Emonda

L’Eroica 2017. Surowa piękność

Ze wspólnej jazdy, dla zabawy, fanów starych rowerów w ciągu 20 lat wyrosła masowa impreza. W 20. edycji L’Eroiki wzięło udział aż 7000 fanów retro. Nasz autor był jednym z nich.



Claudio Marinangeli wznosi dłonie do nieba i śmieje się od ucha do ucha. Mamma mia! Oczywiście, że przed 20 laty nie miał pojęcia, co rozwinie się z jego pomysłu. „W premierowej edycji na starcie L’Eroiki pojawiło się 92 uczestników” – przypomina sobie jeden z dwóch twórców toskańskiego spektaklu na dwóch kołach. Stoi teraz w mikroskopijnym biurze w centrum Gaiole w Chianti i patrzy na zewnątrz, na Via Bettino Ricasoli, zatłoczonej niczym w szczycie karnawału (a start dopiero następnego dnia). Mimo tego masy ludzi suną po ulicach i zaułkach na północy Toskanii.

 

W każdym wolnym kącie handlarze rozstawili swoje stoiska. Dostępne są drapiące, wełniane koszulki, przepiękne stalowe szosówki, setki kilogramów części zamiennych, wszystko, co wzbudza żywsze bicie serca fana retro. Jeden z nich z błyskiem w oku prezentuje parę właśnie zdobytych, brązowych gum Campagnolo. Dla niego wyjazd do Toskanii już się opłacił, ale oczywiście następnego dnia wystartuje. 

 

 

 

Numer z espresso

 

Kilka metrów dalej trwa wydawanie pakietów startowych. Mam numer 4220, w sumie na trasę wjedzie 7000 fanów z 45 krajów. W kolejce stoją też np. byli niemieccy zawodnicy, Mario Kummer i Erik Zabel. Ten pierwszy chce przejechać 209 kilometrów, a „Ete” z przyjaciółmi z Berlina tylko 75. Widziano też Felice Gimondi (74). Do numeru startowego dołączona zostaje puszka espresso i butelka chianti.

 

Przyjemności trzeba smakować w spokoju. Jazda na rowerach liczących przynajmniej 30 lat, stalówkach w okolicach 11 kilogramów, wyposażonych w manetki na dolnej rurze ramy, z linkami hamulcowymi na wierzchu i pedałami z noskami – takie są kryteria startu. Najlżejsze przełożenie? Przy 42x26. Zważywszy na wredne tutejsze podjazdy brzmi to jak żart, i to słaby. „U nas jest dość stromo – mówi Marinangeli – ale zdarza się też i 10% dla odpoczynku”. Śmieje się, więc myślę, że żartuje. Ale tak nie jest…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z powrotem na naturalne drogi

„Okazanie twardości”, wytrzymałości, było też podstawowym pomysłem na imprezę przed 20 laty. Giancarlo Brocci chciał dzięki historycznej pętli przypomnieć o erze Gino Bartalliego, a Claudio Aarinangeli dorzucił do tego ideę, że dzięki takiej imprezie można uratować także Strada Bianche, czyli naturalne utwardzone drogi przed asfaltowaniem. Dlatego do dziś spore fragmenty trasy prowadzą przez ubite drogi szutrowe i ziemne. To nawierzchnia, która gdy jest mokro, staje się śliska, a gdy jest sucho, wypełnia kurzem ostatnie pęcherzyki płucne. Wskazana jest też umiejętność jazdy w peletonie w związku z tłumami na starcie!

 

 

 

W czasach pionierskich było nieco spokojniej. Irio Tommassini, założyciel kultowej marki o tej samej nazwie z Grossetto, osobiście czuwał nad tym, by zarówno rower, jak i kolarz, spełniali kryteria. Stary człowiek siedział na krześle obok startu i uważnym wzrokiem lustrował paradujące przed nim rowery retro. W ostatniej chwili montowano noski do pedałów albo zmieniano tylne koło, gdy tylna zębatka miała więcej niż 26 zębów, bo retro kończy się przecież na 42x26. Na podjazdach sięgających 18 procent ma trochę boleć. „Wcześniej było to niczym spotkanie rodzinne” – przypomina sobie Wilfried Hajek, który był na starcie 17 z 20 Eroik. Wraz ze swoim niebieskim Giosem Torino towarzyszył imprezie niemal bez przerw. „Oczywiście, dziś tłok jest olbrzymi – mówi – ale L’Eroica mimo tego nadal jest fascynująca”.

 

 

Niedziela rano, czas ruszać. Mgła walczy z brzaskiem, padało przez całą noc, przestało dopiero dwie godziny wcześniej. To dobrze, mówią rutyniarze, nie będzie kurzu. Karawana może zbliżyć się do linii startu. Stary Tommassini nie byłby już w stanie sam przeprowadzić kontroli, organizatorom wystarcza na czterech stanowiskach kontrolnych krótki rzut oka na numery startowe. Więcej nie byłoby nawet możliwe.  Start jest otwarty od godziny piątej rano dla trzech długich rund między 115 a 209 kilometrami. Od godziny ósmej wyruszać można na dystanse 46 i 75 kilometrów. Tysiące pchają swoje rowery do strefy startowej, wypuszczani są peletonikami liczącymi ok. 100 osób. Pierwsze dziesięć kilometrów dla wszystkich jest identyczne. Później czeka Castello di Brollo, pierwszy podjazd po drodze gruntowej, także taki sam dla wszystkich.    

 

 

 

 

 

 

 

 

Serce wali

Wygląda pięknie. Dojazd do zamku prowadzi przez park ze starymi drzewami, na brzegu drogi płonące pochodnie wskazują kierunek, wygląda to trochę tak, jakby człowiek znajdował się w drodze na pogrzeb, czuje się też tak, jakby to był jego własny pochówek. Już po 20 metrach wrzuca się 42x26, podjazd prowadzi stromo pod górę ostrymi agrafkami. Trzeszczą napędy, niektórzy cicho klną, inni głośno śpiewają, by pokazać, że obciążenie jest przyjemnością. Na drugim zakręcie młody człowiek, z powodu zbyt wolnego tempa, po prostu pada na bok, pies kryje się lękliwie za jednym z kibiców. To musi wyglądać komicznie. Ciężko dyszący kolarze, głównie starsi panowie, podskakujący ze wzrokiem wbitym w drogę. Najpóźniej tu staje się jasne, dlaczego start jest możliwy wyłącznie za zezwoleniem lekarza. Serce wali. Rozpędzenie się byłoby niemożliwe.

 

 

Po zaledwie kilometrze ciało może odrobinę odpocząć. Jest bardziej płasko, są i fotografowie, czas więc na uśmiech. Jeśli ktoś pamięta swój czas przejazdu, wieczorem może spróbować znaleźć swoje zdjęcie w sieci. Po trzech kilometrach pierwszy odcinek Strade Bianche za nami. Jednak po 3000 metrów asfaltów ponownie zaczyna trząść. Tak już do końca trasy. Naturalne drogi oznaczają także tyle, że nie wiadomo, co nas czeka. Za sprawą nocnych opadów niektóre linie są twarde, ale nawierzchnia śliska. Naprawdę przykre są jednak sekcja z głębokimi dziurami albo tarką, które mogą na zjazdach spowodować wypadanie ostatnich plomb z amalgamatu. Do zjazdów na starych rowerach potrzebne są umiejętności i wiara, puszczenie się, a pod górę deptanie w pedały, i to solidne. Jako debiutant zarezerwowałem dla siebie możliwość hamowania i zostałem wyprzedzony tak, że niemal wywrócił mnie pęd powietrza. Szacunek.

 

 

Rzut oka na piękność

W przepięknej miejscowości Radda, po 42 kilometrach, pora na odpoczynek. Stempel dostaje się oczywiście w najwyższym punkcie w granicach miejskich murów, potem wędruje się znów na plac. Na stoiskach chleb maczany w oleju lub winie, do tego woda i słodycze. I widok na piękne rowery. Stalowe rumaki może i są ciężkie, ale za to jak wyglądają... A tak poważniej, czy karbon nie rozpadłby się w pył w trakcie takiej trzęsawki? Kto wie…

 

Ciąg dalszy. Z kilometrami człowiek przyzwyczaja się do ciągłej zmiany między niekończącymi się stromiznami i wyboistymi zjazdami. Im bliższy jest cel, tym bardziej towarzyszy uczucie, że przeżywa się właśnie wyjątkowy dzień. Poza tym po przystanku kolarze tak się rozjeżdżają po trasie, że jedzie się naprawdę jak samemu. Z powrotem w Gaiole dostaje się ostatni stempel, poklepywanie po ramieniu i medal na szyję. A potem pasta i chianti pod imprezowym namiotem. To było wprawdzie tylko 75 kilometrów, ale zakwasy jak po 200.

 

Claudio Marinangeli pyta, jak było. On sam startował tylko dwukrotnie, na początku, potem zwyczajnie nie starczyło mu czasu. 50 ludzi pracuje obecnie jako wolontariusze przy imprezie kopiowanej na całym świecie. A w dniu wyścigu pracuje 300 osób. No, właśnie, jak było? „Fenomenale” – powiedzieliby Włosi.

 

 

 

 

Iluzja - To, co wygląda niczym malowidło z dawnych czasów, wymaga od kolarzy konkretnej twardości. 

 

 

 

 

 

Incognito - byłego zawodowca Erika Zabela trudno odróżnić od prawdziwych kolarzy retro.

 

 

 

 

 

 

Z jednego kawałka - prawdziwi fani retro nie zadowalają się samym rowerem, pasować musi też strój!

 

 

 

 

 

Historia sukcesu - przed 20 laty Claudio Marinangele wpadł na pomysł L’Eroiki...

 

 

 

 

 

Rynek ...który w międzyczasie stała się jednym z najbardziej obleganych i najsłynniejszych miejsc spotkań sceny retro. 

 

 

 

L’Eroica 2017   

L’Eroica di Gaiole

Termin 2017

1 października

Koszty

ok. 70 euro

Trasy

46/74/115/135/209 km

 

 

Info

eroicagaiole.com

Inne imprezy z serii Eroica

Pod marką „L’Eroica” rozgrywane są obecnie na całym świecie inne imprezy retro, np. 9 kwietnia w Kalifornii, a od 20 czerwca do 2 lipca w Limburgu, poza tym również w Japonii, RPA, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii.

 

 

Info

eroica.cc

 

 

 

 

 

 

Komentarze do artykułu