WYWIAD: GRZEGORZ GOLONKO – Trzeba uciekać do przodu

Z Grzegorzem znamy się od dawna. Tak długo, że pamiętam początki jego kariery juniorskiej w latach 90. Wówczas próbował swoich sił w Polsce i za granicą, by następnie dać się poznać jako jeden z organizatorów imprez rowerowych. Po latach wrócił do ścigania, i to jak, z przytupem! W Poznaniu został Mistrzem Świata Masters (start wspólny) federacji UCI.



Rozmawiamy w biegu. Choć to połowa listopada, Grzegorz Golonko pracuje już nad kolejnym sezonem. Poruszamy temat wyścigów szosowych, jakie szykuje w 2020 roku. Ma dla mnie pół godziny, potem obowiązki rodzinne. Błyskawicznie przechodzimy do sedna.

 

Tour: Trudno jest zostać mistrzem świata amatorów?

 

Grzegorz Golonko: Trudno. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że przygotowując się do startu, nie jeździłem na rowerze… Jest też praca zawodowa. Na osiem tygodni przed Mistrzostwami Świata byłem tam, gdzie nie powinienem, po tygodniu niejeżdżenia na rowerze i po tygodniu zasuwania na nogach w Sudetach. Po sześciu dniach kompletnego niewyspania i niedojadania. W tamtym momencie średnio wierzyłem, że to jeszcze w ogóle jest realne.

 

Rozumiem, że plan na roztrenowanie był wcześniej?

 

W poprzednich latach, jak trwała impreza Sudety MTB Challenge, zawsze miałem ze sobą rower i używałem go każdego dnia. W czasie Challenge’u udawało mi się po 3–4 godziny potrenować. I to było dobre. Potem schodziłem z roweru, były inne obowiązki i jakoś się to układało. W tym roku nie wyjąłem roweru z bagażnika przez sześć dni. Nie zdążyłem nawet na niego popatrzeć, nie było możliwości. Liczba drobnych elementów, jakie składają się na imprezę, nie pozwoliła mi na trenowanie. Cały czas pamiętałem o mistrzostwach, ale świadomość, że oprócz mistrzostw jest też normalne życie, moje funkcjonowanie jako ojca, męża, była ponad to.

 

Kto przygotowuje ci plany?

 

Robię to sam.

 

Grzegorz Golonko

 

Kiedy postanowiłeś, że akurat te mistrzostwa świata będą imprezą sezonu?

 

Dwa lata temu krążyła już informacja, że będą Mistrzostwa w Poznaniu. Startowałem wcześniej w Mistrzostwach Świata Masters WMCF (World Masters Cycling Federation), gdzie wygrałem start wspólny i na czas byłem trzeci. Tydzień później jechałem w zawodach UCI we włoskim Varese. Rok wcześniej zaliczyłem Mistrzostwa Świata we francuskim Albi. Otarłem się więc o imprezy międzynarodowe. Oprócz tego zawody na Cyprze, w Grecji (wyspy Kos, Rodos) – wygrywane w kategorii Open i w kategoriach wiekowych (40–44 lata), obycie z zawodnikami z międzynarodowego peletonu, to wszystko dało mi nieco szersze spojrzenie na kolarstwo szosowe. Startując w Polsce w takich samych zawodach, nie miałbym szans na podniesienie poziomu sportowego. Wiąże się to nie tylko z wydolnością, poziomem wytrenowania, tu też jest ważna głowa, umiejętność dostosowania się do bardzo zmiennych warunków. Więcej niż połowa sukcesu według mnie siedzi w głowie.

 

Poziom amatorów na świecie jest obecnie wyższy niż w Polsce?

 

W wyścigach, w których startowałem, jeśli chodzi o Francję, Austrię czy Włochy – tak, to zupełnie inne zawody. Jestem za ciężki na góry. Ważę 82–83 kilogramy, jest 6–7 podjazdów, każdy trwa po kilkanaście minut… Niemniej w Varese dojechałem w głównej grupie. Impreza w Poznaniu była płaska i szybka, myślałem też, że może będzie wietrznie. Odpowiadała mi, była skrojona pod moje parametry. Jedyna rzecz, która nie pasowała, to, że było bardzo, bardzo gorąco.

 

Grzegorz Golonko

 

Masz wielu konkurentów na świecie w twojej kategorii? Ilu z tych, których musisz brać pod uwagę, ściga się regularnie?

 

Są zawodnicy z nacji liczących się w peletonie kolarskim, biorąc pod uwagę peleton profesjonalny. Belgowie, Holendrzy, Rosjanie, Niemcy, Włosi, Duńczycy, kilku zawodników z Wielkiej Brytanii. W naszej kategorii startowało ponad 200 osób. Liczba zmieniających się akcji, sytuacji… Nie byłem w stanie przewidzieć do końca, co się może wydarzyć. Eliminacje do mistrzostw też odbywały się w Poznaniu, wygrałem je, w open byłem drugi. W decydującej akcji brał udział Włoch, którego znałem. Oprócz Włocha, Ukrainiec i Japończyk! A wydawałoby się, że Japonia to Shimano, nic więcej. Gdyby ten Japończyk jechał bardziej z głową, to by wygrał. Głowa, umiejętność analizowania, gdy jest grupa, akcje, skoki … Kto zna się na pomiarze mocy, zrozumie – miałem 321 watów NP z 3 i pół godziny jazdy (NP to moc znormalizowana, pozwala oszacować rzeczywiste obciążenie organizmu – przyp. red). Przez pierwsze 90 km starałem się oszczędzać, a potem po kilkudziesięciu akcjach zaczepnych pojechała właściwa grupa. W sumie czterech ludzi. Odkąd zacząłem się ścigać na nowo, po 1,5 dekady przerwy (a już jeżdżę cztery lata), dość często było tak, że potrafiłem skutecznie zafiniszować z małej grupki.

 

Co spowodowało, że cztery lata temu znów zacząłeś jeździć?

 

Dość specyficzna sytuacja. Organizowaliśmy imprezę dla dużej firmy. Kadra zarządzająca wymyśliła rywalizację na 100 kilometrów. Poproszono mnie o pomoc w tej specyficznej realizacji, ruszyłem razem z nimi. Na 20. kilometrze jeden z uczestników zaatakował, doskoczyłem do niego, uciekaliśmy 80 km. To było prawdziwe ściganie, dojechaliśmy. Wygraliśmy. Przez dwa dni po tych zawodach byłem na innej planecie, do normalnego funkcjonowania wracałem jak koń po westernie. W 2015 roku skończyłem 40 lat, dało mi do myślenia, że człowiek siedzący za biurkiem jest w stanie przejechać za mną 80 km i nie strzelić z koła! To mnie zmobilizowało, a że grudzień był wyjątkowo ciepły, zrobiłem 2400 kilometrów, jeżdżąc wyłącznie w Polsce. Potem zaczęły się normalne treningi.

 

Grzegorz Golonko

 

Gdy zacząłeś trenować, to od razu z myślą, że chcesz się ścigać?

 

Tak, wróciły wspomnienia. Wcześniej też miałem dwa czy trzy podejścia, ale nieudane, potem znów wracałem do codzienności. Tym razem postanowiłem, że skoro skończyłem 40 lat, to albo teraz, albo nigdy.

 

Trenujesz sam. Wspominasz o mocy, więc trenujesz z miernikiem. Masz plan treningowy?

 

Na dobrą sprawę zaczynając jeżdżenie, cały czas wracałem do tego, co było 15–20 lat temu, stary schemat, zimą kilometry, czyli baza, siła. Pierwszy rok był dziwny. Zacząłem mocniej działać z Michałem Bogdziewiczem (trener i zawodnik oraz nasz autor i konsultant – przyp. red.), który też wrócił po przerwie do ścigania, a potem założyliśmy BikeAcademy.pl. Okazało się, że na przestrzeni lat trening, forma i zakres mocno się zmieniły, że jest Garmin, TrainingPeaks, pomiar mocy, wykresy… To, co potem proponowaliśmy klientom, w pierwszej kolejności testowaliśmy na własnych organizmach. I tak, dzień po dniu, analizy startowe, treningowe… Dalej szukam, pytam, staram się dopasowywać. Jeden element, który jest niezmienny, to tzw. metoda startowa. Do pewnego momentu robisz wytrzymałość, siłę… a to akurat jest u mnie skomplikowane, bo mieszkam w Warszawie, przełożenie 53x11 jest czasami za miękkie. Do stałego repertuaru weszły więc wyjazdy w styczniu, lutym do Hiszpanii, tam ćwiczenia. Cały czas mnie to kręci. Rodzina też się już trochę przyzwyczaiła. Jeżdżenie ma pokazać moim synom, także zajmującym się sportem, że nic nie przychodzi samo, trzeba ciężko pracować.

 

Grzegorz Golonko

 

Dla ciebie to jest powrót do ścigania po 20 latach?

 

Tak, na dobrą sprawę skończyłem się ścigać w 98 roku. W 99 były jeszcze podrygi, po przyjeździe z Belgii jeździłem w Weltourze Katowice. Potem były maratony, rowery górskie… Zresztą razem jeździliśmy m.in. w klubie Dojlidy Białystok.

 

Ciągnęło cię w stronę szosy?

 

Można powiedzieć, że nie było innej opcji. To największa miłość, i tak zostało!

 

Jak wyglądają twoje plany na przyszły rok po tym sukcesie?

 

Zaczynam na początku grudnia. Gdy się przejeżdża w roku 15 czy 16 tysięcy kilometrów, trudno mówić o roztrenowaniu. Było St. Johann rok wcześniej i Mistrzostwo Federacji WMCF, w tym roku Mistrzostwo Świata UCI ze startu wspólnego. W przyszłym też mistrzostwa UCI, ale w jeździe na czas, w Kanadzie. Jest też start wspólny, ale nastawiam się na jazdę na czas. Zdopingował mnie do tego mój kolega Mirek Wójciak, który powygrywał w tym roku wszystko, co było do wygrania w jeździe na czas, w Polsce i na świecie!

 

Lubisz w ogóle jazdę na czas? Jest to coś zupełnie innego niż start ze wspólnego.

 

Tak, zdecydowanie, tym bardziej, że z Mirkiem kilka razy wygrałem. To taki wysiłek, który w 100% jest zależny od ciebie. To boli. Na starcie wspólnym boli mniej.

 

Uważasz się za starego cwaniaka w peletonie?

 

Może nie za cwaniaka, ale jakieś doświadczenie w tym wszystkim mam. Przejeżdżając kilkaset wyścigów w życiu, wielokrotnie nie dojeżdżając do mety, czasami lądując w rowie, nie kończyłem wyścigu dlatego, że nie miałem siły, tylko dlatego, że pojechałem w nieodpowiednim momencie, z ludźmi, z którymi nie powinienem. Ilość porażek, umiejętność wyciągania wniosków i nauka na błędach kiedyś przyniosą efekt. Starasz się je analizować i myśleć zawczasu z kim, kiedy i w jakim momencie jedziesz, rywalizujesz. Nie zawsze się to udaje. Tak jak było w Poznaniu. Naliczyłem 40–50 akcji, 51. dojechała do mety. Szczęście? Może. Na pewno doświadczenia przynoszą efekt.

 

A nie masz z wiekiem lęków, że ta akcja jest np. zbyt ryzykowna?

 

Analizuję postawy moich kolegów w starszych kategoriach, np. Jarek Chojnacki, 11 lat starszy, a zasuwa. To daje do myślenia. Technikę wypracowuje się z wiekiem. Im jestem starszy, więcej (!) ryzykuję, choć wiem, że nie powinienem. To też oznacza szukanie miejsca w peletonie, jazdę z przodu itd. Takie działanie przynosi efekty. Przez cztery lata nie miałem kraksy, tylko je słyszałem. Trzeba uciekać do przodu!

 

A będziesz startował w swoich wyścigach?

 

Nie!

 

Przeczytaj również:

Gravele:

Wywiad: O kim Anna Plichta mówi z respektem?

 

Grzegorz Golonko

Komentarze do artykułu