Emonda

Wywiad: Fiona Kolbinger „TRZYMAM SIĘ ZASAD”

Fiona Kolbinger dorastała z dwojgiem rodzeństwa w Wachtbergu nieopodal Bonn. Już jako dziecko intensywnie uprawiała sport, m.in. pływanie, szermierkę, gimnastykę i bieganie. W 2012 rozpoczęła studia medyczne w Heidelbergu, gdzie organizowała też zawody triathlonowe na olimpijskim dystansie oraz przebiegła dwa maratony. Swoją pierwszą długodystansową trasę, 1400 km brevet na trasie Londyn – Edynburg – Londyn, przejechała w 2017 roku. To właśnie tam dowiedziała się o Transcontinental Race, który w 2019 pokonała w 10 dni, 2 godziny i 48 minut, wygrywając go jako pierwsza kobieta w historii. Przewaga nad najszybszym mężczyzną wynosiła ponad dziesięć godzin. Kolbinger jest lekarką, obecnie robi specjalizację w zakresie chirurgii jamy brzusznej.



Transcontinental Race to samodzielny, długodystansowy (ponad 4000 km) wyścig przez Europę. W tym roku, po raz pierwszy w historii, zwyciężczynią została kobieta, Fiona Kolbinger z Drezna. 24-latka opowiedziała nam swoją nadzwyczajną historię.

 

TOUR: Jechała Pani niemal nieprzerwanie przez ponad dziesięć dni i nocy, w sumie 4000 kilometrów. Udało się przez cały ten czas zachować pełną koncentrację?

 

KOLBINGER: Tak. W każdym momencie mogłabym zdzwonić się z moim szefem i negocjować warunki umowy.

 

Jeszcze dwa miesiące temu Pani nazwisko było w środowisku zupełnie nieznane. A teraz jako pierwsza w historii kobieta wygrała Pani Transcontinental Race. Jak to się stało?

 

To długa historia, która zaczęła się w 2012 roku, równolegle z moimi studiami medycznymi w Heidelbergu. Maturę zdałam, mając 17 lat. Po moim pierwszym państwowym egzaminie medycznym w 2014 roku wskoczyłam na rower trekkingowy i samotnie przejechałam z Heidelbergu do Sztokholmu. 1700 kilometrów w 12 dni. Jak do tej pory był to najlepszy urlop, jaki miałam. Rok później, w osiem i pół dnia, przejechałam wzdłuż Wielkiej Brytanii z Land’s End do John O’Groats. I wtedy moja przyjaciółka zapytała, czy nie myślałam o triathlonie. Przez dwa lata organizowałam zawody na olimpijskim dystansie. A w 2016 roku znów całkiem spontanicznie wsiadłam na rower triathlonowy i ruszyłam z Heidelbergu do Zurychu, 350 km jednego dnia. Po prostu ubzdurałam sobie, że chcę popływać w Jeziorze Zuryskim. Moi przyjaciele stwierdzili, że muszą znaleźć dla mnie wyzwanie, któremu nie podołam tak łatwo i zapisali mnie do Londyn – Edynburg – Londyn (brevet na dystansie 1400 km). I tym oto sposobem w 2017 roku stałam na starcie mojego pierwszego brevetu. Najdłuższy odcinek, jaki przejechałam w tamtym roku, miał 200 kilometrów. A tu nagle spotkałam ludzi, którzy rozmawiali o serii Randonneur, brevetach i innych pełnych przygód ultramaratonach kolarskich. Byłam w szoku. Szok wynikał z tego, jak słabo byłam przygotowana…

 

Ile czasu potrzebowała Pani na pokonanie tej trasy?

 

Około 105 godzin.

 

Czy już wtedy był to dla Pani sygnał, że być może mogłaby się Pani mierzyć z jeszcze dłuższymi dystansami?

 

Nie, wtedy jeszcze nie. Byli jednak ludzie, którzy uważali, że jestem tak mocna, że Transcontinental Race mógłby być dla mnie wyzwaniem.

 

Jak wyglądały Pani przygotowania do TCR?

 

Miałam ogromne szczęście, że wiosną poznałam Björna Lernharda (dwukrotnie na podium TCR, najszybszy w Paris-Brest-Paris w 2015), który bardzo mi pomógł. Björn zaczepił mnie w marcu po kwalifikacjach do brevetu Paris-Brest-Paris. Na dystansie 200 km miałam tam średnią powyżej 30 km/h. Björn zobaczył na Stravie, że przed tym zrobiłam w sezonie dopiero 200 km i chciał się upewnić, czy to prawda. Doradzał mi w kupnie roweru i dał wiele różnych wskazówek dotyczących np. żywienia po drodze albo jak się zachowywać wobec psów.

 

To nadzwyczajne, że po zaledwie 200 kilometrach treningu potrafiła Pani utrzymać średnią prędkość na poziomie 30 km/h. Trenowała Pani coś jeszcze?

 

W styczniu i lutym przygotowania do trzeciego egzaminu państwowego praktycznie uniemożliwiły mi jakiekolwiek treningi. Później biegałam dwa do czterech razy w tygodniu, przy czym były to dystanse  pięcio- maksymalnie dziesięciokilometrowe. Prawdziwy trening pod kątem TCR rozpoczęłam dopiero w połowie maja. Wtedy miałam już więcej czasu i dużo pedałowałam.

 

Fiona Kolbinger z rowerem

 

„Przejechałam w sezonie 200 kilometrów, aż tu nagle spotykam ludzi, którzy rozmawiają o brevetach po 1000 km!”

 

 

TCR był Pani pierwszym samodzielnym wyścigiem?

 

To był mój pierwszy wyścig kolarski w ogóle. Tak naprawdę to, że TCR może być  dla mnie wyścigiem, dotarło do mnie dopiero po 250 kilometrach na pierwszym punkcie kontrolnym. Zapytali mnie, czy wiem, które mam miejsce. Myślałam, że może gdzieś koło dwudziestego, a jednak byłam szósta. Następnego dnia dojechałam do checkpointu czwarta i ruszyłam z trzeciej pozycji, bo Björn musiał się wycofać. Nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Myślałam, że to przecież niemożliwe.

 

Jak szybko było?

 

Z reguły około 27 km/h.

 

Kiedy uświadomiła sobie Pani, że zwycięstwo w TCR jest realne?

 

Piątego dnia w Austrii. Około 6 rano ujrzałam przed sobą tylne światło. GPS-Tracker informował, że to Jonathan Rankin. Jedyny kolarz, który jeszcze jechał przede mną. W chwilę po tym światło znikło. Przy następnej aktualizacji lokalizatora GPS okazało się, że jestem przed Jonathanem. Łańcuch mojego roweru rozpaczliwie domagał się smarowania. Na najbliższej stacji benzynowej szybko zabrałam się za smarowanie i równocześnie patrzyłam, czy Jonathan mnie nie wyprzedza. On jednak nie nadjechał. W momencie kiedy odjeżdżałam, na lokalizatorze GPS nie było już jego punktu. Jak się później okazało, Jonathan zrezygnował w chwili, w której widziałam jego światło.

 

Jak wygląda kwestia utrzymania higieny podczas TCR? Jak często można było się przebrać?

 

Dwukrotnie wzięłam prysznic w pełnym rynsztunku. Ciuchów nie zmieniałam w ogóle. Jeśli chodzi o higienę ciała, to podczas tras długodystansowych nieocenioną pomocą są mokre chusteczki.

 

A sen, gdzie Pani spała?

 

Trzeciego dnia na północy Serbii nocowałam w jakimś hotelu, siódmego dnia we francuskich Alpach. Pierwszą noc spędziłam w trawie jakiejś rabatki. Druga noc minęła mi w serbskiej drewnianej chatce na parkingu stacji benzynowej. Niestety panował tam duży ruch, dlatego przespałam tylko dwie godziny. W Meran chciałam przespać się w hotelu, ale o wpół do drugiej w nocy nie udało mi się do niego dostać. Na szczęście w ogrodzie stała huśtawka, a na niej była gąbka. I tam się przespałam. Raz położyłam się przed drzwiami wejściowymi jakiegoś domu. O w pół do trzeciej wróciła właścicielka i oczywiście bardzo się przestraszyła na mój widok. Później chciała mi dać jedzenie na drogę, ale niestety nie mogłam go przyjąć.

 

Dlaczego nie?

 

Outside help – pomoc z zewnątrz. Byłoby to złamanie zasad kodeksu TCR. Nie można przyjmować żadnej pomocy z zewnątrz.

 

Reguły są naprawdę tak ostre, że nie można przyjąć od nikogo jedzenia, nawet zwykłego spontanicznego poczęstunku?

 

Oczywiście, nikt by tego nawet nie zauważył, gdybym wzięła jakąś bułkę. Ale trzymam się zasad. Zakładam, że pozostali uczestnicy także ich przestrzegają, bo tylko wtedy konkurencja jest fair. Dlatego postępuję tak samo.

 

A utrzymywanie kontaktu telefonicznego, bądź przez media społecznościowe, z rodziną czy przyjaciółmi, też jest niedozwolone?

 

To można. Wysyłałam selfie i meldowałam, co u mnie. Natomiast już nie w porządku byłoby, gdyby moja rodzina przekazywała mi informacje o następnej stacji benzynowej.

 

Sama w środku nocy, w śpiworze, gdzieś na serbskiej stacji benzynowej!? Nie bała się Pani?

 

Nie. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to ryzykownie. Ale tam było mnóstwo ludzi, ciągle przejeżdżały jakieś busy. Gdybym tylko zaczęła krzyczeć, z pewnością ktoś by mi pomógł.

 

Ile godzin dziennie spędzała Pani na rowerze? Jak długo Pani spała?

 

Według wskazań Stravy jechałam 19 godzin dziennie. W ten sposób pokonywałam 410-420 kilometrów jednego dnia. W hotelach, z racji na lepszą jakość snu, spałam około pięciu godzin, poza nimi trzy do czterech.

 

Czy ze względu na zmęczenie rozważała Pani zażywanie np. kofeiny w tabletkach?

 

Nie. W formie tabletek stawiłoby to niejako formę dopingu. Miałam jednak i stosowałam żele zwierające kofeinę. Chodziło o dostarczenie energii, a nie o pobudzenie.

 

Czy w przeciągu tych dziesięciu dni pojawiły się jakieś niedomagania, dolegliwości?

 

Ostatniego dnia w Bretanii bolało mnie kolano, może nie jakoś bardzo, ale czułam je. Oczywiście po dziesięciu dniach w siodle tyłek dostał… w tyłek. Ale w przeszłości bywało gorzej.

 

A sposób odżywiania?

 

Tak normalny, jak to tylko było możliwe. Na trasie nawigacji zaznaczyłam sobie supermarkety z godzinami otwarcia. Najczęściej kupowałam banany, kaloryczne napoje (Cola, mleko, mleko czekoladowe i kefir), żelki, czekoladę. Przed supermarketem wypijałam litr mleka, a do kieszeni koszulki pakowałam tyle prowiantu, ile tylko wlazło. Jadłam przede wszystkim w czasie jazdy. I myślę, że to był kolejny klucz do sukcesu. Moje przerwy były ekstremalnie krótkie. Ani razu nie zawitałam do żadnej restauracji.

 

A gdyby pojawiły się jakieś poważniejsze problemy medyczne?

 

Na bóle stawów miałam ibuprofen. I w związku z bolącym kolanem ostatniego dnia rzeczywiście z niego skorzystałam. Poza tym tabletki przeciwalergiczne i przeciwbiegunkowe. Żadnych z nich na szczęście nie potrzebowałam. A gdyby stało się coś poważniejszego, to i tak musiałabym trafić do szpitala.

 

Jest Pani lekarzem. Czy znajduje Pani zatem jakeś medyczne wyjaśnienie, powód własnej ponadprzeciętnej wydolności fizycznej?

 

Trudno powiedzieć. Myślę, że to wypadkowa talentu, ambicji, być może większa odporność na ból i fakt, że jazda rowerem oraz zwiedzanie świata sprawiają mi niesamowitą przyjemność.

 

Czy oznaki tego talentu dało się zauważyć już wcześniej, np. podczas zawodów triathlonowych?

 

Jeśli chodzi o to, że przy niewielkim nakładzie czasu poświęconego na trening udawało mi się osiągać niezłe wyniki, to tak. Chociaż tak jak mówię, to były jakieś środkowe miejsca stawki, żadnych spektakularnych sukcesów nie miałam. Przynajmniej w kolarstwie byłam stosunkowo dobra, ale to wciąż było za mało, żeby myśleć o 10% najszybszych.

 

A co Pani czuła, docierając do Brest?

 

Meta była skromna, usytuowana w schronisku młodzieżowym. Organizatorzy musieli mnie pilotować do tylnego wejścia, ponieważ główne było zablokowane przez dziennikarzy. To było uciążliwe. W ogóle ostatnie 80 kilometrów było bardzo męczące. Między czwartą a ósmą rano dziennikarze jadący w samochodzie obok mnie niemalże wciskali mi swoją kamerę w twarz. Najgorsza sytuacja miała miejsce w piekarni. Jestem głodna jak wilk, kupuję sześć croissantów, aż tu nagle wyrasta przede mną trzech dziennikarzy i robią mi zdjęcia. Dałam im do zrozumienia, że tak nie można, że ich zachowanie jest lekceważące.

 

Po dojechaniu do mety zamieszanie medialne jeszcze przybrało na sile. Nagle wyścig, którym praktycznie nikt się nie interesował, stał się tematem numer 1 dla dużych mediów z całego świata…

 

W tym miejscu chcę podziękować i pochwalić organizatorów TCR. W bardzo profesjonalny sposób zajęli się 95% zapytań i przefiltrowali te ważniejsze. Wtedy rozmawiałam już z najważniejszymi mediami, m.in. BBC i CNN. Udzieliłam 15-20 wywiadów. To było naprawdę ekscytujące.

 

A więc rozumie Pani, skąd tak duże zainteresowanie Pani osobą?

 

Oczywiście. To raczej niespotykane, żeby kobieta wygrała taki wyścig. Ale o co tak naprawdę chodzi w TCR? Trzeba radzić sobie z brakiem snu, dobrze zaplanować trasę, naprawiać swój rower i podejmować spontaniczne decyzje, dotyczące np. tego, czy zatrzymujemy się w najbliższym sklepie, czy ciśniemy dalej. Cechy uwarunkowane płciowo, jak np. poziom testosteronu czy siła mięśni, nie odgrywają głównej roli. Czuję się dumna, będąc pierwszą zwyciężczynią TCR. Ale moja wygrana nie jest sensacją, jak lubi się to często przedstawiać.

 

Czy gdyby w związku z wygraną w TCR pojawiły się jakieś propozycje umożliwiające finansowanie życia z jazdy na rowerze, przynajmniej tymczasowo, zawiesiłaby Pani swoją karierę medyczną?

 

Nie. Jeśli trzeba jeździć po to, żeby osiągać wyniki, to natychmiast pojawia się presja, a sport przestaje być już hobby. W ostatnim czasie pojawiały się zapytania sponsorskie, co mnie zresztą bardzo cieszy, bo do tej pory całe rowerowe wyposażenie finansowałam z własnej kieszeni. Ale nie mam żadnych wątpliwości, w jakim celu studiowałam medycynę. Chcę zostać chirurgiem. I to są moje marzenia.

 

Rozmawiamy dziesięć dni po zakończeniu TCR. Jutro stratuje Pani w 1200 km brevecie Paryż – Brest – Paryż. Ostatnimi dniami też kręciła Pani z Brest do Paryża. Co musiałoby się stać, żeby Fiona Kolbinger nie miała już ochoty wskoczyć na rower?

 

Nie mam pojęcia. Kolarstwo jest dla mnie synonimem wolności.

 

A może to już nałóg?

 

Nie. Ale na pewno źródło dużej radości.

 

Fiona Kolbinger cywilnie

 

„Moja wygrana nie jest sensacją, jak lubi się to często przedstawiać”

 

 

TRANSCONTINETAL RACE

 

Transcontinental Race to samodzielny wyścig przez Europę rozgrywany od 2013 roku w formie indywidualnej jazdy na czas z nieustannym pomiarem. Miejsca startu i mety zmieniają się każdego roku. Uczestnicy samodzielnie wybierają trasę, ale muszą przejechać przez ustalone punkty kontrolne (checkpoint) i wyznaczone odcinki. Reguły mówią m.in. o zakazie przyjmowania pomocy z zewnątrz i zabraniają jazdy za kimś. Wszystkie noclegi, zakupy i naprawy muszą być zorganizowane we własnym zakresie. Nie wolno korzystać z pomocy z zewnątrz. W 2019 roku do startu w TCR w Burgas, na bułgarskim wybrzeżu Morza Czarnego, stanęło 263 uczestników, wyścig finiszował we francuskim Brest na wybrzeżu Atlantyku.

 

INFORMACJE - transcontinental.cc

 

Komentarze do artykułu