PAN TU NIE STAŁ i MISJA WIELKI INTERES

Trzeba niezwykłej kombinacji okoliczności, temperamentów, talentów i pasji, by wymyślić coś takiego. Trzeba chyba być potomkiem dawnych łódzkich przedsiębiorców, grafikiem, kolarzem i człowiekiem o niebanalnym poczuciu humoru, by wpaść na taki pomysł, po czym go zrealizować. Kto o zdrowych zmysłach rysuje GPS‑em penisa wielkości połowy Polski? Chyba tylko gość z „Pan tu nie stał” przy współudziale swoich dwóch kolegów!



Pan tu nie stał

 

 

 

Maciek o dziwo nie pochodzi z Łodzi. Przyjechał tu na studia aż z Zamościa, znęcony famą najlepszych DJ‑skich imprez w Polsce. Przyjechał, poznał Justynę i został.

 

 

 

 

 

Pan tu nie stał

 

 

 

NA ROWER

 

Umówiliśmy się w najprostszy sposób na świecie, na rower! Jeden telefon (znaleziony na stronie sklepu internetowego „Pan tu nie stał”), piętnaście minut rozmowy, jeden mail i tydzień później siedzę w pociągu do Łodzi z rowerem, aparatem i lampkami na wypadek późnego powrotu. Wiem, że na dworcu Łódź Widzew czekać będzie na mnie cała ekipa: Maciek, Mariusz i Marcin. Najpierw pogadam z Maćkiem, chcę poznać historię moich ulubionych polskich t‑shirtów i obejrzeć nową kolekcję kolarskich ciuchów, potem posłucham o misji pod kryptonimem „Wielki Interes”. Na koniec zrobimy wspólną rundę za miastem. To plan, który nie ma słabych punktów!

 

W drodze do centrum wpadamy do biura firmy mieszczącego się w starej fabryce i zaglądamy na stadion Widzewa – obecnie trzecioligowej drużyny, zdegradowanej po kłopotach finansowych. “Na wszystkich meczach Widzewa jest pełen stadion. Osiemnaście tysięcy ludzi,” opowiada rozentuzjazmowany Maciej. “To ewenement!” Przemieszczamy się ścieżkami rowerowymi wzdłuż szerokich arterii. Każdy z trzech moich przewodników opowiada mi o innych aspektach miasta: ciekawostki, historie…

 

 

 

Pan tu nie stał

 

ZWIEDZANIE, ZWIEDZANIE

Biura „Pan tu nie stał” znajdują się w kompleksie starej łódzkiej fabryki.

 

 

 

TU BYŁ PRZEMYSŁ

 

Siedzimy na zewnątrz łódzkiego sklepu „Pan tu nie stał” (dwa pozostałe znajdują się w Warszawie i Krakowie, a Maciek myśli jeszcze nad otwarciem kolejnej filii we Wrocławiu!), znajdującego się w kultowym miejscu Off Piotrkowska. Centrum miasta, stare zabudowania dawnej przędzalni i tkalni, ludzie wokół mnie są niebanalnie ubrani, nie rozpoznaję „szmatek” z sieciówek. Przechodzą, witają się, zamawiają coś do picia. Jest niedzielne południe. W wielu miastach to godzina między kościołem a obiadem, czas zastoju i ciszy. Tutaj tętni miejskie życie. Centrum Łodzi ma w sobie coś ujmującego. Sceneria „Ziemi Obiecanej” Reymonta. Od tamtych czasów minęło sto czterdzieści lat, ale Łódź nadal ma w sobie coś z tamtej energii. Wtedy kwitł przemysł, teraz miasto próbuje radzić sobie z jego brakiem.

 

 

 

Pan tu nie stał

 

OFF PIOTROWSKA

Miejsce spotkań łodzian. Tutaj mamy chwilę, by porozmawiać.

 

 

 

„Tutaj była przędzalnia nici Ariadna” – mówi Marcin, jeden z moich przewodników po mieście. Zwrot „była” często powtarza się w jego opowieściach. „Była fabryka, była elektrociepłownia, była tkalnia, była przędzalnia…”. W drodze do centrum minęliśmy Księży Młyn, dawne fabryki włókiennicze wraz z budynkami towarzyszącymi i osiedlem robotniczym. Ceglana zabudowa przywodzi na myśl Górny Śląsk, jednak taki rozmach na Śląsku to rzadkość. Łodzianie na ceglane domy robotnicze też mówią „familoki”... Podobno pożyczyli ze śląskiego, ale nie byłabym taka pewna. Łódź w czasach rozkwitu była miastem bardzo kosmopolitycznym. Oglądam sklep, kupuję książkę o sekretach Łodzi i parę gadżetów. Kiedy robi się spokojniej, w końcu mogę spytać o parę szczegółów.

 

 

 

Pan tu nie stał

 

ŁÓDZKIE KLIMATY

Popołudnie w Off Piotrowska. Maciej z „Pan tu nie stał” czuje się tu jak u siebie.

 

 

 

Jak powstało Pan tu nie stał?

 

Był rok 2006 i zrezygnowałem z ciepłej posady na etacie, by razem z żoną Justyną założyć „Pan tu nie stał”. Zbieraliśmy wtedy różne pierdoły, stare opakowania, etykiety i prowadziliśmy bloga. Wtedy też powstały pierwsze koszulki – Dziadostwo i Cześć. Kto wymyślił nazwę? Justyna. Było kilka innych propozycji, ale ta wydawała nam się najtrafniejsza, trochę zaczepna, trochę niepoważna, taka w punkt!

 

 

 

Pan tu nie stał

 

PAN TU NIE STAŁ

Wnętrze sklepu jest kolorowe i mogę przyjrzeć się całej kolekcji Peleton.

 

 

 

Od razu wiedzieliście, że będziecie robić ciuchy?

 

Nie, zupełnie nie. Nie celowaliśmy od razu w odzieżówkę. Robiliśmy różne rzeczy. Wydawaliśmy książeczki dla dzieciaków. Wydawało nam się, że jest taka potrzeba. Nasz syn Tymon był wtedy mały i chcieliśmy zrobić coś dla niego. Wydaliśmy serię książeczek z ilustracjami Kasi Boguckiej „Siała baba mak”, „Nie śmiej się dziadku z cudzego wypadku” oraz „Dziadek z babką żyli w zgodzie”. Mieliśmy magazyn z wycinankami pod tytułem „Majsterklepka”. Można było złożyć sobie sklep mięsny albo osiedle. W tym roku wydaliśmy notes dla ciężarnych oraz na pierwszy rok życia dziecka. Znów ilustracjami zajęła się Kasia Bogucka i wiemy, że bardzo się ludziom ta publikacja spodobała. Rynek wydawniczy jest jednak trudny, w dodatku okazało się, że największy popyt jest na ciuchy dla dorosłych i jakoś w tym kierunku naturalnie poszliśmy. I doszliśmy aż tutaj (Maciek ogląda się i głową wskazuje kolorową witrynę sklepu w ceglanej kamienicy).

 

 

 

Pan tu nie stał

 

 

Od razu mieliście sklep internetowy?

 

Tak. Tak było najprościej. Pierwszy sklep stacjonarny mieliśmy w starej willi na ulicy Jaracza nad klubem Bagdad Cafe. Bagdad Cafe był jednym z pierwszych pubów w mieście. Teraz trochę się już tam pozmieniało…

 

 

 

Pan tu nie stał

 

Pan tu nie stał

 

 

 

Czy wszystkie wasze ciuchy szyte są w Polsce?

 

„Wyprodukowano w Polsce, a dokładnie w Łodzi” – taki napis znajdziesz na naszych metkach. Tak, szyjemy ciuchy w Łodzi lub w okolicy. Chcieliśmy wytwarzać nasze towary lokalnie. To po prostu wygodne, bo zawsze można podjechać i spojrzeć, na jakim etapie jest produkcja.

 

 

 

Pan tu nie stał

 

 

 

Skąd się biorą grafiki?

 

Aktualnie wszystkie grafiki projektuje dwóch naszych grafików, Bartek Bojarczuk i Maciek Polak, ale zlecamy projekty również innym artystom. Kiedyś ja się tym bawiłem, ale teraz „zakopałem się w fakturach” i nie mam na to czasu (śmiech).

 

 

 

Pan tu nie stał

 

 

 

Pamiętam koszulkę w logotypy. Przypomnij mi, z jakiej okazji powstała?

 

OWZG – koszulka z okazji II Ogólnopolskiej Wystawy Znaków Graficznych! Pierwsza odbyła się w latach sześćdziesiątych. Do drugiej edycji udało nam się stworzyć linię gadżetów.

 

 

 

Pan tu nie stał

 

Pan tu nie stał

 

Pan tu nie stał

 

 

 

Ciuchy kolarskie i kolekcja Peleton, to mnie interesuje najbardziej! Opowiedz o tym.

 

Kolekcję Peleton wymyśliliśmy około cztery lata temu. Początkowo tworzyliśmy ją z firmą Rush i Rafałem Lejmanem (knajpa „Nóż”, w której siedzimy, należy do niego, tak jak i znajdujący się niedaleko zakład fryzjerski Brush. Łódź! Po prostu Łódź!).

 

 

 

 

 

 

 

Co jest w kolekcji? Dla kogo jest przeznaczona?

 

„Dla zdrowych i chorych” (śmiech). Mamy ciuchy typowo wyczynowe: koszulki, spodenki i bluzy, z materiałów wysokiej jakości, o dopasowanym kroju. Jest też odzież miejska: spodenki, spodnie, t‑shirty i wiatrówka. Ciuchy uszyte z „cywilnych” materiałów, mają służyć commuterom. Wiatrówkę zaprojektowaliśmy i uszyliśmy pode mnie. Moja stara się popruła, brakowało w niej kieszonki na chustki, których ciągle używam. W nowej po prostu ją zrobiliśmy.

 

 

 

 

Pan tu nie stał

 

 

 

Wasze koszulki opierają się na ilustracjach i podpisie do nich. Kto to wymyśla? Kto nadaje temu kierunek?

 

Justyna i ja narzucamy ramy. Na przykład od jesieni tematem będzie projekt. Pojawi się dużo motywów związanych ze sztuką i projektowaniem graficznym, trochę z architekturą. Nasi graficy, poznając nasz zamysł, starają się go rozwinąć. Czasem udaje nam się współpracować z jakąś instytucją lub tworzyć coś z związku z jakimś wydarzeniem kulturalnym. Mieliśmy serię współtworzoną z Instytutem Książki i Studiem Otwartym z Krakowa. Pojawiły się wtedy koszulki z Lemem, Witkacym, Gombrowiczem, Schulzem, Hłaską i Nałkowską. Niestety, w Instytucie Książki zmieniła się ekipa i kolekcja przestała być wznawiana. Są hasła, których źródeł już w tej chwili nie pamiętam. Nie pamiętam skąd wziął się „Ptyś”...

 

 

 

Pan tu nie stał

 

POJEMNOŚĆ JEDEN TALERZ

Poczucie humoru ludzi z „Pan tu nie stał” widać nawet na bidonach.

 

 

 

Miałem kiedyś taki „Pomysłownik”, notes, w którym zbierałem inspiracje. Potem przepisałem je do sekretnego pliku na komputerze, który cały czas uzupełniam nowymi hasłami i pomysłami.

 

 

 

Pan tu nie stał

 

W PELETONIE RAŹNIEJ

Ruszamy na przejażdżkę: najpierw ulica Piotrowska, potem uciekamy z Łodzi w pola.

 

 

 

PROJEKT „WIELKI INTERES”

 

Powoli kończą się nam tematy do omówienia. Ja mam już dziesiątki zdjęć z ciuchami, a ekipa nie może się doczekać, by opowiedzieć o swojej zeszłorocznej wyprawie. Ruszamy w miasto coś przekąsić. Jedząc wegańskie burgery z buraka, Marcin, Mariusz i Maciek zaczynają snuć swoją opowieść… „Nagrywa się? Pierwszego dnia wypiliśmy po siedem browarów!” – tak zaczyna się historia siedmiodniowej wyprawy, której zapis na Stravie układa się w szkolny, symboliczny rysunek penisa.

 

Trasa rozpoczyna się w Łodzi, biegnie na północ w okolice Elbląga i Malborka, po czym zawraca i kończy się na Dworcu Centralnym w Warszawie. Niebagatelne 1057 kilometrów, czyli średnio 160 kilometrów dziennie. By kształt przypominał to, co miał przypominać, ekipa jedzie na przełajówkach, by w razie konieczności bezboleśnie wjechać w teren.

 

 

 

Pan tu nie stał

 

PIOTROWSKA

Wybrukowana tabliczkami z nazwiskami mieszkańców Łodzi.

 

 

 

Kto to wymyślił?

 

Maciek! Ale początkowo wymyślił to tak, że trasa miała trzy i pół tysiąca kilometrów. Musieliśmy to przeskalować, bo nikt z nas nie miał tak dużo czasu. 

 

 

 

 

Pan tu nie stał

 

ZAŁÓŻ SIĘ!

Wielki Interes. Pomysł tak absurdalny, że należało go niezwłocznie wykonać!

 

 

 

Kiedy to przejechaliście?

 

W czerwcu 2017 roku. Jechaliśmy dokładnie w czasie Open’er Festivalu w Gdyni. Normalni ludzie jadą wtedy na Open’era, mniej normalni planują podbój świata największym na świecie rysunkiem. Chcieliśmy pobić rekord. Zainspirował nas Stephen Lund, który za pomocą urządzeń GPS rysuje rysunki, przemieszczając się miejskimi ulicami. Jego rysunki wymagają przejechania około pięćdziesięciu kilometrów. My chcieliśmy czegoś wielkiego! Każdy facet chce... Nasza potrzeba wyczynu i dokonania czegoś w życiu znalazła szerokie społeczne uznanie. „Era pionierów nadal trwa” – napisano o nas w jakimś serwisie internetowym.

 

(Siedzimy na ławce, mlaskając, pochłaniamy wegańskie kalorie, ton rozmowy już dawno przestał być poważny…)

 

 

 

Pan tu nie stał

 

 

 

Muszę przyznać, że wasz rysunek na Stravie jest nad wyraz szczegółowy.

 

Tak, niektórzy dopatrują się nawet jakiegoś dodatkowego kłaczka. Ten nadprogramowy kłaczek był akurat wynikiem poszukiwania noclegu. Cewkę moczową, na przykład, narysowaliśmy, jadąc bez bagażu z Malborka do Prabutów. To była bardzo przemyślana ekspedycja.

 

 

 

Pan tu nie stał

 

 

 

Czy jechaliście tylko asfaltem?

 

Nie. Żeby rysunek trzymał kształt, musieliśmy jechać, czym się dało. Raz po jakiejś burzy musieliśmy zawrócić z wyznaczonej trasy, czasem trafiały się zrujnowane asfalty, jednak Strava bardzo ładnie wyznaczyła nam szlak.

 

 

 

Pan tu nie stał

 

 

 

W co się spakowaliście?

 

Nie mieliśmy namiotu, bo planowaliśmy nocować w agroturystykach, więc odpadło nam sporo bagażu. Jechaliśmy z torbami podsiodłowymi i torbami na kierownicy. Na tydzień w takie dwie torby spakuje się każdy przeciętny facet. My nawet przywieźliśmy do domu jakieś czyste rzeczy.

 

 

 

 

Pan tu nie stał

 

 

 

Trasa o długości tysiąca pięćdziesięciu siedmiu kilometrów zapisana jest w jednym kawałku. Udało się bez problemu, czy musieliście kombinować?

 

Ostateczny rysunek trasy jest z licznika Wahoo Elemnt. W Mławie Garmin Maćka uciął jeden dzień, GPS Marcina troszkę się wieszał. Cały czas mieliśmy przygotowane powerbanki, a na noc zawsze liczniki były podłączone do ładowania.

 

 

Jak z pogodą?

 

Pogodę mieliśmy super. Poza jednym ekstremalnym dniem, kiedy wichura i ulewny deszcz podkopały nasze morale. Zatrzymaliśmy się na chwilę i Maciek powiedział: „Zapytam o to, o co każdy chce zapytać. Zrobimy sobie dzień przerwy?”. Marcin nie miał akurat nastroju i powiedział: „Nie”. Tego dnia najszybciej pokonaliśmy zaplanowany dystans. Nigdzie się nie zatrzymywaliśmy i było nam tak zimno, że bardzo byliśmy zadowoleni, że możemy trochę się poruszać.

 

 

 

 

 

Co jedliście?

 

Żelki i M&M’sy (śmiech). I piwo, dużo piwa. Poza tym kotlety, ziemniaczki i surówkę.

 

 

Czy czujecie się bohaterami?

 

Na pewno zapisaliśmy się w świadomości pewnej części społeczeństwa. Pisali o nas Rosjanie, ASZdziennik uznał nasz wyczyn za tak absurdalny, że mimo iż nie był fejkiem, wspomnieli o nas na swych łamach, pisała o nas gazeta.pl. Ktoś nazwał naszą dyscyplinę „sportem konceptualnym”. Obce kobiety oznajmiały nam, że widziały naszego penisa.

Marcin: Moja córka wysłała mi zrzut ekranu z wiadomością, którą otrzymała od swojego brytyjskiego kolegi, będącego fanem Reddita: „Jak się czujesz, wiedząc, że twój stary jest bardziej cool niż ty?”. Tak, stanowczo dokonaliśmy CZEGOŚ!

 

 

 

Pan tu nie stał

 

MISJA WIELKI INTERES

Maciej, Mariusz i Marcin na finiszu misji. Największy rysunek na świecie ukończony!

 

 

 

Jakieś plany na kolejny rekord?

 

Tak, ale zdradzimy je, kiedy zostaną zrealizowane.

 

 

 

 

Pan tu nie stał

 

 

 

Całej ekipie życzymy pomysłów na nowe rekordy, a wam nieustającego dążenia do bycia cool.

 

Punktualnie o 17.00 pożegnałam chłopaków na dworcu Łódź Widzew, po 60 kilometrach wspólnej wycieczki, by następne 3,5 godziny spędzić, stojąc z rowerem w przedsionku przepełnionego pociągu Intercity. Lampki, które przezornie wzięłam ze sobą, bardzo się przydały. To był świetny dzień! Naprawdę cool!

 

Przepraszamy, nie umieścimy gpx z trasą Maćka, Marcina i Mariusza - jest zbyt duży! :)

 

 

 

Artykuł ukazał się w Tour 2/2018.

 

Jego wersję elektroniczną możecie zakupić TUTAJ lub napisać do nas na redakcja@magazynbike.pl, jeśli macie chrapkę na papierowe wydanie. 

 

Komentarze do artykułu