TRANSCASCADIA – ETAPÓWKA ENDURO INNA NIŻ WSZYSTKIE

W dzikich lasach Oregonu obowiązują inne zasady. TransCascadia, czyli przygoda enduro, to kolarstwo w formie anarchicznej – imprezowanie, konkurs skoków przez ognisko i zero stresu.



 

DALEKO OD RYTUAŁÓW

 

Sine usta, szczękające zęby i zmarznięte stopy. Stoję w moich przemokniętych butach w kolejce do mycia rowerów i uśmiecham się na myśl, co jeszcze powinnam zrobić. Od wielu lat startuję w wyścigach, po przyjeździe na metę wiele rzeczy robię automatycznie. Mycie roweru i sprawdzenie go w serwisie. Gorący prysznic, wypchanie mokrych butów gazetą, wypranie brudnych ubrań i ich powieszenie. Dużo picia, dobre jedzenie i uniesienie nóg do góry. Typowa procedura. Ale tu wszystko wygląda inaczej. Znajdujemy się w dzikich lasach Oregonu i panują tu inne zasady. W Gifford Pinchot National Forest skończył się zasięg w telefonie komórkowym i wyuczone rytuały przestały mieć znaczenie.

 

Transcascadia

 

CASCADIA W UKRYCIU I PIWO DO ŚNIADANIA

 

Generalnie to nie jeżdżę już żadnych wyścigów, ale o TransCascadii słyszałam wiele opowieści. Opowieści o wolności i przygodzie, ognisku i atmosferze. Etapowy wyścig enduro zainicjowany w 2015 roku, no tak, to brzmiało inaczej. Dlatego we wrześniu udałam się do Portland w stanie Oregon, a stamtąd pojechałam dalej do małej dziury, Cascadii, z dala od cywilizacji, ukrytej gdzieś między miejscowościami Sweet Home i Upper Soda. Miejsca praktycznie nie do znalezienia bez znajomości regionu. Przewidując to, organizatorzy wyznaczyli dla nas inny pierwszy punkt spotkania. W taki sposób na farmie niedaleko Portland spotkało się około 100 startujących, witanych przez radosnych i zaangażowanych wolontariuszy. Rowery zostają zamontowane na bagażnikach dachowych lub wsadzone do bagażników vanów. W międzyczasie zostajemy poczęstowani meksykańskim fajitas i schłodzonym piwem, jest czas śniadania.

 

Transcascadia

Karen na ścieżkach

 

MIĘDZYNARODOWY SKŁAD

 

Słońce podgrzewa chłodne jesienne powietrze, a my powoli się poznajemy. Współzawodnicy pochodzą przede wszystkim z Ameryki Północnej. Niewielu Europejczyków zdecydowało się na tak długą podróż. Paru Francuzów, dwaj Norwegowie, dwaj Szwajcarzy, jeden Włoch. Rozpoznaję niektóre twarze. Matt Hunter i Thomas Vanderham, dwaj najlepsi na świecie freeriderzy, niepostrzeżenie znikają w tłumie uczestników.

 

Transcascadia

Spektakularne widoki w Parku Narodowym Gifford Pinchot.

 

CHILLOUT W STREFIE BEZ ZASIĘGU

 

Przez ostatnie pół godziny samochód telepie się po szutrowych drogach, aż w końcu staje. Widocznie jesteśmy u celu. Mój telefon jest poza siecią, odkąd przekroczyliśmy granicę Parku Narodowego. Nie odbiera wiadomości z domu i nie chce też żadnych wysyłać. Rozglądam się. Przez drzewa widzę błyszczące jezioro, wilgotna rosa kapie z drzew. Na gałęziach głośniki, z których dochodzi chilloutowa muzyka. Słychać drzewo trzaskające w ognisku. Po akredytację muszę udać się do małej drewnianej chaty. Odfajkowane. Dostaję zieloną czapkę z nausznikami, parę naklejek i małą kartonową tabliczkę z imieniem. Mam nią oznaczyć mój rower i miejsce spania.

Na szczycie priorytetów znajduje się kubek na kawę, który w najbliższych dniach stanie się moim nieodłącznym towarzyszem. Szelmowski uśmiech i puszczenie oczka w trakcie odbioru pakietu sprawia, że staję się nieufna. Z ciekawości otwieram pojemnik i znajduję tam starannie skręconego jointa. Eee, no tak, ten wyścig jest inny. Oniemiała stosuję się do dalszych wskazówek i wybieram sobie jeden z rozłożonych już dwuosobowych namiotów. Wywieszam tabliczkę z imieniem i udaję się w kierunku ogniska. Wraz z zachodzącym słońcem uchodzi ze mnie powietrze, a z nim znika mój niepokój.

 

Transcascadia

 

KWINTESENCJA ENDURO

 

Legendarna przygoda enduro TransProvence zainspirowała organizatora Nicka Gibsona do stworzenia TransCascadii. Zaraz po powrocie z Francji spotkał się ze swoimi rowerowymi kumplami w Portland, by omówić ideę miejscowego wyścigu enduro. Ale zanim narodził się wyścig, trzeba było stworzyć podstawy. Chwilę później Nick miał już zarejestrowane stowarzyszenie, które zajmowało się budową i utrzymaniem w należytym stanie siatki ścieżek w północno‑zachodnim rejonie pacyficznym. W projekt zaangażowało się wielu kolarzy górskich, miejscowych strażników i ochotników.

W okresie budowy ścieżek (dni zwane „Working Partys”) razem kopią, przerzucają ziemię, czyszczą i piłują, a wieczorami przy wspólnym grillu śmieją się, jedzą, piją i świętują odbiór nowo powstałych odcinków. Powodów do świętowania nie brakuje. Trasy na TransCascadii raz są karkołomne, a raz łagodne. Gwarantują perfekcyjny flow, naszpikowane są zakrętami, małymi hopkami, step downami i nieskończonymi korzennymi odcinkami. Wyścig jest kwintesencją enduro, prawdziwego kolarstwa górskiego, dlatego dużo się tu jeździ i imprezuje, z małą ilością reguł i odliczania czasu.

 

Transcascadia

Dobry nastrój na TransCascadii panuje nie tylko na trasie, ale również później, podczas picia kawy przy ognisku.

 

LUZ POZA WYŚCIGOWYM DOGMATEM

 

Moja pierwsza noc, mimo grubego śpiwora, jest dosyć chłodna. Rano, mimo wszystko zmotywowana, wskakuję w ubrania i myję zęby, decydując się na lodowatą kąpiel w jeziorze. Mgła unosi się nad wodą, kiedy słońce przedziera się przez gałęzie drzew. Grzecznie ustawiam się do kolejki po kawę i obserwuję wzmożony ruch przy namiotach. Każdy doprowadza swój rower do porządku. Pilnie dokręcam śrubki i pakuję się.

 

Transcascadia

Nastrój przygody i ubiór, który niekoniecznie izoluje. Kolorowy peleton uczestników sam się nakręca

 

Posiłki spożywa się tu w dużym wspólnym namiocie. Na śniadanie jest ciepła owsianka ze świeżymi owocami i jajecznica, rozmawia się o trasie i taktyce. Jest rześko, ale nie zimno. Według starych przyzwyczajeń myślę właśnie o rozgrzewce, ale wygląda na to, że jestem jedyną tak myślącą osobą. Po cichu skreślam ten punkt z mojej listy. Tutaj wszyscy na pełnym luzie podjeżdżają na linię startu i w takim samym tempie również ruszają. Atmosfera jest luźna, rozmawia się jak na wyprawie z przyjaciółmi.

 

Transcascadia

Karen Eller z Deby, swoją nową kolarską koleżanką z Francji, zdobywa jedną ze ścieżek.

 

PARTY TRAINS

 

W trakcie wyścigu podjazd często pokonuje się wraz z innymi uczestnikami, bez napinki czasowej. Gazu dodaje się dopiero na liczonym zjeździe. Startuje się osobno na odcinkach, gdzie liczony jest czas, a na końcu wygrywa osoba z najlepszym czasem sumarycznym. Taka jest reguła, ale tu, gdzie obowiązuje mało zasad, wszystko okazuje się inne. Na podjeździe na pierwszym etapie jest ognisko. Uczestnicy rozgrzewają się i suszą przepocone koszulki. W końcu po 1000 metrach przewyższenia u góry jest dosyć chłodno.

 

Transcascadia

Podczas wieczornego sprawdzania planu trasy nie można rozpoznać, jak śliskie potrafią być ścieżki.

 

Na trasę wjeżdża pierwszy pociąg. Tak zwane „trains” to wspólne zjazdy trasami w trakcie wyścigów enduro. Na TransCascadii mówi się o nich „Party Trains”. Mój składa się z Francuzki Deby i Alexa z USA, z którymi zaprzyjaźniłam się na wspólnym podjeździe. Nie jesteśmy jedynym pociągiem, który na pełnym gazie piszczy i wiwatuje. Co za świetna zabawa. Adrenalina aż tryska!

 

Transcascadia

Mimo nadejścia zimy w świetnym humorze udaje się w kierunku ścieżek w Parku Narodowym.

 

FLOW, JOINTY I HOT TODDY

 

Szybkie, dobrze wyprofilowane zakręty, małe hopki, skoki, od czasu do czasu mały podjazd, który potrafi dać w kość, zanim trasa znowu poprowadzi nas w dół przez soczysto zielony las. To jest to! Urok TransCascadii. Na mecie przybijamy sobie piątkę. Wszyscy są zadowoleni. Nasz Party Train definitywnie nałykał się flow, niektórzy jednak muszą sięgnąć po zawartość swojego pakietu startowego… I jest to w zupełności legalne, ponieważ w stanie Oregon marihuana została oficjalnie dopuszczona do użytku. Kubki na kawę szybko zapełniają się Hot Toddy, miksem gorącej wody z cytryną, miodem i specjalną „wkładką”. Zapakowani w grube kurtki puchowe siedzimy przy ognisku i wspominamy ścieżki i pociągi.

 

Transcascadia

Zimno? Nie, kiedy już w trakcie dojazdówki na pierwszym etapie mięśnie zostaną dobrze rozgrzane.

 

Na wieczornej odprawie dyrektor wyścigu Nick upomina nas, żeby na kolejny etap ubrać się ciepło, zabrać dużo warstw na zmianę, a także nie zapomnieć o zapasie jedzenia i picia. Noc zapowiada nadejście zimy i temperaturę poniżej zera. Kiedy znikam w swoim namiocie, kolega z sąsiedniego z zazdrością spogląda na moją drugą matę izolacyjną.

 

Transcascadia

 

ROZGRZEWANIE OLEJU

 

Rankiem mój ogromny śpiwór zamarzł na dechę. Mimo bielizny narciarskiej z wełny merynosów, kurtki puchowej i czapki jest mi okropnie zimno. Cienka powłoka lodu na namiocie delikatnie trzeszczy. Otwieram zamek błyskawiczny, a poranek wita mnie bielą. Krajobraz pokrył śnieg o grubości około 15 centymetrów. Trochę zdemotywowana jadę na miejsce zbiórki i dochodzę do wniosku, że ani hamulce, ani hydrauliczna sztyca nie działają. Normalnie wpadłabym już w panikę. Ale nie na TransCascadii. Tutaj pcha się rower do innych rowerów, znajdujących się już w okolicy ogniska, gdzie olej w hydraulice osiąga swoją temperaturę działania.

 

Transcascadia

 

PLAN B... Z OGNISKIEM 

 

Wyścig na czas został dzisiaj odwołany. Za to stu grubo otulonych zawodników z drewnem zaczepionym na plecakach zaczęło jazdę w świeżym śniegu. Plan B to wspólna jazda z ogniskiem na szczycie. Około południa, po niezliczonych odcinkach, gdzie trzeba było pchać rower, w końcu dotarliśmy do celu. Ogień strzela, puszki od piwa syczą. Dostaję gęsiej skórki. Nie z powodu zimna, ale dlatego, że jest tak pięknie. Nick kończy swoje przemówienie na szczycie i dopinguje wrzeszczącą grupę, która właśnie rzuca się w śnieg. Płatki są wszędzie. Po niekończących się białych ścieżkach krótko przed zapadnięciem zmroku dotarliśmy do obozowiska.

Rowery są ubłocone, a my zamarznięci, lecz jest nam to obojętne. Od razu maszeruję do ogniska i częstuję się podwójnym Hot Teddym. Rower leży ubłocony. Ciepły prysznic może poczekać. Później rozpoczyna się wykwintna finałowa kolacja z dużą ilością wina i czekoladowych ciasteczek serwowanych na deser. Mimo że to ostatni dzień wyścigu, bez pomiaru czasu, i tak wszyscy pławią się w szampanie, przy dobrej muzyce i konkursie skoków przez ognisko.

 

Transcascadia

 

POWRÓT DO ZASIĘGU I PAJĘCZYNY REGUŁ

 

Następnego dnia słyszę pip, pip, pip! Aż podskoczyłam. Wpadają niezliczone smsy. Nasz samochód przekroczył granicę Parku Narodowego. Po czterech błogo dzikich dniach z dala od cywilizacji znowu jestem dostępna, a przynajmniej mój telefon. Witajcie w świecie, gdzie obowiązują reguły i listy rzeczy do zrobienia.

 

 Informacje

 

 TransCascadia

Wyścig TransCascadia jest czterodniową etapówką enduro. Od 2015 roku we wrześniu 100 uczestników, bez uprzedniego zapoznania się z terenem, startuje z kempingu w dzicz otaczającą małą miejscowość Cascadia w stanie Oregon. Single TransCascadii budowane są przez ochotników przez okrągły rok. Gwarantują dużo flow, jednak wymagają dobrej techniki jazdy i bardzo dobrej kondycji. Dlatego do wyścigu powinno się być przygotowanym. Wyżywienie jest wyśmienite, gotują najlepsi kucharze z Portland. trans-cascadia.com

 

Transcascadia

 

Dojazd

Do Portland (USA) trzeba dolecieć. Baza imprezy znajduje się ponad 180 km na południe, punkt spotkania jest na farmie, 30 minut od Portland. Najlepiej dojechać shuttle busem. Zaleca się wcześniejszy, jednolub dwudniowy pobyt w Portland dla aklimatyzacji. Można już wtedy rozkoszować się jedzeniem w restauracjach, w których gotują kucharze dogadzający nam w trakcie TransCascadii: Chris DiMinno w Trifecta (trifectapdx.com), Jon Moch w Nashi Ramen (nashiramen.com) i Rick Gencarelli w Grassa (grassapdx.com).

 

Uwagi

Przy akredytacji wymagana jest polisa, ubezpieczenie od wypadków za granicą. Od strony Pacyfiku, na północno-zachodniej stronie USA pogoda we wrześniu jest nieprzewidywalna. Jesień może być bardzo słoneczna, ale również deszczowa, śnieżna i z niską temperaturą, przede wszystkim w nocy. Odpowiednie przygotowanie to konieczność!

 

Transcascadia

 

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

 

Pomorska 500, albo osobiste piekło północy

Test: Zestawy do kołkowania opon bezdętkowych

10 powodów dla których warto odwiedzić Karyntię

Komentarze do artykułu