Jeroen van Roekel i marzenie o 1001 rowerach

Holender Jeroen van Roekel po prostu lubi rowery górskie, więc kupował jakiś od czasu do czasu. Gdy niedawno przeliczył swoje nabytki, sam się zdziwił… Ups, przeszło 700 sztuk! Najwyższy czas, by przeprowadzić się do sali gimnastycznej i założyć muzeum.



Szczęście

 

Wieczorem, w dniu, w którym dostał klucze, Jeroen van Roekel natychmiast wprowadził się do swojego nowego domu, rozłożył karimatę, wskoczył w śpiwór i... czekał, aż będzie szczęśliwy. Ale przeklęte uczucie szczęścia nie nadchodziło.

 

Być może przyczyną było to, że leżał samiutki na boisku do koszykówki. Być może to, że przeszacował przytulność niegdysiejszej sali gimnastycznej. A może przyczyna tkwiła w wielu problemach, które trapiły go w tym czasie. Lęki egzystencjalne, ból po rozstaniu, troska o zdrowie... Prawdziwe, dręczące, wywołujące panikę problemy.

 

„To było przytłaczające, sam, w tej dużej hali” – mówi Jeroen w drodze do kuchni. „Myślałem, że to wielka wolność, ale to było komiczne” – słowa odbijają się echem w przestrzeniach “jednopokojowego” mieszkania. Kuchnia znajduje się wprawdzie w tym samym pomieszczeniu co łóżko i kąt z sofą, ale to jednak dobry kawałek drogi piechotą. Przez całe boisko, za drabinkami w lewo.

 

Jest 9 rano, na zewnątrz leje. Jeroen bierze butelkę Coli w rozmiarze XXL i opada na sofę w niebieskim kącie tworzącym centrum jego mieszkania. Na betonowo-stalowej ścianie wisi plakat z Gregiem Herboldem, tuż obok niego kominek próbuje rozgrzać atmosferę. Powyżej, pod jednym z koszy, nastrój ma wprowadzać martwa natura z sześciu Kleinów Attitude. Obok linii bocznej “boiska” łóżko i szafa na ubrania. Poza tym normalna sala gimnastyczna. Wygląda to maksymalnie absurdalnie, gdy Jeroen rozkłada się w swoim kącie na sofie, pod koszykarskim koszem, z poranną gazetą w ręku. Stopy oparte na masywnym, drewnianym stole luźno kiwają się w rytm ryczącej heavy metalowej muzyki.

 

 

Rok później

 

Minął już rok, odkąd Jeroen przeprowadził się do sali gimnastycznej na skraju Arnheim. Zdążył przywyknąć. To, co go wciąż nurtuje, to pytanie, czy znajdzie się miejsce dla jego wszystkich rowerów. Przed kilkoma miesiącami zaczął je tu stopniowo ściągać. Dwie sale lekcyjne w sąsiednim budynku szkoły, które Jeroen kupił razem z salą gimnastyczną, są już w całości wypełnione rowerami. W sumie cztery. Może być ciasno. Na kawałku ziemi w pobliżu czekają wypełnione dwa kontenery. Mniej więcej 140 rowerów czeka w piwnicy kumpla. Kolejne w piwnicy innego znajomego. Jeroen stracił rachunki co do dokładniej liczby. Ostatnio do codziennej rundy po singlach kupił rower Vicious Cycles, ponieważ nie był w stanie znaleźć w stercie ulubionego Mootsa. Ma mniej więcej 700 rowerów. Jeroen wzrusza ramionami i wzdycha, sam nie może w to uwierzyć. 700 rowerów! Kupowane przez 20 lat, czyli 35 w roku. Jak to się mogło zdarzyć?

 

Historia Jeroena i jego rowerów to historia zwątpienia i namiętności. Zaczęła się w latach 80. z zakupem górala Peugeota. Pędu nabrała dopiero w latach 90. Wtedy Jeroen uległ miłości do techniki MTB, aż do granicy fascynacji erotycznej. Rowery nie były wówczas przedmiotami, ale środkami wyrazu. Ramy, tworzone przez fetyszystów jakości, małych producentów niezważających na nakłady i koszty, mają status dzieł sztuki. Gdy później nastawiona na zysk produkcja masowa przejęła stery, ikony stały się przejściowo i okazjonalnie tanie. Dla Jeroena, którego zaczęła nękać podstępna choroba siatkówki oka, rowery stały się rodzajem kojącego duszę balsamu. Kupował klasyka za klasykiem i cieszył się dopracowanymi detalami. Problemy z oczami stawały się coraz większe. Wzrok pogarszał się niepokojąco szybko. Jeroen rzucił pracę stolarza i założył własną firmę budowlaną. Pracował bez przerwy, nie pozwalając sobie na odpoczynek, coraz częściej cierpiał na depresję. I kupował, kupował, kupował. Namiętność do rowerów była niczym kapsuła ratunkowa na szalejącym oceanie jego życia. Jeroen w garażu wybudował dodatkowe piętro, by móc przechowywać rowery na dwóch poziomach. Tuzinami upychał je u kolegów, bo dosłownie nie wiedział, co z nimi zrobić. Zamówił dwa kontenery i je także zapełnił. Pewnego razu kupił dwanaście rowerów w jednym tygodniu. Ale i to nie pomagało. Stres w pracy. Rozstanie z przyjaciółką. Zbliżająca się ślepota. “Jakbym stanął na dnie zbiornika i powoli tonął w błocie” – sformułował swoje uczucia Jeroen. „Czułem, że szybko coś musi się zdarzyć”. Pytanie tylko, co. Co zrobić, gdy chce się iść za głosem serca, mając już 700 rowerów? Kupić ich jeszcze więcej? A może po prostu kupić szkołę z salą gimnastyczną? „Gdy w kółko opowiadałem o pomyśle muzeum MTB, wszyscy sądzili, że w końcu zupełnie zwariowałem”.

 

 

Jeroen szczerzy zęby. Sam nie wie, czy to będzie działać. Czy wkrótce przez jego sale będą wędrować ludzie zainteresowani kulturą kolarstwa górskiego, pochłaniając wzrokiem dumne sztuki z minionej epoki? Czy odwiedzający przysiądą na filozoficzną pogawędkę przy barze kawowym? Czy rowerowi turyści zabukują pokoje gościnne, by lepiej poznać czar sąsiadujących z budynkiem wrzosowisk? Czy firmy z branży we wnętrzach muzeum będą przeprowadzać seminaria dla handlowców, a fetyszyści marek przyjadą, by się tu spotkać? Odbywać warsztaty? Jeroen nie jest bogaczem, oszczędności kiedyś się skończą. Wie, że wszystko postawił na jedną kartę. Czy ta karta okaże się asem? To na razie mglista przyszłość.

 

„Zimą powinno nastąpić otwarcie”* – mówi Jeroen i podnosi się z głębin swoich zmęczonych życiem mebli. Zwiedzamy obiekt. Obok kawowego kontuaru z rur, przez łącznik, do budynku szkoły. Po lewej pokoje gościnne, po prawej toalety. Potem Jeroen z wprawą mistrza ceremonii otwiera drzwi do klasy numer jeden. „Voilà!” Rozbłyska neonowe światło. Oczy mają problem, by objąć scenę w całej jej rozciągłości. O, nieba! To niewyobrażalne.

 

 

Kolega Henk często go odwiedza, by pomóc. W przerwach chętnie jeździ pojazdem Marina po pokoju mieszkalnym Jeroena

 

 

Wszystko postawił na jedną kartę. Czy okaże się asem? Na razie to eksperyment

 

Świątynia

 

Nieprzenikniona gęstwina rowerów górskich sprawia, że przejście jest niemal niemożliwe. Świętości branży beznadziejnie ze sobą splątane niczym sprzęt na studenckim parkingu w kampusie. Yeti, Fat Chance, Serotta, Rocky Mountain, Cannondale, Breezer. Między nimi prostoduszne Gianty i Specializedy. Ale też superrarytasy, takie jak dziwaczny prafatbike Hanerbika czy „flądra” Giovanni Bonazzi do bicia rekodu prędkości, która wygląda jak kufer na kółkach. Szaleństwo dawnych lat.

 

„Ach, tam z tyłu jest coś pięknego!” – woła Jeroen i przebija się ze zdecydowaniem badacza jaskiń w kierunku okna. Przez długie minuty wspina się przez rury górne, przeklina, przyjmuje pozycje, zawiesza się na kierownicach. Potem, w końcu, dociera.

 

„Cannondale z 86., jeden z pierwszych!” – obwieszcza sensację. Ręce głaszczą lakier, na twarzy rozkosz, orgazm. Jeroen tonie w potoku słów, chodzi o gięcie rur, cieniowania, spawy. Jakby sommelier opowiadał o kunszcie metalurgii. To lawa namiętności o temperaturze tysiąca stopni, która w nimi kipi. I wybucha, gdy tylko zbliża się do któregoś z rowerów. „To szalone! Widełki łańcuchowe właściwie mogłyby biec na wprost. Ale nie! One zostały wygięte olbrzymim nakładem sił tylko po to, by były sztywniejsze” – wypluwa z siebie ekstatycznie. „No, tak” – dodaje w chwilę potem – „Nie każdy rozumie, co w tym jest fascynującego”. Jeroen pozwala wzrokowi błądzić po sali. Każdy z tych rowerów ma swoją historię. Nigdy nie myślał, by któryś sprzedać. „Dla większość ludzi jazda na rowerze to fitness. Jak bieganie czy pływanie. Dla mnie to coś więcej, to miłość”.

 

Można zadać pytanie, czy tak młody sport jak kolarstwo górskie nadaje się już do muzeum. Oczywiście, że tak. MTB stało się masowym fenomenem, ma setki odmian. W comiesięcznym rytmie najnowsze trendy wypuszczane są przez PR-ową maszynę. Kilka gramów zaoszczędzonej wagi wystarcza dziś do rozdęcia balonu sensacji. Gaworzenie o nowościach zamiast prawdziwych hitów. Pierwotnej formie jazdy grozi dziś jednak wyginięcie. Pomysłowi, by dzięki energii z jednego banana dotrzeć na szczyt i z powrotem. Dostępne są za to elektryczne fatbike’i i człowiek sam sobie zadaje pytanie, jaki tok przemyśleń doprowadził do powstania tego gatunku. Jeroen nie jest konserwatystą czy też dziwakiem od oldtimerów. Ma wiele fulli, także z karbonu. Jego najnowszy rower, wspaniały Groovy Cycleworks, jest nowoczesny, jak to tylko możliwe. A jednak w jego kolekcji nie znajdziemy fulli enduro i kompozytowych twentyninerów. Muzeum ma konserwować DNA sportu MTB, a nie jego podział na komórki.

 

„Fascynujące, że rower jest taki prosty” – Jeroen próbuje podsumować – „dwa koła, kierownica, rama. I można na tym pokonywać góry. To szalone!”

 

 

Kupa śmieci? Nie, to harem MTB Jeroena. Ok, w zasadzie tylko jego niewielka część. Yeti, Breezer, ma wszystko

 

Porno z lajkry

 

Idziemy dalej. Krótki skok w bok do działu części, gdzie drobiazgi, takie jak chwyty i manetki, zostały już uporządkowane precyzyjnie na regałach. Stamtąd do sali numer dwa. „Voilà!” – woła Jeroen w wyćwiczonym stylu. Tym razem oczy są już przygotowane na widok. Super! Tu także morze rowerów w wirtuozerskich warstwach tworzy olbrzymią, wielokolorową, gęstą masę. Do tego wszędzie skrzynki. Z korbami, piastami, mostkami. Ze wszystkim, co da się przykręcić do roweru.

 

„Ach, mam wspaniałe spodnie porno z lajkry!” – woła Jeroen, w dobrym nastroju do grzebania, i przekopuje się pilnie przez pudła z ciuchami, których jest tyle, że superspodnie przy najlepszych chęciach są nie do znalezienia. Gdy niewiele później otwiera kontener, najpierw wypada rower Bontrager, z powodu nieprawdopodobnego przeładowania.

 

Jest wczesne popołudnie, deszcz uderza w betonową powierzchnię przed salą, która kiedyś była szkołą. Jeroen ze smartfonem zapada się w swoim wyściełanym meblu. Sprawdza facebooka, na którym informuje o postępie prac. Już 584 “lajki”. Smartfon musi trzymać blisko oczu. Lupa dziesięciokrotnie powiększa litery. Ostrość wzroku 6%.

 

„Dopóki widzę, jest dobrze. Mogę jeździć na rowerze, jakoś” – mówi Jeroen i patrzy w dal swojego pokoju. „Gdy nie będę tego miał, będzie gorzej”. Jeroen podskakuje i chwyta wiertarkę. Jeśli ma otworzyć, jak zaplanował, musi się tego trzymać. Pomieszczenia wystawowe, zewnętrzna fasada, bar kawowy. Jest jeszcze dużo do zrobienia. Chce zdobyć kilka dodatkowych eksponatów. 1001 rowerów. Taki jest cel.

 

„Piękna liczba” – mówi Jeroen. Być może w sali zrobi się ciasno. Być może skończą się pieniądze. Ale to są mikroproblemy w porównaniu z tymi, które spędzały mu sen z powiek w dzień przeprowadzki.

 

*Adres  - muzeum znajduje się na Kempengergweg w Arnheim, w Holandii. Wszystkie informacje na temat godzin otwarcia znajdziecie pod adresem mountainbikemuseum.nl/

 

 

Dekoracja musi być! Sześć barokowych Kleinów udrapowanych w martwą naturę

 

Hall of Fame

 

Modele customowe, seryjne klasyki, ikony. Zbiór Jeroena to pstrokaty przekrój historii MTB. Szczególnie dumny jest z rarytasów.

 

 

Kästle FSE 14.0 Za pomocą tego aerodynamicznego cudu Giovanna Bonazzi pobiła w 1995 rekord prędkości – 142,63 km/h. Oryginał czy replika? Jeroen nie jest pewny.

 

 

Groovy Cycleworks Kto chce rower od „Rody” Waltera, musi czekać do 10 lat. „Mam największą kolekcję w Europie” – mówi Jeroen. Ile? „Trzy”.

 

 

Henebrik Extreme Terrain Kto wynalazł fatbike’a? Oczywiście Dan Henebrink. W 1991 zszokował branżę oponami o szerokości 8 cali.

 

 

Whyte PRST1 Wielu już próbowało stworzyć perfekcyjnego fulla. Szczególnie spektakularna była konstrukcja z równoległym widelcem angielskiej firmy Whyte.

 

 

Boulder Defiant Ti Tłumik znajduje się w rurze górnej, ogniwo łańcucha motocyklowego łączy go z wahaczem. Tak w 1993 wyglądał hightech.

 

 

Fat Cahnce Yo Eddy W latach 90. Yo Eddy stanowił szczyt sztuki budowania rowerów ze stali. Dziś to obiekt pożądania zbieraczy. Ten tu jest niemal nieużywany.

 

 

Nie wie, ile pieniędzy wydał na rowery. Nigdy nie policzył, jest mu to obojętne. Uwielbia rowery, nie jest inwestorem

Komentarze do artykułu