Jaki rower MTB wybrać – sztywniak czy full?

Sezon ścigania w maratonach MTB zacznie się za moment, to idealny chwila, jeśli tego jeszcze nie zrobiliście, by się zastanowić także nad tym, na jakim sprzęcie będziecie jeździć. Tu zaś pytanie pierwsze dotyczy tego, czy pod uwagę warto wziąć klasycznego górala z przednim amortyzatorem, czy też maszynę zawieszoną w pełni. Postanowiliśmy się przyjrzeć temu, co przemawia za obydwom rozwiązaniami.



Jeden, czy dwa amory?

 

Ogólnie rzecz ujmując, z podejściem do roweru z pełną amortyzacją jest jak z... fascynacją jeżem w wykonaniu psa. Bo koledzy mówili, że to ciężkie i że się buja i że skomplikowane i się psuje, drogie i tak naprawdę niepotrzebne... A przecież, jeśli tylko wyobrazicie sobie samochód, w którym tylko przednie koła są amortyzowane, a tylne sztywne zamontowane do nadwozia, od razu pojawia się błysk, że przecież podobna konstrukcja nie ma sensu. Bo przód zgrabnie przetacza się przez przeszkody, a tył... od nich odbija. Dlatego też pełna amortyzacja to przyszłość kolarstwa górskiego. „Uzbrojenie” kół w podobne ustrojstwo pozwala na stały kontakt z podłożem, poprawia nie tylko bezpieczeństwo jazdy, ale i trakcję. Dlaczego nie jeździmy więc wszyscy na fullach? No cóż, tu są pewne, powiedzmy, „anse”.

 

 

Waga

 

Nie da się ukryć, że jednak koledzy mieli trochę racji. Jedna z istotnych zalet roweru z tylko przednim amortyzatorem to fakt, że zawsze będzie lżejszy. Dziś seryjnie sprzedawane rowery przeznaczone do ścigania, zbudowane w oparciu o lekką, kompozytową ramę, i najwyższej klasy osprzęt, bez problemu ważą około dziewięciu kilogramów. Full na identycznym osprzęcie będzie ważył kilogram więcej. Tylny amortyzator i wszystko to, co się musi ruszać, a więc dźwignie i zawiasy, muszą ważyć. Ten zaś kilogram w wyścigu, gdzie walczą równorzędni zawodnicy, może zdecydować o zwycięstwie lub porażce. Na wielu trasach maratonów w Polsce, które w swojej przeciętnej ekstremalnie trudne nie są, tym bardziej. Tu przyczepność ma mniejsze znaczenie, przynajmniej do czasu.

 

Kontakt z podłożem

 

No właśnie, jeśli wybierzemy się na którąś z edycji np. Bike Maratonu, może się okazać, że pełna amortyzacja będzie jak znalazł. Niektóre imprezy z tej serii mają trudne trasy (szczególnie w tym sezonie!), zarówno na podjazdach, jak i zjazdach. Wielokrotnie przy okazji zastanawiania się nad zakupem fulla zapominamy o tym, że nie służą one wyłącznie do zjeżdżania, wspomniany kontakt z podłożem gwarantują także wtedy, gdy jedziemy pod górę. Co więcej, praca amortyzacji to nie tylko trakcja, ale też - i to może się wydać szczególnie paradoksalne - oszczędzanie energii. Jeśli amortyzacji nie mamy, to drgania pochłaniamy całym ciałem, stając na pedałach, balansując, itd. Na fullu siedzimy i nie musimy unosić ciężaru ciała, tylko pedałujemy. Po półgodzinnej jeździe oczywiście nie ma to znaczenia, ale po trzech różnica może stać się ogromna. Jazda na fullu oznacza także kolejny istotny drobiazg - mniej usterek ogumienia. Skoro obydwa koła są amortyzowane, to trudniej jest złapać „kichę” przez dobicie.

 

Bike Maraton wielki finał w Sobótce

 

Pochłaniani energii?

 

To prawda, rowery z pełną amortyzacją w okresie swoich początków nie były doskonałe. Bujanie zawieszenia przy każdym naciśnięciu na pedały było nie tylko irytujące, ale i pochłaniało energię. Dziś problem ten wyeliminowano za pomocą dojrzałych konstrukcji zawieszenia. Z jednej strony pojawiła się możliwość jego blokady - czy to manetką, czy to automatyczna, jak w rowerach Specializeda z tłumikiem Brain - a z drugiej tzw. systemy platformowe. Skomplikowane układy hydrauliczne ukryte w amortyzatorach powodują w nich rozróżnianie pomiędzy impulsami powstającymi w trakcie pokonywania przeszkody i tymi wynikającymi z pedałowania. Efekt jest taki, że nic się nie buja, kiedy nie jest to potrzebne.

 

Koszty

 

Oczywiście, choć znakomitą większość wad rowerów z pełną amortyzacją usunięto, nadal pozostaje jedna, za to szalenie istotna. Jest nią cena. Jeśli ma być to rower przeznaczony do ścigania, musi być lekki. Wskazane jest też efektywnie działające zawieszenie, a to oznacza użycie skomplikowanego tłumika. Wszystko w sumie daje zaś różnicę w cenie pomiędzy sztywniakiem a fullem sięgającą co najmniej kilku tysięcy złotych. Najwyższe zaś modele rowerów amortyzowanych renomowanych firm kosztują często ponad 20 000 złotych, a nawet więcej. Zapomina się też często o kosztach dodatkowych, związanych z serwisowaniem. Używany często rower tego typu wymaga częstych przeglądów. Łożyska wymagają wymiany, a tłumiki serwisu. To kolejne setki złotych, nie licząc standardowych zużytych klocków hamulcowych, linek, łańcuchów, itd.

 

 

Remis?

 

Co więc w końcu wybrać? Jeśli wspomniane już koszty nie odgrywają roli i w dodatku ktoś ściga się dużo i profesjonalnie, powinien poważnie rozważyć maszynę z pełną amortyzacją. Szczególnie wtedy, gdy często ściga się w górach. Bo teoretycznie maratony wygrywa się na podjazdach, ale i na zjazdach - i to szczególnie tych trudnych - można dużo stracić. Jeśli ktoś jednak wybiera maratony płaskie i preferuje trasy łatwiejsze, a za to szybkie - a taka jest znakomita większość polskich maratonów - śmiało powinien wystarczyć mu sztywniak. Lekka maszyna na wytrzymałym osprzęcie powinna wytrzymać cały sezon ścigania bez dodatkowych inwestycji, a i tak będzie tańsza niż zaawansowany rower w pełni amortyzowany. Zaoszczędzone pieniądze na pewno uda się wydać na coś innego - treningową szosówkę, trenażer, czy... odżywki. Ewentualnie można zacząć zbierać na fulla, tak, żeby samemu przekonać się, co jest lepsze. 

 

To również może cię zainteresować

 

Test hardtaili do maratonu

Test sportowe rowery do turystyki górskiej

Rower na zimę - XC, gravel czy przełaj?

Test hardtaile i fulle do ścigania

 

Komentarze do artykułu