Sztuka rzemieślnika: Irio Tommasini

Kiedyś włoscy budowniczowie ram byli sławni. Wraz z rosnącym zainteresowaniem karbonem ich znaczenie spadło. Niektórzy działają jednak dalej i sprzedają swój sprzęt znawcom. Tak jak Irio Tommasini i jego rodzina. Odwiedziliśmy go w Grosseto.



 

Ręczna robota - nawet zamówienia w Tommasini wypisywane są wciąż ręcznie!

 

 

Irio Tommasini

 

To jego królestwo. Nie na górze, między biurkami drugiego piętra, jasno rozświetlonego palącym słońcem południowej Toskanii. Nie, ono jest tutaj, w zdecydowanie ciemniejszym warsztacie, pośród żelaznych wiórów, hałasu maszyn i języków płomieni z lutownic.

 

Irio Tommasini, przyciemniane okulary, wypielęgnowana łysina z wiankiem włosów, żyje w tym niskim, betonowym budynku, stojącym na typowym, włoskim terenie przemysłowym. Na skrzyżowaniu, za powierzchnią zielonej trawy, z której ciągle połyskują obrzydliwe, brunatne plamy. Asfalt na drodze i chodniku jest popękany, a okna budynku zakratowane. Wokół niego wiją się pasy z trochę wyblakłej farby: niebieski, żółty i czerwony. Przed budynkiem parkuje samochód firmowy ze źle naklejoną folią – Stile e passione dal 1948 – Pasja od 1948 roku.

 

Budynek, włoska budowa ram, stal jako materiał, Tommasini – właściwie wszystko to już od dawna uważane jest za przestarzałe. A jednak trwa. Ponieważ istnieją nie tylko wielbiciele tradycyjnie wytwarzanych włoskich ram jak Irio Tommasini i jego rodzina, ale i kupujący. Nie chodzi przy tym o gramy, lecz o coś całkiem innego.

 

Firma Tommasini to założyciel Irio i pięciu pracowników: jego córki Barbara i Roverta oraz ich mężowie Alessandro Malentacchi i Valfrido Migliorini. Serce to jednak wciąż Irio. To on uczył się u legendarnego budowniczego ram Giuseppe Pelà (nazywano go magikiem, il mago). Artykuł w ramce, poświęcony Peli, wisi na ścianie. Z rodziny Irio nikt inny nie pracuje przy produkcji ram, przejęli to pracownicy i, czasami, jeszcze sam 80-letni już szef senior.

 

Oczywiście, nie jest tak, że Tommasini stawia tylko na stal jako materiał. Także tu dostępne są przygotowywane na miarę ramy z karbonu i tytanu, jak i modele ze stali i karbonu. Nie ma przymusu lubienia ich. Nie jest też tak, że zna się tu tylko geometrie ze złotych czasów włoskiej budowy ram. Pośród wszystkich tych rowerów w oczy rzuca się jednak tylko jeden – elegancki klasyk, z wąskimi rurami i chromowanymi mufami o nazwie „Tecno”.

 

 

Porządek - stalowe rury na ramy pochodzą od włoskiej firmy Columbus

 

 

Zdjęcie miary

 

W związku z tym, że Tommasini produkuje ramy na miarę, realizacja zamówienia zaczyna się na pierwszym piętrze od roweru fittingowego. Wygląda trochę jak posunięty w latach domowy trenażer – kanciasta rama ze wszystkimi możliwymi regulacjami stoi przed lustrem. Tu zdejmuje się wymiary: długość tułowia, nóg i ramion. Klient sadzany jest na rowerze, wszystkie długości i kąty zostają do niego dopasowane. Nie z pomocą komputera, kamery i zaawansowanej techniki, ale za pomocą śrub, miarek i regulowanych kątów, i przede wszystkim spojrzenia Irio. O to przede wszystkim przecież chodzi – o doświadczenie. Irio notuje wszystko ołówkiem w formularzu. W końcu użyty zostaje komputer, na podstawie danych tworzy rysunek techniczny.

 

Idziemy do warsztatu. Z parteru do piwnicy, gdzie ukryta jest duża podziemna hala. To tu się szlifuje, lutuje, spawa, mierzy i tnie. Jest głośno i brudno. Ściany po jednej stronie pełne są regałów, na których leżą rury o różnych grubościach, długościach i kształtach. Pochodzą od włoskiego Columbusa, producenta wyspecjalizowanego w rowerowych rurach. Do „Tecno” użyty został „Nivacrom”. Po drugiej stronie ramy wiszą aż po sufit. Przed nimi stoją koszyki na zakupy. Niektóre są puste, w innych znajduje się wybór rur. Wygląda to trochę jak stary sklep z artykułami żelaznymi, w którym można było kupić na sztuki gwoździe i śruby. Tyle tylko, że gwoździe i śruby to tutaj części roweru – rury dolne i górne, elementy tylnego trójkąta, rury sterowe, mufy i haki. Mufy są wytwarzane specjalnie dla Tommasini przez firmę ze Sienny.

 

 

Oczekiwanie - haki zostały pięknie posortowane zgodnie z ich przeznaczeniem

 

 

Warsztat - wrażenie prowizorki jest mylne. Każdy wie, gdzie znajdują się poszczególne części

 

Pośród tego wszystkiego majsterkuje Marco. Przekształca wypisane ręcznie zlecenia w ramy. Irio nie robi już tego codziennie. Jest zbyt stary. Poza tym ma artretyzm i musi przyjmować kortyzon. „Stałem się gruby” – dodaje – i głaszcze się przy tym po brzuchu, uśmiechając. Poza tym miał przed paru laty wypadek i w 2013 po raz pierwszy w ogóle nie usiadł na rowerze.

 

Marco wykuwa młotkiem numer seryjny na gotowej ramie, najpierw cyfry odpowiadające modelowi, później miesiąc, w końcu rok. Następnie idzie po nowe zamówienie, wiszące na ścianie, przyciśnięte deską. Najwięcej z nich dotyczy „Tecno”.

 

Gdy wyszuka właściwe rury, na niezliczonych regałach, idzie do maszyny do przycinania. Gdy robi to, co zlecił komputer, w hali robi się głośno. W końcu wszystkie rury mają właściwą długość, a końce są tak przycięte, że dają się połączyć w wyjątkową ramę. Marco układa je prowizorycznie, obraca i napina, kontroluje i mocuje. Stół wygląda trochę jak mechaniczna istota, która wkrótce gotowa byłaby wypluć gotową rowerową ramę, z małymi czarnymi kółkami, kluczami płaskimi, podnośnikami.

 

Rury muszą zostać polutowane ręcznie. Teraz pora na Irio. Ramę pokrywa minerałem, zwanym boraks, by ją chronić. Jest całkiem biała. Potem naciąga ciemne okulary na swoje zwykłe. Wyglądają jak przeciwsłoneczne, ale mają specjalne szkła. Irio sięga po palnik i lut (stop ołowiany lub srebrny) i już syczy płomień: niebiesko, czerwono, żółto, zielono. Lut zaczyna się topić. Rury żarzą się. Na podstawie ich koloru można rozpoznać, kiedy zostaje osiągnięta właściwa temperatura. Jest to naturalnie tajemnica firmy.

 

Irio lutuje między rurą górną i podsiodłową, dolną i sterową, tyłem i widełkami podsiodłowymi. Gdy wszystko trzyma się razem, mocuje ramę raz jeszcze na stole za środek suportu i nastawia. Rura, której do tego używa, wygląda jak kij od miotły. To robota na milimetry. Dla laika nie do ogarnięcia. Także widelce są podukowane na miejscu. Czekają gotowe w długim rzędzie, zawieszone na rurze do ogrzewania.

 

Rama właściwie byłaby gotowa, ale jej błyszcząca stal jest jeszcze zeszpecona niebiesko-brązowymi smugami. By je usunąć, najpierw ramę zanurza się w kwasie, potem neutralizuje wapnem, zanim wszystko ponownie zostaje umyte. Następnie używana jest maszyna do piaskowania i Irio koryguje ostatnie detale za pomocą ręcznego pilnika. W końcu rama jest jeszcze chromowana, by chronić ją przed rdzą.

 

 

Nalepki - na tym stanowisku nanoszone są napisy, później kryte lakierem

 

Własne imię na ramie

 

Oczywiście każdy klient może wybrać indywidualny wzór i malowanie. Wcielanie życzeń w życie to zadanie Paulo. Pracuje w masce na usta w zamkniętym szklanym pomieszczeniu, lakieruje i wypieka. „Szczególnie ulubione są obecnie kolory biały i czerwony” – objaśnia preferencje klientów – „zawsze też na ramę wędruje własne imię.”

 

Przedsiębiorstwo Tommasini wytwarza w ciągu roku około 1600 unikatowych ram. Sztuka na miarę kosztuje ok. 1500 euro (model Tecno), włącznie z widelcem. Rama waży równe 1,5 kg, bez widelca. Zleceniodawca musi czekać od ośmiu do dziesięciu tygodni, zanim będzie mógł swoją wykonaną na zamówienie ramę trzymać w rękach. Około 70% klientów zamiawia tylko ramy, choć dostępne są i kompletne rowery. Kolejne 70% z nich ramy stalowe. Wysyłane są przede wszystkim do Azji, ale od niedawna także w większych ilościach do Niemiec i Wielkiej Brytanii.

 

Na górze, znów w biurze, Irio przynosi swoje skarby. To stare zamówienia od słynnych kolarzy, takich jak Włoch Mario Cipollini. W latach 80. siedem razy zamówił identyczną ramę, tyle że w różnych kolorach. Poza tym w latach 90. na jego ramach jeździł Paolo Bettini. Były nielakierowane, bo team Bettiniego jeździł na ramach innej marki.

 

Jaki materiał Irio Tommasini lubi bardziej? Karbon czy stal? „Karbon” – odpowiada i zaprzecza tym samym podnieceniu, które bije z jego oczu, gdy lutuje stal. Uzupełnia – „Karbon jest sztywniejszy i lżejszy, ale za to stal bardziej komfortowa, bo bardziej miękka. I żywotniejsza”. W tym momencie jego córka Barbara jest tego samego zdania. Szczególnie upodobała sobie stal. Dostrzegła rynkową niszę, trend retro.

 

Właściwie nie trzeba było pytać. Wystarczyło tylko rzucić okiem na ich zegarki… Irio nosi wykonany z karbonu, Barbara stylowy i klasyczny.

 

 

Galeria widelców- także widelce Tommasini wytwarza sam. Tu czekają na swoją kolej

 

 

Zięć Tommasiniego Alessandro Malentacchi (po prawej) z Marco, jednym z pracowników, w warsztacie

Komentarze do artykułu