Kirgizja, nowa mekka MTB

Kirgizja uchodzi za nową Mekkę podróżników rowerowych. Jałowy, górski kraj oferuje fanom MTB wspaniałe możliwości wspinaczki. Ale uwaga, na górze, poza przepięknymi widokami, nie ma absolutnie nic. Co czasami ma swoje wady...



 

Google Earth i opowieści podróżników stanowiły nasze jedyne źródło informacji. Wojskowe mapy z czasów ZSRR nie przedstawiają już niestety żadnej wartości

 

 

Surowość Kirgizji przyciąga, sprawia, że kraj jest ciekawy. Jeśli ktoś chce jednak odkrywać go na rowerze, powinien potrafić radzić sobie sam

 

 

Słynna jest gościnność mieszkańców Kirgizji. Ten człowiek, gdy był rosyjskim żołnierzem, wytatuował sobie na ramieniu DDR. 

 

Garnek

 

Pełni troski patrzymy na Sebastiana. Niczym w letargu kiwa się z rowerem na plecach to w jedną, to w drugą stronę. Całą noc wymiotował. Za pierwszym razem do naszego jedynego garnka, by nie zabrudzić namiotu i śpiworów. Pozostaje pytanie, czy wybrał właściwie? Dziś na śniadanie były tylko płatki owsiane i woda. Słaba baza jak na wspinaczkę i 2000 metrów w pionie. Ale już i tak pogodziłem się z tym, że nie uda się zrealizować naszych planów. Sebastian bardziej przypomina zwłoki niż żywą istotę. Nie możemy wziąć kolejnego wolnego dnia. Samolot z powrotem do ojczyzny nie poczeka.

 

Znajdujemy się w Kirgizji, słabo zaludnionym kraju między Chinami i Kazachstanem. Dokładniej rzecz ujmując, na południe od Karakołu, w środku gór Terskej Ałatoo, gdzie chcemy zdobyć sięgające niemal czterech tysięcy metrów szczyty wznoszące się nad jeziorem Ała-kol. Wygląda na to, że wzniesienie nie ma nazwy, mamy więc nadzieję, że będziemy na nim pierwsi. Atak na szczyt to ukoronowanie naszej pięciotygodniowej wyprawy do Kirgizji. Z tym, że będzie nam szło tak powoli, zupełnie się nie liczyliśmy. Stroma ścieżka, częściowo zarośnięta, prowadzi pod górę wzdłuż strumienia. Krzaki bez przerwy zaczepiają o koła, co niespecjalnie poprawia i tak już zważone humory. Sebastian jest wciąż biały jak kreda, a moja wiara, że uda mu się wspiąć na szczyt, słabnie. Raz za razem kładzie się na ziemi, jakby był gotowy zaakceptować śmierć z wyczerpania.

 

 

Cztery dni

 

Przygoda będzie trwać w sumie cztery dni. Na ramionach, wliczając w to żywność, rowery i wyposażenie, dźwigaliśmy w sumie po około trzydzieści kilogramów. Za sprawą nędznych śniadań i braku możliwości uzupełniania zapasów powoli dochodziłem do granic własnych możliwości. Im byłem ich jednak bliższy, tym bardziej ogarniał mnie nastrój medytacyjny. Moje myśli coraz bardziej oddalały się od procesu wspinaczki. Potężny wodospad spadał na skałę. Dudniący rytm, do którego podświadomie dopasowałem rytm kroków. Jak automat. Byłem w transie.

 

Ręka kolegi na ramieniu przywołuje mnie z powrotem do rzeczywistości. Sebastian, który w międzyczasie został już daleko z tyłu, znów spłynął i wsiąkł w trawie. Zatroskani wracamy. Za żadną cenę nie chce zawracać. W oddali można już rozpoznać przełęcz, przy czym nie jestem pewien, czy powinienem się cieszyć, czy nie. Jednocześnie zbocze góry staje się zdecydowanie bardziej strome. Nie da się ukryć, że coraz więcej jest też kamieni i powalonych pni drzew. Zaczynam wątpić, czy przypadkiem zejście w kolejną dolinę nie będzie wyglądać podobnie. Wyobrażenie, że po takiej męce być może nie znajdziemy nawet metra w dół, gdzie da się jechać, wpływa na mój nastrój. Google Earth i nieliczne opowieści wędrowców stanowiły nasze jedyne źródło informacji. Mapy wojskowe z czasów ZSRR także okazały się bezużyteczne. Przewodnicy w Karakoł już wcześniej uznali nas za szalonych i zapewniali, że nie będziemy w stanie zjechać z góry. Koledzy pozostawali jednak optymistami i gnali do przodu. Po dziewięciu godzinach rzeczywiście osiągnęliśmy położone na 3532 m n.p.m. jezioro Ała-kol. To dla mnie zagadka, jak Sebastian w tym stanie pokonał to podejście. Po wszystkim nie byliśmy nawet na niego źli, gdy w momencie nieuwagi zrzucił z kochera prawie ugotowane makarony. Nieźle smakowały również z ziemi. Także dlatego, że jednocześnie mogliśmy obserwować zachód słońca za masyw pięciotysięczników, które nas otaczały.

 

Już nad jeziorem Issyk-kul, drugim co do wielkości górskim jeziorem na świecie, które odwiedziliśmy z naszymi rowerami kilka dni wcześniej, zachody każdego dnia były coraz piękniejsze. Zawdzięczały to w szczególności błyskającym czerwienią gliniastym wzgórzom, które towarzyszyły brzegom. Raz po raz zbaczaliśmy z naszej trasy, by przejechać niektóre z pagórków. Całe dnie spędzaliśmy w trasie, by znów i znów wspinać się na wzniesienia liczące raptem po 100 metrów, by zaraz z nich zjechać. Wąskie grzbiety nie pozostawiały zbyt wiele miejsca na błędy. Na glinianych garbach w prawo i w lewo czekały przepaści liczące do 20 metrów. A jednak jazda po tej miniaturze Rampage była przednia, przynajmniej dopóki deszcz nie zmieniał jej w śliską masę. Odkąd wylądowaliśmy w Biszkeku, stolicy Kirgizji, bez przerwy mieliśmy pecha z pogodą. I tylko ze wspinaczką do jeziora Ała-kol udało nam się trafić we właściwe okno pogodowe.

 

 

 

Motywacja

 

Kolejny ranek. Miło rozgrzewające promienie słońca miękko zbudziły nas ze snu. Dobrze spaliśmy i czuliśmy wolę działania. Końcówka drogi ku szczytowi była stroma i swoim luźnym podłożem wysysała siły. Tego dnia motywacja była jednak tak wielka, że niemal szybowaliśmy. Na widok ostatniej stromizny poczuliśmy nawet przymus sprintu. Gdy w końcu na szczycie zdjęliśmy rowery z ramion, pokazał nam się widok, który przewyższał wszystko, co kiedykolwiek widziałem. Pod naszymi stopami błyskało turkusem jezioro Ała-kol, a my byliśmy otoczeni pokrytymi lodowcami górskimi olbrzymami.

 

Szczęście najwyraźniej trwało na krótko. Gdy kontemplowaliśmy widok, pogoda załamała się w ciągu zaledwie kilku minut. W piekielnym tempie nadciągnęły gęste, czarne chmury i wypróżniły się gradową mżawką. Tak silną, że uderzenia lodowych grudek bolały. Niespecjalnie zepsuło nam to humory, bo w dolinie odkryliśmy wijącą się ścieżkę szerokości chustki. Przez grad ruszyliśmy po śliskich kamieniach w dół. Moje palce niemal zamarzły, a ścieżka ze swoimi ostrymi zakrętami wymagała wyczucia. Nagle Sebastian zatrzymał się, bo złapał gumę. Wśród gradu i naszego śmiechu zmieniał dętkę. Biedak. Najpierw strajk żołądka, a teraz to. Przeraźliwie dygotaliśmy, ale ten zjazd pozwolił o wszystkim zapomnieć. Podczas gdy część górna była jeszcze zdominowana przez trudne agrafki i techniczne fragmenty, niżej ścieżka zmieniała się stopniowo we wstążkę pośród łąk, którą trudno byłoby lepiej wyznaczyć ręcznie. Nasze ramiona płonęły, ale upojenie endorfiną wykluczało zatrzymanie się. Choć byliśmy już bezgranicznie zachwyceni, góra wydawała się jeszcze bardziej rekompensować trudności. Zanurzyliśmy się w gęsty las iglasty z typowym, przyczepnym podłożem. Nasze opony wzbudzały kurz i igły, podczas gdy grupa wędrowców na nasz widok zaczęła wiwatować. Im byliśmy niżej, tym bardziej płaska stawała się ścieżka, aż przeszła w profil przypominający piłę, prowadząc wzdłuż rzeki. Z pełną mocą nacisnęliśmy na pedały, by skorzystać z ostatnich metrów. Uda płonęły, ale w najlepszy możliwy sposób. Uczucie satysfakcji z osiągnięcia celu jest nie do opisania.

 

Na końcu ścieżki trafiliśmy znów na łono cywilizacji, i to dokładnie u wrót źródeł termalnych Ałtyn Arashanu. Zsiedliśmy pełni euforii. Po bladości Sebastiana nie zostało nawet śladu. Uśmiechał się od ucha do ucha. Podobnie kipiącego energią życiową nie widzieliśmy go od wielu dni.

 

 

Nasze ramiona płonęły, ale upojenie endorfiną wykluczało zatrzymanie się. Góra wydawała się jeszcze lepiej rekompensować trudności ostatnich dni

 

 

Z dala od infrastruktury. Stolica Biszkek to tłoczny moloch, jak każde inne duże miasto.

 

 

Jeśli ktoś jednak wysiada tam z samolotu, błyskawicznie ucieka do jednej z wielu atrakcji, jakie kraj ma do zaoferowania. Na przykład nad turkusowe jezioro Ała-kol.

 

 

Info Kirgizja

 

Kraj

Kirgizja albo Kirgistan (obie nazwy są prawidłowe) leży na północny wschód od Chin i jest jedną z byłych republik ZSRR. Na północy graniczy z Kazachstanem, na wschodzie z Uzbekistanem i Tadżykistanem. 94 procent powierzchni kraju pokrywają góry. Od kilku lat ten słabo zaludniony kraj jest coraz popularniejszy wśród turystów poszukujących przygód.

 

Podróż

Za pośrednictwem Ural Airlines z Moskwy albo Turkish Airlines przez Istambuł. W przypadku Ural Airlines transport bagażu w postaci roweru o wymiarach do 203 cm jest bezpłatny, Turkish Airline wymagają opłaty w wysokości 90 euro. Uwaga, ewentualne problemy z rosyjskimi liniami wymagają znajomości rosyjskiego.

 

Trasa

Wystartowaliśmy w stolicy Biszkeku, skąd pojechaliśmy do Parku Narodowego Ala-Artsha, a stamtąd do Karakul i jeziora Ała-kul. Wzdłuż jeziora Issyk-kul istnieje wiele możliwości rowerowych wypadów po niesamowitych glinianych wzgórzach.

 

Wskazówki

Full nie jest konieczny, a w związku z tym, że dostęp do części zamiennych jest żaden, to tym bardziej gorszy wybór. Do nocowania wystarczy lekki namiot. Latem w Kirgizji, nawet w wysokich górach, panują przyjemne temperatury. Kartusze z gazem można kupić w ITMC w Biszkeku albo w Ecotrek w Karakul. Spożywanie miejscowych potraw wymaga mocnego żołądka. Mięso bywa przechowywane bez obniżania temperatury, a pochodzące z konserw niekoniecznie jest gotowane. Polecamy dobre jedzenie w Karakul w Asman, koniecznie warto spróbować szaszłyków.

 

Info

Ogólne informacje na temat Kirgizji: itmc.cantralasia.kg, ecotrek.kg

Komentarze do artykułu