W TRASIE WŚRÓD PIKSELI

Wspólna jazda z kolarzami z całego świata, wspólne treningi i ściganie, i to pod własnym dachem. Interaktywne trenażery i oprogramowanie treningowe oraz pracochłonnie odtwarzające rzeczywistość światy 3D zmieniają dziś kolarstwo. Byliśmy przez rok w wirtualnym świecie na odkrywczej wyprawie.



WJAZD DO WATOPII – WIRTUALNEGO ŚWIATA ZWIFTA

 

Na początku był bezruch. Mój avatar, wirtualny bliźniak, stoi na skraju drogi i czeka, wygodnie opierając ręce w górnym chwycie, a ja w swoim pokoju naciskam na pedały tak mocno, jak tylko potrafię. Dopiero teraz widzę migający symbol, sugeruje sprawdzić połączenie bluetooth mojego laptopa. Kilka kliknięć później mogę w końcu rozpocząć kolarską przygodę w wirtualnym świecie Zwifta.

Amerykańska firma jest pionierem oprogramowania treningowego, połączenia gry sieciowej i platformy społecznościowej dla kolarzy. Została założona w 2014 roku, od października 2015 dostępna jest w wersji płatnej. Klasyczny trening na trenażerze zamieniła w wydarzenie publiczne. Z planami treningowymi, seriami wyścigów i jazdami grupowymi.

Podczas gdy na plaży Watopii, jednego z pięciu światów Zwifta, powoli nabieram tempa, mija mnie grupa kolarzy w takich samych strojach, poruszająca się w szalonym tempie. Podejmuję wyzwanie! I rozpoczynam pościg. Im mocniej naciskam na pedały, tym bardziej mój awatar zbliża się do grupy. Komunikat na ekranie – „jeszcze pięć metrów” – motywuje mnie, by zamknąć lukę. Czuję, o ile mniej potrzebuję siły, gdy tylko staję się częścią grupy. Przyjemna lekkość jazdy na kole, i to przy odczuwalnych 40 stopniach w pokoju. Zwariowany wirtualny świat.

 

Zwift

 

NAUKA JAZDY

 

Radość była jednak krótka. Na pierwszym podjeździe peleton kolarzy raz jeszcze zwiększył tempo i wkrótce zostawił mnie samego z tyłu. Na podjeździe o nachyleniu 14% poruszam się w tempie ślimaka, wyprzedza mnie nawet biegacz. Sfrustrowany wypatruję końca podjazdu i odhaczam ten pierwszy wypad w wirtualny świat kolarski jako mało udaną próbę osłodzenia zimowego treningu. Ale na szczycie humor poprawia mi się błyskawicznie. Tablica wyników pokazuje mnie w pierwszej dziesiątce tego dnia. Zielony symbol pióra rozbłyska, z nieba leci confetti, a moje konto punktowe strzela w niebo. Osiągnąłem kolejny poziom i tym samym zasłużyłem na nowe koszulki! Zostałem kupiony.

Koszulki, rękawiczki, okulary słoneczne, kaski, skarpetki… Moja cyfrowa szafa napełniała się błyskawicznie wraz z każdym zaliczonym poziomem. System wynagradzania Zwifta, z 25 poziomami, które osiąga się dzięki przejechanym kilometrom w ramach urozmaiconych jednostek treningowych albo wyścigów, przyciąga. Tak bardzo, że dwa miesiące później wystartowałem w pierwszym wyścigu wirtualnym. Spektakl nazywa się Tour de Zwift, a moje ego w związku z nim potężnie ucierpiało. Nawet jeśli jest się przyzwyczajonym do żwawego tempa wyścigów amatorskich, na pierwszych kilometrach każdego wyścigu w Zwifcie odbiera mowę.

 

WALKA O PRZETRWANIE

 

Zanim jeszcze zdążyłem się rozpędzić, najszybsi kolarze zniknęli mi z oczu. Moje 350 watów nie starczyło nawet, by utrzymać się w grupie pościgowej. Mijały mnie grupa za grupą, aż walczyłem o przeżycie w grupetto. Mój ręcznik nasiąkł potem, usta wyschły, a nie przejechałem nawet 10 kilometrów. Tylko podniesione kciuki „Ride On”, czyli symbole uznania przydzielane przez innych jadących, podtrzymywały moją motywację. Po trzech kwadransach męka się skończyła, zsiadłem z roweru i opadłem na sofę. Rzut oka na listę wyników ujawnił, że niemal wszyscy uczestnicy z mojej kategorii wydolności wyczarowują wyższą wartość watów na kilogram masy ciała na trenażerze niż kategoria dopuszcza.

 

WIRTUALNY DOPING

 

Dynamika gry wydaje się zmieniać, gdy tylko chodzi o najlepsze czasy, miejsca albo o nagrody rzeczowe przyznawane przez sponsorów. Po wyścigach w różnych grupach facebookowych można przeczytać o „zwiftowym dopingu”, mężczyznach, którzy zmieniają swoją wirtualną płeć, by w wyścigach kobiet walczyć o podium, albo radykalnie obniżają swoją wagę na rzecz lepszej wartości watów na kilo- gram, wszystko to zdaje się nie należeć do rzadkości. Od dłuższego czasu społeczność daje odpór. Zwift Anti Doping Agentur ZADA depcze oszustom po piętach i między innymi po to używa platformy Zwift Power, która jest obowiązkowa w coraz liczniejszych wyścigach. Ujmowani są tylko ci, którzy jeżdżą z tętnem. Kto w porównaniu z wcześniejszymi wyścigami osiąga zastanawiające skoki mocy, ten staje się podejrzany.

 

Zwift

 

USTAWKA W LONDYNIE

 

Oczywiście, nie jest to gwarancja, że w wirtualnym świecie się nie oszukuje. Jeśli ktoś chce, zawsze znajdzie metody. Brakuje mi chęci na tego typu zaciekły pokaz siły. Nie chcę też czuć się zmuszony przez określoną serię wyścigów raz w tygodniu o określonym czasie pojawiać się na starcie, bez względu na to, jaka pogoda panuje na zewnątrz. Zamiast tego spontanicznie decyduję się w głównym menu na „Group Workout” przez centrum Londynu. Wraz z niemal 40 osobami z Europy, ale też Japonii czy Kataru, przemykamy obok Big Bena i przez Tamizę w kierunku Surrey Hills. Zdziwiony stwierdzam, że bez problemu jestem w stanie dotrzymać kroku, wciąż znajduję się też w środku grupy. Wszystkich kolarzy, którzy odbywają trening w danym zakresie obciążeń, algorytm Zwifta utrzymuje w grupie, nawet jeśli indywidualna liczba watów znacząco odbiega od średniej. Wspólna męka jest lżejsza, tym samym ciężki trening mija szybciej niż zazwyczaj. Staję się ambitniejszy. Uskrzydlony zebranymi podczas treningów punktami postanawiam powalczyć o odznakę „Imperial Century” – 100 mil na trenażerze.

 

MIĘDZY KWIETNIKIEM A KANAPĄ

 

Zimnego lutowego poranka zwlekam się z drżącymi kolanami z łóżka. Ponad pięć godzin jazdy przez wirtualny świat? Czy to normalne? Pyta o to moja partnerka i kręcąc głową, zamyka drzwi mieszkania. Zostałem sam, uwięziony, z laptopem, trenażerem i grupą zwariowanych Szwedów. Swedish Zwift Riders, podobnie jak inne grupy na Zwifcie, oferują regularnie długodystansowe jazdy w teamie, co sprawia, że maratonowe odległości są trochę bardziej znośne. Nie tylko tempo i jazda na kole w grupie pomogły mi bez problemu pokonać pierwsze 80 kilometrów, także funkcja czatu odwraca uwagę. Socjalny element rywalizacji czyni „zwiftowanie” wyjątkowym. Na świecie jest zarejestrowanych ponad 800 000 użytkowników, około 10 000 z nich regularnie korzysta z programu. Setki grup organizuje dziennie ponad 200 jazd i wyścigów na wszystkich poziomach kondycji. Bogactwo wirtualnego kolarstwa.

 

MARATON W MIESZKANIU

 

Po mniej więcej czterech godzinach szwedzki lider grupy zadaje pytanie, na które czekam od kilku kilometrów: „Ktoś do toalety?” Wreszcie! Myślę podobnie jak tuzin uczestników. Ustalamy, że robimy mały wypad do przodu, następnie szybko zeskakujemy z rowerów, by ulec ludzkim potrzebom. I znów na trenażer. Po zmianach doganiamy peleton i następne kilometry wykorzystujemy, by odpocząć.

Od 140. kilometra robi się trudniej. Kark boli, nadgarstki są sztywne, zużyłem cztery litry wody i elektrolitów, a wszystkie trzy przygotowane ręczniki leżą na ziemi mokre od potu. Następne daje o sobie znać także lewe udo. Moje ciało ma już dość, mój rozum pyta, jak mogłem wpaść na ten genialny pomysł, by przejechać 160 kilometrów między kanapą a kwietnikiem, utrzymując ekran laptopa w zasięgu wzroku. Miejsce za miejscem spływam na koniec grupy, aż tracę kontakt. Ratuje mnie lider grupy, który trochę zwalnia i zarządza tzw. sweepery na jej końcu, które mają dać słabnącemu osłonę przed wiatrem. Cel jest coraz bliżej dzięki wzmożonemu wysiłkowi, gdy ze snu wyrywa mnie ostrzeżenie laptopa o wyczerpującym się akumulatorze. Zapomniałem podłączyć go do prądu. Przerażony krzyczę do partnerki. Moim wewnętrznym okiem widzę już zaprzepaszczone przez techniczne faux pas, ciężko zdobyte kilometry. Szybka pomoc jednak nadchodzi, a ja ratuję się, docierając po ponad pięciu godzinach do mety. Błysk koszulki finiszera, wiele kudosów, Ride-On i polubień.

 

NAGRODY W RAJU GRACZY

 

Bardziej jednak niż wirtualna waluta cieszy mnie przesunięcie granic własnych możliwości, a przy tym czerpanie jeszcze przyjemności napędzanej przez system nagród Zwifta. Za nową koszulkę, piękny rower czy szybsze koła chcę się męczyć! Nawet jeśli wszystkie te gadżety mam tylko wirtualnie. A twórcy Zwifta wciąż wyczarowują z kapelusza kolejne niespodzianki.

Na przykład jako gazeciarz 1 kwietnia mogłem zdobyć dodatkowe punkty, gdy we właściwym momencie „rzucałem” gazetami poza trasę. Trening w raju dla graczy.

 

Zwift

 

OPĘTANI REKORDAMI

 

Podczas mojego pierwszego przejazdu przełęczy Alpe du Zwift zauważyłem, że gra może doprowadzić niektórych użytkowników do obsesji. Ta wierna kopia podjazdu znanego z Tour de France kusi na szczycie nagrodą w postaci roweru. Oprócz rękawiczek czy kasku do zdobycia są kultowe koła Milenstein Lightweight. Znawcy chwalą je jako idealny tuning na górskie wyścigi na Zwifcie i przejeżdżają Alpe du Zwift wielokrotnie, by wejść w ich (wirtualne!) posiadanie. Gdy po pół godzinie osiągnąłem wirtualną granicę śniegu, minął mnie Meksykanin, który pokonał już ponad 350 kilo- metrów i 8700 metrów w pionie, a w siodle siedział od ponad 15 godzin! Najpóźniej w tym momencie moja partnerka popukałaby się w głowę.

Zamiast pokonywać na zewnątrz dystanse, o których nawet bym nie pomyślał, poszukałem prominentnego towarzystwa do jazdy. Przecież wielu zawodowców z World Tour jest aktywnych na Zwifcie. Marzenie, by kiedyś przejechać się z zawodowcem, stało się rzeczywistością. Przynajmniej na kilka sekund, potem wielkie nazwiska znikają za horyzontem. Tylko na kole zawodnika Lotto Tiesj Benoot byłem w stanie na wirtualnym kursie z Innsbrucka utrzymać się chwilę dłużej. Później zwycięzca Strade Bianche znudził się i urwał mnie krótkim sprintem w kierunku góry Isel, ale okazał uznanie krótkim Ride-One. Zadowolony wypiąłem się z pedałów i wyłączyłem laptopa. Witamy z powrotem w prawdziwym życiu!

 

INNY WYMIAR KOLARSTWA

 

Czy Zwift zmienił moje kolarskie życie w tym roku? Zdecydowanie tak! W zwykle pustych kolarsko miesiącach zimowych jeździłem więcej niż kiedykolwiek przedtem. Bez wątpienia trening na trenażerze jest ciekawszy dzięki nowym imprezom i światom 3D oraz uzyskiwanym nagrodom w grze. W każdej chwili mogę jednak bez problemu zrezygnować z wirtualnych wyścigów. Najpóźniej wtedy, gdy koledzy pytają mnie, żartując, czy potrafię jeszcze pokonywać zakręty, albo stwierdzają u mnie alergię na deszcz, wiem, że czas nadszedł, by opuścić mieszkanie, nawet zimą. W końcu czeka na mnie przecież mój ukochany gravel.

 

 

Podczas naszej przygody ze światem wirtualnym, poznaliśmy również kilka innych aplikacji treningowych. Zobacz artykuł "Oprogramowanie sportowe"

 

Przeczytaj również:

 

Oprogramowanie sportowe

Mistrzowie iluzji

Częstochowa Trek Race we wrześniowym słońcu

Komentarze do artykułu