich budowniczych ram. „Starzy umierają. Im chodziło jeszcze o ramy. Młodym chodzi tylko o pieniądze” – odpowiada bez zastanowienia. „Tak naprawdę nie jest jednak aż tak źle. Włosi lubią narzekać”.

 

Kolejny dzień. Gdy się pojawiamy, wszyscy są już przy pracy. Poza Pietro, nie ma go, poszedł oddać krew. Oglądam dokładniej typy ram. Zwracam uwagę na trzy największe różnice. Z tyłu. Dario wyjaśnia, że jedna z nich to wariant wczesny (w niej haki są niewielkie i zgrabnie otaczają oś), kolejna, z mufą, jest późniejsza (także skromnie zbudowana), a najgrubsza jest też najnowsza, w niej stalowe rury chwytane są stalowym półokręgiem. W warsztacie zaczyna unosić się zapach niczym nagrzanego garnka do fondue. Pietro wraca i zaczyna spawać. Spawanie to jego królewska dyscyplina, zadanie jego albo Dario.

 

Przerwa obiadowa. Każdy przyniósł swoje jedzenie, poza Dario, który wycofał się do palarni, wysoko podnosi nogi, zamyka oczy i słucha muzyki. Odgrywa ona w życiu Dario istotną rolę. Nawet ramy nazywa na cześć utworów. Na przykład „Wish you where here” Pink Floyd. Inni siedzą w kuchni wokół stołu z plastikowym obrusem, oświetleni bezlitosnym neonowym światłem.

 

 

Pegoretti nie maluje, on maże ramy akrylowym sztyftem

 

Dążenie do perfekcji

 

Czas, by także ich spytać, w czym tkwi tajemnica sukcesu Dario. Wszyscy są zgodni, że to jego doświadczenie. Mimo pomiarów, obliczeń i programów komputerowych potrzebne jest doświadczone oko. I znów powraca motto – życie nie składa się tylko z liczb. Dario chętnie poleca swoim klientom model ramy niezgodny z ich życzeniami. Bo to, czego jest pewien, to fakt, że jeden ma raczej sportowe, a inny raczej komfortowe predyspozycje. Ktoś, kto jeździ dla przyjemności, będzie bardziej zadowolony z geometrii komfortowej. Inaczej niż ten, który ma ambicje sportowe.

 

Zjawia się Lorella. Dario wcześniej nie wspomniał o niej nawet słowem. Jego przyjaciółka. Od dawna już nie jest w związku z córką byłego mistrza budowy ram. Jak się żyje z Dario? „Ciężko” – odpowiada cicho. Milcząca osoba o delikatnym uścisku dłoni. „Żyje w swoim warsztacie i swoim biurze” – mówi – „także w weekendy”. „By móc pracować w spokoju” – władczo uzupełnia Dario i zaciąga się papierosem – „przede wszystkim by zająć się papierami”. Na ścianie wisi tabliczka: „palenie zabronione”…

 

I wówczas Dario mówi coś jeszcze, o perfekcji. Piękne jest w niej to, że nigdy nie zostanie osiągnięta, ale zawsze i bez przerwy można do niej dążyć. W tym momencie już wiem. Dario i jego koledzy dają rzeczom czas; opierają się uparcie pośpiechowi i to z oddaniem. Wydajność i wzrost nie mają tu znaczenia, tylko precyzja. Prawdopodobnie dlatego, że dążą do perfekcji.

 

 

Tylko jeden egzemplarz - polakierowana rama czeka na finalny montaż

 

 

 

Dario Pegoretti zaczął budować ramy w warsztacie swojego późniejszego teścia Gino Milani w roku 1975. W 1991 założył własną firmę, a od 1998 sprzedawał ramy pod własną marką. Do jego klientów zaliczali się zmarły już aktor Robin Williams czy muzyk Ben Harper. W 2007 Pegoretti zachorował na raka węzłów chłonnych. Firma obecnie sprzedaje rocznie ok. 250 ram. Dario Pegoretti zmarł w Wronie w 2018 roku.

 

Info: dariopegoretti.com

Komentarze do artykułu