Strategia czajnika na Bike Maraton w Sobótce

Głupio nie startować, jak się ma maraton pod bokiem. Godzina w samochodzie i już. Góra, obiecująca trasa i strzał adrenaliny gratis. Jeśli ktoś lubi ściganie, może żałować, że nie pofatygował się do Sobótki na kolejny Bike Maraton.



Powód jest elementarnie prosty. Nie wiem dlaczego, ale w tym roku trasy Bike Maratonu są po prostu dobre. To nie znaczy, że w latach ubiegłych były złe, ale kolejne przykłady pokazują, że może być jeszcze lepiej. To ta niewymowna, trudno uchwytna mieszanka wielu elementów sprawia, że człowiek ciągle się męczy, a jednocześnie ma michę na twarzy, bo jazda sprawia przyjemność. Kowary, Złotoryja, Zieleniec, Jelenia i Sobótka to kolejne przykłady. W przypadku Sobótki było to tym bardziej trudne, że tym razem żadna z tras nie trafiała na Radunię. Ale jak to? No właśnie, okazuje się, że nawet bez odwiedzin sąsiedniej górki można wyczarować pętle - bo było ich kilka do wyboru - takie, by dobrze się bawić. Fascynujące jest to, że nawet dla takiej osoby jak, która jeździ po Ślęży dużo, znów było parę zaskoczeń. Nowe fragmenty ścieżek aż się proszą, by je odwiedzić ponownie. Co oczywiście zrobię i sprawdzę, czy nie da się ich połączyć np. w szlak bardziej enduro.

 

W sumie trudno całość opisać, bo trasa byla konkretnie "zósemkowana", zgrabnie kręcąc pętelki tak, by się nie przecinały. Co nie zmienia faktu, że w pewnym momencie gdy zobaczyłem zjeżdżających, zastanawiałem się, jak szybko także my pójdziemy ich śladem. A okazało się, że potrzebowaliśmy naprawdę dobrych kilku więcej kilometrów by dotrzeć do miejsca styku tras. Najzabawniejszy chyba jest to, że następnie wjechaliśmy na fragmenty doskonale mi znane z enduro. Podjazd, który prowadzi do najbardziej znanych tras na Ślęży czyli Żmii i Dolce. Jechałem więc pod górę i rozmyślałem o rzezi niewiniątek. Na skrzyżowaniu jednak wskoczyliśmy na półkę pośrednią i już wiedziałem, że ominiemy najwyższe, najtrudniejsze fragmenty. Potem minęliśmy wjazd na słynny rockgarden na Żmii, a następnie wjazd na kolejny odcinek Dolce. Uff, ścieżki zostały ocalone - dwa lata temu przejazd przez Świerkową zlikwidował wszystkie przeszkody - a przy okazji obyło się bez ofiar. Zdecydowanie kilka osób mogłoby mieć problemy. Potem nastąpił mój zakręt na Classica, znów minięcie Dolce i fajny zjazd tuż obok nową ścieżką. Ok, może nie nową, bo była w ubiegłym roku, przynajmniej częściowo, ale nic to nie ujmuje z jej atrakcji. Podobne sytuacja zdarzały się seryjnie. Trasę wydłużano w ten sposób, że pojawiały się kolejne atrakcje, umiejętnie eksplorując teren. Nie znam trasy Mega, ale na mapie wyglądała równie obiecująco! Sam Classic, a końcówka byla wspólna dla wszyskich, zgrabnie serwował na końcówce jeszcze singielka po krzakach, by wypluć na finiszowy szutr. Jakie to było dobre!

 

 

A na mecie reżimy sanitarne. Podobnie zresztą jak przed startem. Więcej niż zwykle ochrony i przypominanie o osłonie twarzy. Ściąganie maseczek w sektorach dopiero minutę przed startem. I dobrze. Pomimo czasów takie jakie mamy, można było odczuć, że ktoś dba o to, by zachować bezpieczeństwo. Nawet jeśli to uciążliwe, to zdecydowanie lepiej, by przechylenie było w tę stronę.

 

Skąd czajnik w tytule tekstu? Taką przyjąłem strategię. Gaz do dechy, czyli pełną parą, ale bez zagotowania. To był mój najlepszy start w tym sezonie, przynajmniej we własnej skali zadowolenia. Leciałem jak na skrzydłach (ok, małych) od startu do mety. Wyprzedzałem na podjazdach i zjazdach. Średnie tętno na mecie 164, maks 178, zadowolenie gratis. Chcę jeszcze! Swoją drogą dla mnie osobiście dystans Classic to objawienie sezonu. W Kowarach na Mega miałem już pod koniec problemy z kolanem, stąd i decyzja o skróceniu. W Zieleńcu Classic sprawił, że noga znów zaczęła się kręcić. Zmiany są dobre!  Po raz pierwszy od dawna startowałem na sztywniaku. Czy było łatwiej bo jest lżejszy? 8,9 kg Mondrakera Podium R zdecydowanie nie przeszkadzało. Sprawdził się w 100%.

 

Wyniki itp tradycyjnie na bikemaraton.com.pl

 

Komentarze do artykułu