Desert Dash 24 godziny nieskończoności

Namibia, położona na pustynnych obszarach niespecjalnie przyjaznych wegetacji, zalicza się do najrzadziej zaludnionych krajów świata. Kto wpadł na pomysł, by właśnie tam zorganizować maraton MTB? Najdłuższy na świecie – 369 kilometrów. I tylko 24 godziny na ich pokonanie. Mityczny Desert Dash.



 

Podziemna strefa ochronna. Start zaplanowano w piwnicy wielopoziomowego parkingu chłodzonego za pomocą klimatyzatorów. Wcześniej przed startem regularnie dochodziło do omdleń zawodników.

 

Temat pustyni w muzyce rockowej został przemilczany. Co prawda istnieje w Internecie lista 50 najlepszych piosenek, które mają w tytule słowo „pustynia”, od „Desert Rose” Sarah Brightman po „Desert Sand” UB40, ale to zdecydowanie nie są przeboje.

 

Trzeba naprawdę czegoś więcej, by skłonić sforę do diabelskiej pogoni i wprawić ją w odpowiedni nastrój. Na przykład dżungli, nawet jeśli skojarzenia będą bardzo odległe.

 

„Welcome to the Jungle!” Guns‘n Roses zawyło z rozkręconych na maksa głośników wśród ścian parkingu centrum handlowego, górującego na południowym brzegu Windhoek nad morzem domów jednorodzinnych. Tam, gdzie stolica Namibii stapia się z zakurzoną nicością. Strefa startu została zbudowana na najniższym poziomie parkingu. Stanowił strefę ochronną. Ostatnią osłonę przed żarem piekła czekającego na jadących na zewnątrz. Tysiąc zawodników czekających na start zbiło się w wielką, kolorową masę. Z przodu stali soliści, za nimi teamy dwuosobowe, a całkiem z tyłu sztafety czwórek. Klimatyzatory pompowały zimne powietrze w bloki startowe. To zabieg wynikający z ostrożności organizatora. Wcześniej, gdy maraton startował pod gołym niebem, powtarzały się omdlenia zawodników, zanim w ogóle zdążyli wyruszyć. Sygnał do startu Desert Dash rozbrzmiewa tradycyjne dokładnie o 15. O tej porze słońce operuje z maksymalną mocą, 38 do 40 stopni. To przeżycie jakby grillowano ciała żywcem.

 

„Tak musi być” – szepcze Charlie Leidel (48 lat) stojący z przodu wśród jadących solo. Jest tu już czwarty raz. Najchętniej celebruje sport wytrzymałościowy w rygorystycznym stylu, co widać po jego szczupłej sylwetce. W swoim pierwszym starcie został wynajęty jako pomocnik na rowerze dla dwuosobowego teamu. Toczący się mechanik i dostarczyciel przekąsek, z plecakiem pełnym akumulatorów do oświetlenia, części zapasowych i batoników, od ciągnącego się za nim duetu nieoczekiwanie dostał zielone światło. Ledwie żywy i tak wyczerpany jak nigdy wcześniej rzeczywiście osiągnął cel. W następnym roku był drugi. Próba wygrania w jeszcze kolejnym starcie stała się największą porażką jego sportowej kariery. Na setnym kilometrze nie był w stanie jechać. DNF – did not finish. Teraz wrócił. Cieleśnie przygotowany, maksymalnie skupiony. Ostatnie szlify zbierał w Holandii, by zahartować ciało i psychikę na piaszczyste, wysysające siły trasy Desert Dash, nie bał się wystartować w otoczonym złą sławą wyścigu po plaży. 369 kilometrów przez płaskowyż Khomas i pustynie Namibii. Przeciwny wiatr, tarki, ciernie, piach. I tylko 24 godziny na dotarcie do mety. Co za obłąkany wyścig! „Najdłuższy na świecie!” – jak informuje strona internetowa imprezy.

 

„Jeśli ktoś przejechałby tę trasę samochodem terenowym, nigdy nie wpadłby na pomysł, by spróbować tego samego na rowerze” – szczerzy zęby Leidel.

 

Godzina 15.00, wystrzał startera

 

Sfora w towarzystwie dramatycznej rockowej muzyki wypada na wolną przestrzeń. Na niebie nie ma nawet chmurki. Przypomina to skok wprost w paszczę smoka ziejącego ogniem.

 

Jeśli wierzyć temu, co piszą, pustynie to obszary nieprzyjazne dla życia. Puste strefy śmierci, gdzie przetrwanie jest praktycznie niemożliwe. Pustynia Namibii, jak wynika z dostępnych danych, to rzeczywiście jedno z najbardziej niegościnnych miejsc na ziemi. Nieliczne rośliny i zwierzęta, które nic sobie z tego nie robią, przez miliony lat przystosowały się do brutalnego otoczenia. Na przykład gekon piaskowy pomyka po wydmach o temperaturze do 70 stopni i zatrzymując się, bez przerwy zmienia kończyny, by nie uległy poparzeniu. Albo welwiczja, prawdopodobnie najtwardsza z roślin, ma korzenie sięgające daleko, by czerpać z podłoża najdrobniejsze krople wody. Za to dla ludzi Namibia jest tak nieprzyjazna, że obok Mongolii pozostaje najrzadziej zaludnionym krajem na świecie. Trzeba odrobiny szaleństwa, by wpaść na pomysł, żeby właśnie tu zorganizować wyścig MTB. Do tego tak monstrualny. Czy to jeszcze zwariowane czy już szalone?

 

Jeśli zadamy to pytanie Guntherowi Swobodzie (44 lata), najpierw uśmiechnie się rozmarzony. Swoboda nie jest tym, który wymyślił wyścig. Miał z tym jednak coś wspólnego. Dorastał w Namibii. Żółty Muddy Fox, który przywiózł w 1988 z podróży do Niemiec, był (jak chętnie opowiada) pierwszym rowerem MTB w Namibii. Na tym rowerze Swoboda z czterema kumplami przejechał z Windhoek do Swakopmund nad Oceanem Atlantyckim. Wyprawa trwała trzy dni. Swoboda był wówczas nastolatkiem. Nie jest w stanie stwierdzić, czy jego przejazd przez pustynię był inspiracją dla wyścigu, który głodni przygody fani długich dystansów powołali do życia w 2005, Desert Dash. W każdym razie trasa przez Namibię jest niemal identyczna, a wielu zorientowanych wie o premierowym przejeździe pięciu kumpli. Jak to często bywa, Swoboda żyje dziś w Europie i niewiele słyszał o popularności wyścigu. Aż do podróży do Namibii w ubiegłym roku. Wtedy natychmiast stało się dla niego jasne: „Muszę to zrobić”. Trudno jednak akurat w tym momencie uzyskać od niego więcej szczegółów. Musi zwymiotować. Od dziewięciu godzin walczy z pustynią. Teraz zbuntował się jego żołądek.

 

To trzeci punkt kontrolny, 180. kilometr. Noc czarna jak kruk, nieprzenikniona zasłona ściele się nad pustynią. Słońce dawno się schowało, ale nadal jest upalnie. Czerń połknęła góry, szutrową drogę, horyzont. Nic nie widać. Tylko światła kolarzy przecinające wielkie, ciemne „nic”, niczym mała, śliczna Droga Mleczna. Fantastyczne uczucie nieskończoności. Kosmiczne.

 

 

Gdy tylko słońce zanurkuje za horyzont, robi się diabelnie ciemno.

 

 

Najważniejsza informacja! Gdzie są bufety z wodą?

 

 

By ekipa organizacyjna, kierowana przez Leandra Borga (na zdjęciu), zawsze była osiągalna, na pustyni umieszczono ciężarówki ze wzmacniaczami sygnału.

 

 

Serwis w punkcie kontrolnym numer 3. Po prawej: Trasa ku przełęczy Kupferberg.

 

Punkt kontrolny króluje nad wzgórzem. Wesoło błyskające namioty karmione są prądem przez dieslowskie agregaty. To słynny „halfway point”. Miejsce, gdzie najwięcej osób się wycofuje. Swoboda trzyma się trochę z boku. Wymioty dobrze mu zrobiły. Żołądek znów się trochę uspokoił. Swoboda nie jest jedynym, który doszedł do granic swoich możliwości. Niemal wszyscy, którzy docierają tu i odjeżdżają, czy też poruszają się między autami towarzyszącymi, w jakiś sposób przypominają zombie. Kolarze nie są welwiczjami… To jasne. Co się stanie, gdy człowiek na siodełku roweru zmierzy się z pustynią? Desert Dash odkryje każdą słabość. Włókna mięśniowe błagają o tlen, ale płuca kurczą się astmatycznie od łykania kurzu, podczas gdy żołądek od ustawicznych wstrząsów odmawia posłuszeństwa. Ciągły nieprzyjemny smak w ustach, znany tylko z infekcji żołądkowych. Do tego dochodzi przeciwny wiatr, który sprawia, że lycra łopocze na nogach. Kurcze, zwątpienie, brak tchu. To wszystko rezerwuje się, wypełniając formularz zgłoszeniowy. Podstawowe składniki euforii, która wybucha później, na mecie. Jeśli ktoś dojedzie aż tam. Procent kończących wśród startujących solo? Około 60.

 

Dystans ma w sobie coś monstrualnego – 369 kilometrów! Nie ma na świecie dłuższego wyścigu. To sprawia, że impreza obrasta mitem. Wzrasta liczba uczestniczących, zwiększa się zainteresowanie mediów. W początkowych latach Desert Dash liczył „tylko” 340 kilometrów. Szokiem dla ówczesnego szefa Aidena de Lange była wiadomość, przekazana przez jednego z klientów, że istnieje jeszcze dłuższy wyścig. Błyskawicznie podkręcił liczbę do 369. W ten sposób znów został zaprowadzony porządek. Kto próbuje po raz pierwszy, zostaje skarcony. 3200 metrów przewyższeń zbiera się już na pierwszych 180 kilometrach, co wymaga ostrożnego startu. Pamięta o tym niewielu. Także zalety fulli zdają się doceniać ci, którzy już raz siedzieli, wijąc się na brzegu szlaku, trapieni kurczami wywołanymi ciągłymi wstrząsami tarki z drobnego piasku lub grubszego żwiru. A jednak jeśli ktoś, jak Charlie Leidel, jest tu po raz czwarty, oczywiście wie, jak działa efektywne niszczenie kilometrów.

 

Jest wczesny ranek, piąty punkt kontrolny, 323 kilometry. Z pustym spojrzeniem, ale zmotywowany jak przedtem, Leidel wypina się z pedałów. Szybkie napełnienie bidonów, potem w drogę. Leidel nie wie, na którym jest miejscu. Ma jednak świadomość, że w czubie. Zgodnie z jego harmonogramem powinno już robić się jaśniej. A jednak pustynia pozostaje jeszcze w nocnym mroku. Co oznacza, że szybko się przemieszcza. Szybciej, niż zakładał. Taktyka pokonywania podjazdów na miękkich przełożeniach okazała się więc właściwa. I dodawania gazu tylko na płaskim. Także decyzja zrezygnowania zupełnie ze stałego pożywienia. Leidel zamówił u ekspertki od sportów wytrzymałościowych proszek do napoju, przystosowany do jego potrzeb. Elektrolity, węglowodany, roztwór osmotyczny. Wiedza sama w sobie. Wyścigu takiego jak Desert Dash nie jedzie się jak typowego maratonu. To skomplikowany, długodystansowy projekt. Rodzaj pracy doktorskiej zapisanej krwią, potem i łzami.

 

„Ok, to finał” – woła Leidel do swojej przyjaciółki, która jedzie w samochodzie towarzyszącym. Jeszcze 43 kilometry. Dla niego żaden problem, i tak nadrobił już trochę drogi. Opuszczając jeden z punktów kontrolnych, niechcący, spojrzał w jedno z oślepiających świateł przeciwników i nic nie widząc, źle skręcił. Dopiero po dwóch kilometrach, na pagórku, zauważył błąd. Cztery kilometry ponad wymagane. Zważywszy na morderczy dystans, obojętne.

 

Plaża w Swakopmund, tuż przed 6 rano. Reporterzy, którzy w namiocie lekko się upili, biegną podnieceni w stronę pawilonu znajdującego się obok strefy pomiarowej. Pilnujący trasę powiadomił o zbliżaniu się pierwszych zawodników. I oto wynurzają się z niebieskawej czerni kończącej się nocy. Prowadzący czteroosobowy team i najszybszy jadący solo Konny Looser ze Szwajcarii. 13:55 – pokazuje stoper. Looser nie robi wrażenia specjalnie zmęczonego.

 

„Jestem taki szczęśliwy” – mówi Szwajcar do mikrofonu reportera, potem pada swojej przyjaciółce w ramiona. Co za moment. Bohater, który zwyciężył pustynię. W ramionach ukochanej, poranek nad morzem. Zwycięstwo, pasja, świetny humor. Tematy, do których pasowałyby tysiące rockowych piosenek. Ale jest cichutko. Jedyny dźwięk to szum Atlantyku, który leniwie i niepowstrzymanie uderza w brzeg, tak jak czynił to od milionów lat. 13:55 to po prostu za szybko. Zestaw grający nie został jeszcze nawet podpięty.

 

 

Informacje

 

Namibia

 

Kraj na południowym zachodzie Afryki zaliczany jest do najrzadziej zaludnionych na świecie. Bardzo lubiany przez fanów safari ze względu na wyjątkowe piękno natury i imponujący świat zwierząt. Do Namibii łatwo jest dolecieć samolotem. Co ciekawe, wielu Namibijczyków mówi po niemiecku, to pozostałość z czasów kolonialnych, gdy Namibia nazywała się Niemiecką Afryką Południowo-Zachodnią.

 

Wyścig

 

Desert Dash, liczący 369 kilometrów, prowadzi ze stolicy Windhoek do Swakopmund nad Oceanem Atlantyckim, przecinając pustynię. Trasa podzielona jest na sześć odcinków. Jadący solo pokonują wszystkie etapy, teamy dwu- i czteroosobowe mogą je dzielić. Pojazd towarzyszący jest obowiązkowy, zarówno dla solistów, jak i teamów. Najbliższy termin startu – 10 grudnia 2021.

 

Najtrudniejsze

 

Wszystko razem. Długość. Upał. Podłoże. Przeciwny wiatr. Niezliczone, ultrastrome, krótkie podjazdy. Limit czasowy. Wyścig liczy tylko 4000 metrów podjazdów. Nie należy jednak Desert Dash lekceważyć. To jeden z najsurowszych egzaminów, jakim może zostać poddany biker.

 

Wyposażenie

 

Zdjęcia z wyścigu wyglądają niegroźnie, ale nawet fanom hardtaili polecamy fulla. Rozjeżdżone, często kamieniste trasy bez przerwy trzęsą. Nieustające mikrouderzenia kiedyś wywołają kurcze. Czysty horror! Oświetlenie to obowiązek. Długość działania jest ważniejsza niż moc, nawet lampa o mocy 5000 lumenów w kurzowej mgle niespecjalnie pomaga. Pomoc z zewnątrz jest zabroniona! Trzeba mieć ze sobą wszystko, co niezbędne. Ostre kamienie to zabójcy opon, są też ciernie. Dlatego tubelessy i mleko uszczelniające to podstawa.

 

Info: desertdashnamibia.com

 

 

Wyspa ratunkowa, bufet. Bez niego człowiek na pustyni by nie przetrwał. Co około 40 kilometrów dostępna jest woda, a i tak ma się bez przerwy uczucie wysychania.

 

 

Nie da rady dalej. Jeden z wielu, którzy nie dotrą do celu.

 

 

Dla szwajcarskiego mistrza Kenny’ego Loosera było to trzecie zwycięstwo w Desert Dash. Tym razem nie potrzebował nawet 14 godzin.

 

 

Topografia jest bardziej dzika, niż zdradza to rzut oka na profil wysokościowy. Trasa prowadzi wciąż w górę i w dół, bez litości wstrząsając jadącymi.

 

 

Wiwaty, kibice, chrypka. Przybywający są gorąco witani.

 

 

Po prawej: Medale finiszerów, tych, którzy musieli się wycofać.

 

Komentarze do artykułu