End to End – aż po kres

Z Quito do Ushuaia, z Kairu do Kapsztadu… Nasz autor chętnie łączy odległe miejsca w jedną rowerową przygodę. W 2018 połączył dwa legendarne, popularne wśród brytyjskich kolarzy. Podczas dwutygodniowej wyprawy obładowanym rowerem szosowym dotarł do Land’s End, najdalej na południowy zachód wysuniętego punktu Anglii, i do John O’Groats, na północno-wschodni kraniec Szkocji.



Gdy przewoźnika w Fowey zapytałem, która trasa będzie lepsza, uśmiechnął się dobrodusznie: „To zależy. Ta w prawo biegnie bezpośrednio, ale jest bardzo stroma. Ciężarówki nie dają rady. Ta w lewo natomiast jest bardziej płaska, ale poprowadzi cię długim objazdem”. Życząc mi jeszcze „good luck”, odszedł. A ja skręciłem w lewo. Już po kilku pierwszych metrach nachylenie drogi wzrosło do 20%, a przez następne dwa kilometry rzadko schodziło poniżej 15. Wspinałem się w ślimaczym tempie i zadawałem sobie pytanie, jak bardzo stromy musiał być zatem wariant w prawo…

 

Od mojego startu w Land’s End jest albo pod górę, albo w dół. A płaskie odcinki? Najwyżej kilkaset metrów. Później znów albo na łeb na szyję w dół, albo ekstremalna wspinaczka. Prawa, lewa, prawa, lewa i najmniejszej szansy na oddech. To stare szlaki komunikacyjne, zbudowane jeszcze w czasach, kiedy podróżowało się konno. Prowadzą tak, jak pozwala im na to topografia. A w Kornwalii, południowo-zachodniej Anglii, tereny poprzecinane są głębokimi dolinami. Nagrodą jest czarodziejski krajobraz. Prastare lasy, przeklęte średniowieczne wioski o magicznych nazwach: Relubbs, Beeble czy Stithians, a także błogie, relaksujące wiejskie życie. Wydaje ci się, że za kolejnym zakrętem spotkasz Króla Artura i jego świtę. To niewiarygodne, że w tym najgęściej zaludnionym kraju Europy są jeszcze takie miejsca.

 

Jadę „End to End”, wzdłuż Zjednoczonego Królestwa. Z Land’s End – turystycznego punktu widokowego na południowo-zachodnim wybrzeżu Kanału, do John O’Groats, malutkiego przysiółka na północno-wschodnim krańcu szkockiej ziemi. Łącznie 1400 kilometrów. Każdego roku setki mniej lub bardziej ambitnych rowerzystów udają się w tę trasę. Jak szybko i dokąd dojadą, to już kwestia indywidualna. Nie ma jednej, oficjalnej drogi. Michael Broadwith pokonał tę trasę wiosną 2018 roku w rekordowym czasie 43 godziny, 25 minut i 13 sekund. Spał tylko przez godzinę i poruszał się wyłącznie dobrze utrzymanymi drogami. Kto chce ich uniknąć (a są ku temu dobre powody), rezerwuje na przejazd od 8 do 24 dni. Ja zdecydowałem się na 14 etapów.

 

To zdrowe połączenie przyjemnego z pożytecznym. Tak jak znakomita większość startuję z Land’s End, najbardziej na zachód wysuniętego miejsca angielskiej wyspy. Wieje głównie z południowego zachodu, a to oznacza wiatr w plecy. Prawdopodobieństwo sprzyjającego wiatru jest więc równie duże jak to, że startując w Szkocji, będziemy jechali pod wiatr.

 

end to end

 

STROMO…

Typowa droga na północy Anglii (dzień 8.): samotna, przecudowna, ale także stroma, czasem o ponad 20% nachyleniu.

 

…I CIĘŻKO

Mimo lekkiego śpiwora i minimalistycznego namiotu tylnym kołem szarpie 20 kg bagażu.

W 100-kilometrową trasę wyruszam dosyć późno. Nie mówiąc już o tym, że nie spodziewam się 22% podjazdów.

 

CZASEM TYLKO NA PIECHOTĘ

Land’s End jest świetnie przygotowane na nowych przybyszów z całego świata. W znajdującym się nieopodal hotelu wyłożono pamiątkową księgę, w której można zostawić ślad swojej obecności. Nie brakuje też stosownego muzeum „End to End”. Ale ja nie mam na to wszystko czasu. Droga prowadząca na start była zakorkowana. A kiedy w końcu wyruszam na trasę, jest już wpół do drugiej. Trochę za późno jak na start do 100-kilometrowego odcinka dziennego. Nie mówiąc już o tym, że czeka na mnie dziki (do 22%) górski rollercoaster, o którym nie miałem jeszcze wtedy pojęcia.

 

Abstrahując od bardzo stromych podjazdów, czuję się jak we śnie. Zapomniany przez zmotoryzowanych asfalt prowadzi przez zielony krajobraz. Nawet cieszące się złą sławą, bo zasłaniające widok, a ciągnące się wzdłuż dróg, żywopłoty szybko przestają mi przeszkadzać. Równie szybko przyzwyczajam się do ruchu lewostronnego. Moim najlepszym kompanem podróży zostaje nawigacja. Trasa, którą wgrałem do urządzenia, pochodzi z książki „End to End” Nicka Mitchella i jest skomplikowana. Czasem kierowany jestem na drogi tak wąskie, że przestaję jej ufać. Jednak koniec końców nawigacja okazuje się mieć zawsze rację.

 

Zdecydowałem się na noclegi pod chmurką, ale mimo superlekkiego namiotu, minimalistycznego śpiwora i ascetycznego wyposażenia tylnym kołem wciąż szarpie 20 kg, cóż, kwestia przyzwyczajenia. Na stromiznach dwukrotnie schodzę z roweru. Jadę tak wolno, że moja rowerowa duma kapituluje. Trzy dni w górę i w dół przez Kornwalię i Dartmoor, zanim krajobraz za Exeter zacznie się wygładzać. Czwartego dnia przekraczam most Severn między Anglią a Walią. Dojeżdżam do malutkiego pola kempingowego w centrum miasta Monmouth. Właścicielka pola Lilly polubiła mnie od samego początku. Dostaję najlepsze miejsce: „Tam będziesz miał słońce od samego rana”. Noclegi po chmurką były dobrą decyzją. Oczywiście mam fart. Pogoda jest doskonała. A na pogodzie w Wielkiej Brytanii – jak powszechnie wiadomo – polegać nie można. Wielu Brytyjczyków doradzało mi maj i wrzesień. To najlepsze miesiące, dni są długie, a pogoda stabilna.

 

NERWOWO W ANGIELSKIM „ZAGŁĘBIU RUHRY”

Kolejne dni meandruję wzdłuż angielsko-walijskiej granicy. Nieodłącznie towarzyszą mi owce. W całej Wielkiej Brytanii jest ponad 40 milionów tych zwierząt. Gdy przejeżdżam obok, podnoszą pyski, przeżuwając, i beczą. Emanuje od nich jakiś spokój, który idealnie komponuje się z samotnymi drogami i pofałdowanym krajobrazem. Zaraz za Hereford natykam się na roboty drogowe. Dla samochodów zakaz ruchu. Jadę dalej i mam nadzieję, że rowerem jakoś się przecisnę. Nawierzchnia zdarta na odcinku ponad 20 kilometrów. Sakwy bujają dziko na tylnym kole, a drogowcy przestrzegają mnie co i rusz, abym nie wjeżdżał na świeży asfalt. Wykończony docieram do aglomeracji Manchester, kolebki rewolucji przemysłowej, angielskiego „Zagłębia  Ruhry”. Dla zmotoryzowanych kierowców jestem przeszkodą, „hamulcowym” i chłopcem do bicia. W cieniu galerii, handlowych świątyń (powstałych w poprzemysłowych obiektach), przebijam się przez ruch uliczny. Do szewskiej pasji doprowadzają mnie przede wszystkim pięcio-, sześciopasmowe nawrotki. Z każdej strony atakuje mnie i podnosi ciśnienie natłok ruchu, szczególnie gdy szukam pasa do skrętu. Zaraz za Blackburn zanurzam się ponownie w samotność. Nareszcie! Forest Bowland to obłędne torfowisko. Widoki na lekko wznoszący się teren są wprost spektakularne. W malutkich niczym z filmu wioseczkach spotykam wędrowców.

 

 

end to end

 

JAK Z POCZTÓWKI

Nie bez powodu Park Narodowy Lake District zalicza się do najpiękniejszych widoków Anglii.

 

Zatrzymuję się w piekarni, żeby uzupełnić poziomu cukru we krwi. Łagodne słońce uśmiecha się z szafirowego nieba, otulając krajobraz miękkim światłem. Festiwal jazzowy przy rzece gwarantuje dobrą zabawę. Korzystam. Trochę tańczę, wprawiając się w wakacyjny nastrój. Dzisiejszy cel podróży Slaidburn jest tak ustronny, że telefon w ogóle nie ma tu zasięgu. Młodzieżowe schronisko oferuje kilka łóżek, a kuchnia w pubie dba o pełny żołądek.

 

end to end

 

 

MOŻNA I TĘDY 

Kto chce uniknąć głównych dróg w dolinie, przeprawia się przez strome, lekko zniszczone drogi w głębi kraju.

Jeziora, wąskie morskie zatoki i łańcuch górski Munros stapiają się w przedziwny krajobraz Highlands.

 

SZOSÓWKĄ W DRESACH

Następnego dnia budzę się w rajskiej krainie. Na to prehistoryczne torfowisko nie zajeżdża prawie żaden samochód. Kilku kolarzy z pobliskiego Lancaster rozkoszuje się ciszą. Mimo bagażu i ośmiu dni jazdy dotrzymuję im tempa na podjazdach, dzięki czemu zyskuję sobie szacunek. Do zejścia z rowerów zmuszają nas tylko przeszkody dla bydła. Trudno w to uwierzyć, ale od dziewięciu dni jadę przez bezdeszczową Wielką Brytanię. Pierwsze krople dopadają mnie przy szyldzie „Welcome to Scotland” i szybko przeradzają się w długotrwałe, delikatne opady. Obok hałaśliwej autostrady pustka starej magistrali kolejowej. Niemiłosiernie trzęsie. Tuż przed Lockerbie dogania mnie Louis. Szkot, który również jedzie „End to End”. I to na prastarej szosówce z dźwigniami przerzutki na ramie. W dresowych spodniach, bez bagażu (ten znajduje się w aucie serwisowym, prowadzonym przez rodziców). Nie ma przy sobie żadnej mapy, o nawigacji nawet nie wspominając. „No cóż, po prostu pytam po drodze” – uśmiecha się. W wieku 22 lat zdecydowanie łatwiej o nonszalancję. Przez pewien czas jedziemy razem, zanim Louis zdecyduje się na przystanek. Musi poszukać przeciwdeszczowych spodni. Jego ubranie jest kompletnie przemoczone.

 

Za Glasgow zaczyna się bajkowa Szkocja. Jeziora, wąskie morskie zatoki i łańcuch górski Munros stapiają się w krajobraz Highlands – górzystego regionu w północnej części kraju. Nastrój psuje tylko biegnąca wzdłuż jeziora Lomond droga A 82, która zastępuje tutaj autostradę. Na wąskiej jezdni samochody ciężarowe mają problem, żeby mnie ominąć. Nietrudno wyobrazić sobie nastrój kierowców. Surowy krajobraz między Crianlarich i Glencoe rekompensuje jednak wszystko. Gdy budzę się następnego poranka nad jeziorem Eli, wschodzące słońce oświetla wąską zatokę morską położoną między górami o delikatnych szczytach. Przede mną 15-kilometrowy odcinek leśnego, trzęsącego duktu. W górę i w dół. Ostatni etap do John O’Groats okazuje się czymś więcej niż spektaklem samej natury. Kiedyś rósł tu gęsty las. Na potrzeby wypasu owiec został przez Anglików wykarczowany. Od tego czasu teren pokrył się niskimi zaroślami, które kłócą się z otoczeniem. Crask, samotny przysiółek w drodze na wybrzeże północne. To tu znajduje się najsłynniejszy w Wielkiej Brytanii pub. Obowiązkowy, emocjonalny przystanek wszystkich uczestników „End to End”, po którym po raz ostatni ruszą górskim rollercoasterem. Dopiero w okolicach Thurso krajobraz na powrót się wygładza. Wiatr jednak odbiera mi resztki sił. Ostre tony kobzy samotnego dudziarza z John O’Groats brzmią niczym epicka pieśń powitalna. Pokonałem 1436 kilometrów.

 

end to end

 

DESZCZOWE POWITANIE

Po dziewięciu słonecznych dniach w Szkocji zaczyna padać.

 

end to end

 

KEMPINGOWA RUTYNA

Rozłożenie namiotu, przygotowanie śniadania. Po kilku dniach wchodzi w krew.

 

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE

JAK DOTRZEĆ

Samolotem można dolecieć do Bristolu, zlokalizowanego najbliżej Land’s End. Tam czeka was przesiadka na pociąg. Pociągiem „Great Western” (gwr.com) docieracie do Penzance (4 godziny jazdy z Bristolu, 5 i pół z Londynu). Transport rowerów jest bezpłatny, ale należy pamiętać o wcześniejszej rezerwacji miejsca, bo tych dla rowerów jest niewiele. Przewoźnik autobusowy National Express w ogóle nie zabiera na pokład rowerów, nawet zapakowanych w pudła. Z Penzance do miejsca startu w Land’s End jest tylko 15 kilometrów. Kto nie chce pedałować, bierze taksówkę. Alternatywą dla Great Western jest Europcar oferujący wypożyczenie samochodu w Londynie i zwrot w Penzance. Droga powrotna zaczyna się w Wick lub Thurso, do których z John O’Groats można dojechać rowerem. A stamtąd pociągiem (scotrail.co.uk) po trzech i pół godziny docieracie do Inverness. Znów należy pamiętać o zarezerwowaniu miejsca dla roweru. W niedzielę jedzie tylko jeden skład, w którym są dwa miejsca rowerowe. Z Inverness dalej samolotem, bądź koleją (scotrail.co.uk oraz virgintrains.co.uk) do Bristolu lub Londynu. Na stronie internetowej johnogroatsbiketransport.co.uk znajdziecie ofertę taksówki zbiorczej na prawie 200-kilometrowej trasie między John O’Groats a Inverness. Koszt dla dwóch osób z rowerami to 250 euro. W uprzednio zarezerwowanych taksówkach można dostać miejsca już od 70 euro za pasażera wraz z rowerem.

 

KIEDY JECHAĆ

Między kwietniem a wrześniem. Maj to przyjemne temperatury i najmniej opadów. Lipiec i sierpień nawet w Wielkiej Brytanii potrafią być upalne i duszne. Poza tym dużo trudniej o zakwaterowanie. Ale uwaga! W połowie maja w Szkocji wylęgają się budzące postrach komary, które mogą doprowadzić kolarza do obłędu.

 

APROWIZACJA

Otwarte od 8:00 do 20:00, lub nawet dłużej, supermarkety z gotowymi kanapkami są praktycznie wszędzie. Na terenach wiejskich tzw. Community Shops umożliwiają podstawową aprowizację przez cały dzień. Liczne puby, także w głębi kraju, prowadzą kuchnię i oferują typowe potrawy. W menu prawie zawsze znajdziecie burgery i rybę z frytkami, a także coś wegetariańskiego. Warto polecić obecną w wielu miastach sieć pubów Weatherspoon. Woda bieżąca jest mocno chlorowana, ta z supermarketów smakuje zdecydowanie lepiej.

 

GDZIE SPAĆ

Kemping czy hotel, a może B&B? Kemping na pewno będzie tańszy (między 9 a 13 euro za osobę). Miejsc kempingowych na trasie nie brakuje. Jednak w przypadku „The Camping and Carvanning Club” (campingandcaravanningclub) warto dokonać wcześniejszej rezerwacji, o czym przekonają się rowerzyści, którzy tego nie zrobili. Za jedynkę w B&B zapłacicie przynajmniej 40 euro (bedandbreakfast-uk.co.uk), ceny za hotele startują od 55 euro. W miejscach turystycznych (Land’s End, Glastonbury, Keswick, Loch Lomond, Glencoe, Crask Inn, John O’Groats), a także w weekendy i święta, należy dokonać wcześniejszych rezerwacji.

 

SERWISY ROWEROWE

Sklepy rowerowe znajdują się w każdym większym mieście. A ponieważ kolarstwo szosowe jest w Wielkiej Brytanii bardzo rozpowszechnione, nie ma problemu z częściami i akcesoriami.

 

INFORMACJE ONLINE

Jedno z najlepszych źródeł: cycle-endtoend.org.uk

 

LITERATURA & MAPY

LITERATURA

Hardy Grüne, autor Toura, opublikował w 2019 roku książkę „Wielka Brytania, End to End”. Pozycja zawiera osobiste sprawozdania z trasy oraz liczne wskazówki (hardy-gruene.de). Jego trasa opierała się na książce „The End to End Cycle Route” (2016) autorstwa Nicka Mitchella, wydawnictwo Cicerone (cicerone.co.uk).

 

MAPY

Ośmiostronicowy zestaw „Britain complete”, 1:250 000, z Ordanance Survey obejmuje całe Zjednoczone Królestwo. Można go zamówić na ordanancesurvey.co.uk za 37 euro plus koszty wysyłki. Także organizacja rowerowa „Sustrans”, sprawująca pieczę nad państwową siecią dróg rowerowych „NCN”, wydała zbiór map. Nie nadaje się on jednak na długie dystanse, gdyż dotyczy małych obszarów. Na pewno pomocne będą także informacje ze strony brytyjskiego Związku Rowerowego (ctc.org.uk).

 

CHARKTER WYPRAWY

Trasę „End to End” można pokonać, jadąc dowolną drogą. Najszybsza trasa przebiega wzdłuż głównych dróg krajowych, na których należy liczyć się z dużym ruchem. Autor korzystał przede wszystkim z bocznych dróg asfaltowych. Są w mniej więcej dobrym stanie, lepiej jednak wybrać oponę o szerokości 28 zamiast 25 mm. Dziury, wyrwy są wszędzie. W Szkocji nawierzchnia jest bardzo szorstka i często zniszczona. Nasza trasa prowadzi przez trzy krótkie odcinki szutrowe: w okolicach Penzance, za Carlisle i Fort William. Do ruchu lewostronnego można się szybko przyzwyczaić. Ale uwaga, kontynuując jazdę po zatrzymaniu, Europejczycy z kontynentu patrzą z przyzwyczajenia w prawą stronę. Uważać należy też w aglomeracjach, przede wszystkim na ogromnych skrzyżowaniach. Na południowym zachodzie i na północy Anglii czyhają na was zabójcze podjazdy o ponad 20% nachyleniu. Żeby nie wpychać roweru, tym bardziej obładowanego, konieczne są lekkie biegi górskie.

 

PRZEBIEG TRASY

WIELKA BRYTANIA

„End to End” prowadzi wzdłuż kraju, z położonego najdalej na południowym zachodzie Land’s End do wysuniętego najdalej na północny wschód zakątka Szkocji John O’Groats. Jest to luźno wytyczona trasa o długości około 1400 kilometrów. Ponieważ wiatr w letnich miesiącach wieje głównie z zachodu lub południa, doradzamy wybrać drogę z południa na północ. Prawdopodobieństwo sprzyjającego wiatru będzie wtedy większe. Na początku jedziemy przez górzyste hrabstwa Kornwalii i Devonu, następnie przez bardziej płaskie Somerset, aby mostem Severn Bridge dotrzeć do Walii. Należy przeciąć Plymouth, Exeter oraz Bristol. Dalej wzdłuż angielsko-walijskiej granicy w kierunku północnym przez wiejskie tereny Hereford, Shrewsbury i Chester, aż po aglomeracje Manchester, Liverpool. Za Blackburn czeka na was łańcuch górski Pennines, a później piękny Lake District. Za Carlisle dociera się do Szkocji, a następnie zamkniętą dla ruchu samochodowego ścieżką do jeziora Loch Lomond. Ruchliwe ulice Glencoe, Loch Lochy oraz Loch Ness doprowadzą was do górzystego regionu Szkocji Highlands. Za największym miastem północnej Szkocji Inverness dotrzecie do skromnej północnej części. Ostatni etap biegnie wzdłuż pofalowanego wybrzeża północnego aż do samego John O’Groats.

 

end to end

 

DZIEŃ 1.

Land’s End – Fowey

100 km, 1500 m przewyższenia

Po starcie z centrum dla odwiedzających jedzie się główną drogą do Penzance, a w końcu wąskimi, bocznymi drogami o szorstkiej nawierzchni przez Kornwalię. Trasa albo stromo w górę, albo w dół.

 

DZIEŃ 2.

Fowey – Moretonhamstead

92 km, 1600 m przewyższenia

Drugi dzień górskiego rollercoastera w Kornwalii zaczyna się promem w Fowey. Początkowo jedzie się wzdłuż południowego wybrzeża wąskimi, wiejskimi ulicami. Promem do Plymouth, a ostatecznie najtłoczniejszą w całej wyprawie drogą w kierunku Dartmoor. Tam znów robi się samotnie i stromo. Całość wieńczy bardzo szybki zjazd do Moretonhamstead.

 

DZIEŃ 3.

Moretonhamstead – Glastonbury

122 km, 1450 m przewyższenia

Od samego rana ostro pod górę, 20% rampa. Kolejne 20 kilometrów podjazdy i zjazdy. Za Exeter jest już bardziej płasko. W głębi kraju ruch jest niewielki, do tego wieje przyjemny południowo-zachodni wiatr. Od Somerton ruch gęstnieje, a do Glastonbury czeka was kilka niewygodnych podjazdów.

 

DZIEŃ 4.

Glastonbury – Monmouth

104 km, 1000 m przewyższenia

Wiejskimi trasami i bocznymi ulicami do Bristolu. Tutaj nawigowanie staje się sporym wyzwaniem. Po tym, jak już znajdziecie drogę nad brzegiem Severen, spodziewajcie się bezwzględnego ruchu ciężarówek w przemysłowej części Avonmouth. Most Severn prowadzący do Walii jest dla rowerzystów bezpłatny. Tutaj może wiać. W Walii przez łagodną i malowniczą dolinę Wye do Monmouth. Nie zapomnijcie zatrzymać się przy ruinach opactwa Tintern.

 

DZIEŃ 5.

Monmouth – Aston on Clun

78 km, 900 m przewyższenia

Z Monmouth stromy podjazd, aby ostatecznie dotrzeć do płaskiego etapu przez wiejskie tereny w głębi kraju. Dookoła rzepak i owce. Na 55. kilometrze leży Mortimer’s Cross, miejsce historycznej bitwy z 1461 roku. W miejscu docelowym czeka na was przyjemny pub ze wspaniałym menu.

 

 

DZIEŃ 6.

Aton on Clum – Mouldsworth

124 km, 730 m przewyższenia

W dużym stopniu po samotnych drogach, kolejny płaski etap. Cudownie! Dolina Hope, długi zjazd, przyjemne Shrewsburry z pięknym centrum, liczne malutkie kanały, a na nich mieszkalne łodzie, malutkie mosty. Od Chester znów duży ruch.

 

DZIEŃ 7.

Mouldsworth – Slaidburn

112 km, 1300 m przewyższenia

Angielski odpowiednik Zagłębia Ruhry. Pierwsze 60 km prowadzi przez miejskie tereny. Ruch na ulicach jest duży, a skrzyżowania straszne. Jeśli tylko pojawi się alternatywna i przejezdna dla roweru trasa, korzystajcie. I tak czeka was stanie i wdychanie spalin. Za Bolton, przez pasmo górskie z Belmont (wspaniały punkt widokowy) do Blackburn. Nawigowanie skomplikowane. Ostatnie 30 kilometrów to częściowo fatalne podjazdy prowadzące do sennego Slaidburn.

 

DZIEŃ 8.

Slaidburn – Keswick

110 km, 1450 m przewyższenia

Torfowiska, brak ludzi, podjazdy i zjazdy. Dopiero od Burton w Kendal robi się miejsko. Za Kendal skręca się w kierunku Lake District. Biegnie tędy tylko jedna droga, ale jest także ścieżka rowerowa (godna polecenia). W weekendy w Windermere i Ambleside ruch jest tak duży, że co chwilę trzeba się zatrzymywać, także rowerem. Widok jezior wynagradza wszystko. Miejsce docelowe Keswick (czytaj: ‘Kessock’) jest cudowne.

 

DZIEŃ 9.

Keswick – Moffat

114 km, 920 m przewyższenia

Widoki zapierają dech w piersiach. Zjazd za Carlisle zmienia charakter etapu w klasyczną dojazdówkę. Za Longtown trasa wiedzie przez kilka kilometrów dobrej jakości szutrówką. W Szkocji mniej romantycznie, zniszczonymi asfaltami obok autostrady.

 

DZIEŃ 10.

Moffat – Luss/Loch Lomond

145 km, 620 m przewyższenia

Do Glasgow starą magistralą kolejową obok autostrady. Od Larkhall robi się nagle miejsko. Wieczność w gorączkowym, podmiejskim ruchu Cambuslang. Następnie oznaczoną, asfaltową drogą rowerową NCN75 wzdłuż Clyde. Świetna trasa. W centrum Glasgow łatwo się zgubić. Nawigacja znów jest na wagę złota. Za Glasgow wąską ścieżką (za dużo metalowych bram) do Loch Lomond.

 

DZIEŃ 11.

Loch Lomond – Glencoe

96 km, 800 m przewyższenia

Wzdłuż Loch Lomond biegnie droga A 82, coś na wzór szkockiej autostrady łączącej północ z południem. Do Tarbet, dzięki wytyczonej trasie rowerowej, nie jest źle. Później trzeba zmagać się już z ruchem. Krajobrazowo zdecydowanie najpiękniejsza część całej wyprawy. Od Crianlarich górzysty region północnej Szkocji Highlands prezentuje się w całej swojej okazałości. Nachylenie jest łagodne, ruch do zaakceptowania, a zjazd do Glencoe długi i szybki.

 

DZIEŃ 12.

Glencoe – Inverness

133 km, 1040 m przewyższenia

Za Fort William boczną drogą, która po 50 km zamienia się w szutrówkę. Kto nie chce nią jechać, powinien pozostać w Fort William na drodze A 82. Straci jednak wiele pięknych krajobrazów. Turystyczny Fort Augustus – wojskowym traktem, prawym brzegiem, w kierunku najdłuższego podjazdu całej wyprawy, skąd rozpościera się widok na Loch Ness. Obawiającym się podjazdu pozostaje wariant A 82 do Inverness.

 

DZIEŃ 13.

Inverness – Crask Inn

107 km, 950 m przewyższenia

Inverness opuszcza się mostem Kessock. Przyjemnymi bocznymi drogami do Lairg. To ostatnia szansa na zakupy tego dnia. Droga A 836 przeradza się ostatecznie w samotną, asfaltową wstęgę, która wije się przez prehistoryczne torfowiska. Przy dobrej pogodzie to marzenie, przy złej koszmar. Crask Inn to samotny szkocki pub oferujący kilka łóżek (także pole namiotowe). Konieczna jest wcześniejsza rezerwacja! Telefon 0044/(0)1549/411241, thecrskinn.com

 

DZIEŃ 14.

Crask Inn – John O’Groats

132 km, 1100 m przewyższenia

Pierwsza połowa etapu jest pagórkowata, dość wymagająca. Dopiero za Thurso robi się bardziej płasko. Nie bez znaczenia jest też kierunek wiatru. W John O’Groats czekają pamiątkowe stoiska, kawiarenki i szyld miejscowości kierujący wszystkich śmiałków do „End to End”. Aby przenocować (potem powrót koleją) należy pokonać jeszcze raz 26 km do Wick lub z powrotem do Thurso.

 

Koordynaty GPS

Dane wyprawy (format GPX) można bezpłatnie pobrać ze strony tour-magazin.de, rubryka „Touren”, web – kod #47164

Profil wysokości: amer Grafik

Komentarze do artykułu