Ala ma koła – Historia Różowej Kropki

Transcontinental Race, ponad 4000 kilometrów i ponad 43 tysiące metrów przewyższenia. Jeden z najtrudniejszych wyścigów na świecie. Start i meta na dwóch krańcach Europy, a między nimi cztery punkty kontrolne rozrzucone na kontynencie. „Co boli najbardziej?” – pytam. „Dupa!” – Ala nie podejmuje próby wprowadzenia choćby namiastki suspensu.



Siedzimy na przełęczy Przegibek między Bielskiem a Międzybrodziem. Grzmi. Upały trwają od tak strasznie dawna, że nie pamiętam już, jak wyglądały deszczowe lata. Wilgoć i chłód, już dawno tak nie było. Uczestnicy TCR muszą być przygotowani na każde warunki, łącznie z burzą na wysokości powyżej dwóch tysięcy metrów. Tego wyścigu nie kończy połowa uczestników. Ala ma za sobą dwa. Ukończone! Opychamy się grochówką i drożdżowym ze śliwkami. Długodystansowcy mogą, spalą wszystko.

 

Tour: Dwa TCR-y rok po roku, wymień różnice

 

Alina Kilian: Rok temu byłam kompletnym żółtodziobem. Kiedy w 2016 roku pierwszy raz usłyszałam o tym wyścigu od mojego przyjaciela Emila Sadowskiego, nie miałam nawet szosówki. Uparłam się. Kupiłam rower, wkrótce zmieniłam go na trochę lżejszy. Zrobiłam to bez treningów, bez doświadczenia. Ludzie uważali, że nie bardzo nawet umiałam jeździć na rowerze, zabrałam za dużo rzeczy, a na starcie płakałam ze strachu, bo dopiero wtedy uświadomiłam sobie, na co się porywam. Rok później byłam już przygotowana, wytrenowana, miałam doskonały rower, idealnie zaplanowaną trasę, wiedziałam, na co mnie stać. Plan zakładał ukończenie wyścigu w 16 dni. Ostatecznie zajęło mi to 19, a na drugim punkcie kontrolnym wiedziałam już, że mogę liczyć tylko na status finishera, tam spóźniłam się 7 minut i straciłam prawo do klasyfikacji. Wyścig w 2019 roku był potwornie ciężki. Przez tydzień od ukończenia go tylko jadłam i spałam. Nic poza tym.

 

Jakie rzeczy trzeba zabrać?

 

Jedne spodenki na zmianę, koszulkę, trzy pary skarpetek, narzędzia, śpiwór, hamak, szczoteczkę do zębów, która według niektórych jest fanaberią, i krem z filtrem, który już fanaberią nie jest. Najważniejsze na Transcontinentalu są plastry na tyłek. Jestem farmaceutką i mój patent sprzedałam już wielu osobom. Plaster klejony bezpośrednio na ranę (np. Granuflex, Comfeel), a na to kolejny opatrunek (Cosmopor E), który zapobiega przyklejaniu się tego pierwszego do ciuchów. To ekwipunek konieczny i właściwie wystarczający. Resztę rzeczy zawsze można gdzieś kupić po drodze.

 

Ten tyłek to naprawdę taki problem?

 

Największy. Najczęstszy problem, z powodu którego ludzie wycofują się z TCR. Bolą też kolana. Tak bardzo, że przez pierwsze dni nie da się spać. Potem ból kolan ustaje i właściwie nie wraca. Tyłek za to boli tylko bardziej. Pojawiają się rany, zakażenia. Nikt o tym nie opowiada, bo to jakieś wstydliwe, a to jest właśnie rzeczywistość Transcontinentala – ból dupy!

 

Transcontinental to również jazda nocą…

 

Tak, śpi się wtedy, gdy są do tego warunki i gdy potrzeba snu. To nie zawsze jest nocą. Czasem śpi się w środku dnia na trawie na stacji benzynowej, czasami noc sprzyja jeździe, bo upał za dnia jest nie do wytrzymania i człowiek zaczyna majaczyć. Jazda nocą nie jest straszna. Mam dynamo w przedniej piaście, ładuję nim lampę, nawigację i telefon, a tylną lampkę mam zawsze na baterie paluszki. Ten zestaw daje mi poczucie samowystarczalności. Lubię to. Czasem jazda w nocy to jedyny sposób, by zdążyć. Czasem w takich momentach lubi grzmieć i padać. Tak wyglądała sytuacja na drugim parcourze (zupełnie niejezdny górski szlak) Besna Kobila w Serbii. W nocy wdrapywałam się na zupełnie nieprzejezdny szczyt, we mgle, deszczu i ciemnościach, zjechałam na szosie trasą enduro, bo było mi tak zimno, że nie dałabym rady zejść, po czym po przepięknym asfaltowym zjeździe przekroczyłam o 7 minut limit czasu na punkcie kontrolnym we Vranjskiej Banji.

 

 

Pamiętam relację. Płakałaś…

 

Wyłam! Przeżyłam jakieś załamanie nerwowe. Na pierwszym szutrowym odcinku jeszcze w Bułgarii uszkodziłam kolano. Jechałam na środkach przeciwbólowych, ta wspinaczka przy koszmarnej pogodzie, w nocy, zjazd po kamieniach, zmęczenie, brak snu… Wszystko skumulowało się na tym punkcie kontrolnym. Pocieszała mnie organizatorka wyścigu, a ja nie umiałam się uspokoić. Mój mąż nie był już tak łagodny. Oświadczyłam mu przez telefon, że dla mnie to koniec, że wracam do domu, że to nie ma sensu. Nie przebierając w słowach, wybił mi powrót z głowy. Pozbierałam się i pojechałam dalej.

 

Takie zmęczenie strasznie rzutuje na psychikę. Prawda?

 

Czasem się cieszę, że ten wyścig jest self-support i nikt nie widzi, jak ryczę, jak się drę, jak puszczają mi nerwy, rzucam narzędziami, przeklinam. Rok temu jakieś dzieciaki na podjeździe w Albanii ukradły mi moje bananowe żelki przytroczone do tylnej sakwy, ostatnie żelki dostępne w wiejskim sklepie, moje ulubione, zostawione na nagrodę dla samej siebie za wjechanie na szczyt. Te dzieci chyba nigdy nie słyszały tylu przekleństw po polsku, ile wtedy ode mnie. Nie zamierzałam się powstrzymywać.

 

Długotrwały wysiłek o takim nasileniu jest trudny zwłaszcza dla kobiet. Wariują hormony. To tak, jakby cierpieć na ostrą formę PMS. Czasem jadę i śpiewam pod nosem, pięć minut potem płaczę na widok przejechanej wiewiórki, a dwadzieścia kilometrów dalej chcę zabić wszystkich mieszkańców wioski, bo prowadzi do niej koszmarny asfalt, którego nie da się ominąć.

 

Facetów to nie dotyczy?

 

Oni też płaczą, wierz mi, widziałam na własne oczy. Ten wyścig dla nikogo nie jest łatwy. W tym roku wycofali się najlepsi. Björn Lenhard, legenda; Kosma Szafraniak, 500 kilometrów przed metą; Paweł Puławski, po bardzo poważnym wypadku. W tym roku po raz pierwszy w historii TCR wygrała kobieta! 24-letnia Niemka Fiona Kolbinger. Nie pytaj mnie, jak to jest możliwe, po prostu zrobiła to! Przygotowała się do tego. Przeprowadziła się na rok w Alpy, trenowała, a w czasie wyścigu po prostu spała najmniej ze wszystkich. To wymaga niesamowitego samozaparcia i niezwykłej psychiki.

 

 

Jak wygląda trasa TCR?

 

Dla każdego inaczej. Start, meta, punkty kontrolne i odcinki specjalne, zwane parcours, są obowiązkowe dla wszystkich. Reszta to twój spryt, doświadczenie i… długie miesiące planowania. Ja zawaliłam tylko jedną część, resztę całkiem fajnie sobie poprowadziłam, ale przyznaję, że zlekceważyłam Francję. Zresztą wszyscy ją zlekceważyli, nikt nie spodziewał się takich przewyższeń na terenie, który na Google Maps wyglądał płasko! Masa ludzi zrezygnowała właśnie we Francji. Przejechaliśmy cały ten kraj w poprzek i nikt nie spodziewał się takiej liczby przewyższeń. Moja trasa to start w Burgas w Bułgarii, potem Serbia. Te dwa kraje wspaniale wspominam. Uprzejmi kierowcy, mili ludzie. Później była koszmarna północ Chorwacji, fatalny ruch, płasko. Chorwację przemierzyłam w 18 godzin i niewiele z niej pamiętam. Chciałam to wyprzeć z pamięci. Do Słowenii wjechałam w nocy, podobno było pięknie, ale tego nie wiem. Słowenia też trochę mnie wstrzymała. Eksplodowała mi dętka, rozwalając oponę, zmuszona byłam nocować w hotelu podczas jakiegoś hucznego festiwalu. Po Słowenii zaczęły się Alpy, piękne i koszmarnie trudne. Timmelsjoch i burza na szczycie przy czterech stopniach Celsjusza, Col du Galibier, Passo Gardena, Alpes d’Huez.

 

Najgorszy dla etap wyścigu?

 

Francja i ciągnące się przez cały ten kraj upierdliwe pagórki. Tam było już bardzo źle. Ogromne zmęczenie, znużenie, nadszarpnięte morale. Wystarczyłoby jedno niepowodzenie, jeden głupi defekt i można by się poddać. Miałam taki moment, na kompletnym zadupiu okazało się, że dętka, którą kupiłam w Słowenii, ma za krótki wentyl. Zupełnie niespodziewanie pojawił się jakiś kolarz, z którym wymieniłam się dętkami (regulamin wyścigu zabrania przyjmowania pomocy z zewnątrz, jednak nie zabrania wymiany). Wymieniłam dętkę i bezsilna pozwoliłam jakiemuś usłużnemu starszemu panu założyć sobie koło. Naprawione koło w rękach tego pana okazało się bronią masowego rażenia… Przecięcie kabla Di2 nie jest wcale takie trudne! Gdybym nie była tak zmęczona, zniszczyłabym tę wioskę jak smoczyca, zamiast tego usiadłam na poboczu, rozpłakałam się, zadzwoniłam do przyjaciółki, że mam dość, że kończę. A ona na to: „Ala, spokojnie! Wróciłaś z Warszawy do Bielska na ostrym kole, przejedziesz 500 kilometrów we Francji”. No i pojechałam. W Brest czekał na mnie mąż, który zawiózł mnie samochodem do hotelu. Byłam mu wtedy niesamowicie wdzięczna, że nie muszę tego dnia wsiadać już na ten cholerny rower!

 

Co jesz w czasie wyścigu?

 

Żelki Haribo, Colę i RedBulle! RedBull zawiera witaminy z grupy B, które pomagają przy częstej kolarskiej kontuzji, czyli zapaleniu nerwu łokciowego. Ja piłam trzy dziennie. To pomogło mi uniknąć utraty czucia w palcach. Poza tym jadłam wszystko. Wszystko, co nadawało się do spożycia. Na mecie zafundowałam sobie świeże bretońskie mule. W życiu nie jadłam niczego lepszego!

 

Zamierzasz przejechać TCR po raz trzeci?

 

Nie! (Tu Ala mnie trochę zaskakuje, bo myślałam, że ten niedosyt, który czuje po tegorocznym starcie, będzie chciała wypełnić kolejną próbą.) Chciałabym już czegoś innego. Mam inne pomysły w głowie, inne plany. Chciałabym zaangażować inne dziewczyny, zrobić coś wyjątkowego, co da radość jeszcze innym osobom poza mną. Może mniej ekstremalnie, ale nie mniej przygodowo.

 

***

Rozmawiamy jeszcze o Silk Road Mountain Race, niezwykłym bikepackingowym wyścigu przebiegającym przez puste góry Kirgistanu, o Trans Alba Race w Szkocji, o Norwegii. Rozmawiamy o ludziach, jak często zaskakują, o gościnności, o biedzie, która właściwie czyni ludzi bardziej wrażliwymi na innych. „Trans Alba Race ma w swoim logo jednorożca! Muszę przejechać ten wyścig!” – mówi Ala i całkiem dobrze ją rozumiem. Taki wyścig musi nieść ze sobą niesamowite przeżycia.

 

Komentarze do artykułu