Turcja i Góry Pontyjskie między Europą i Azją

Równolegle do tureckiego brzegu Morza Czarnego wznoszą się Góry Pontyjskie. Jak dotąd rowerowo nieodkryty teren. Fotograf Dan Milner towarzyszył naszemu teamowi w misji poszukiwawczej...



 

W końcu ścieżka w Parku Narodowym Küre! 

 

 

Podejścia są tu zdecydowanie bardziej strome 

 

 

Naszą nadzieją pozostają tubylcy będący w stanie udzielić wskazówek 

 

Ścieżki tylko dla nas

 

Na tureckim brzegu Morza Czarnego urlop spędzają tylko Turcy i Ukraińcy. Oznacza to tyle, że ścieżki piesze mieliśmy tylko dla siebie. Szkoda, że nieużywane szybko ulegają zatarciu...

 

Rytmiczne kapanie kropli potu. Co dziesięć sekund na daszku mojego kasku powstaje kolejna. Zastyga tam na chwilę, pęcznieje i wreszcie jako nasycona kropla opada na rurę górną roweru. Prędkość tego kapania dopasowuje się do prędkości kręcenia pedałami. Gdy robi się bardziej stromo i wrzucam lżejszy bieg, krople przyspieszają. A że moje nogi mają dzięki temu wyznaczony rytm, głowa ma czas, by pomyśleć o innych rzeczach. Na przykład o tym, dlaczego w ogóle w środku lipca jedzie się na rower na turecki brzeg Morza Czarnego? Oczywiście, wiedziałem, że będzie gorąco. Akcja poszukiwania ścieżek wzbudziła we mnie jednak zwykłą ciekawość. Wielodniowa wyprawa przez całkowicie nieodkryty rowerowo teren? To pachniało przygodą, nie mogłem powiedzieć nie.

 

Jestem więc tu, w środku krasowych, średniej wielkości gór, na południowym brzegu Morza Czarnego. Na moim enduro o skoku 150 mm pedałuję w słońcu pod górę leśną drogą, z tureckim przewodnikiem i sześcioma poszukiwaczami ścieżek. Przez pięć dni będę im towarzyszył w tym całkiem stromym terenie, nie mając gwarancji na historię z happy endem. Ale już przed dotarciem do punktu startu jestem dobrej myśli.

 

 

Życie nad morzem - za sprawą osadów woda Morza Czarnego błyska ciemnością. Stąd i jego nazwa

 

Sześć godzin

 

Istambuł opuściliśmy w małym busie około 6 rano, by uciec przed ruchem i upałem. Sześć godzin na wschód od metropolii nasz turecki trailscout znalazł już idealne miejsce startu wycieczki, a my zmierzaliśmy do niego komfortowym, klimatyzowanym pojazdem. Lars siedział obok mnie. Otworzył swojego laptopa i studiował przebieg dzisiejszego etapu w Google Earth. Następnie oddalił obraz i pokazał mi całą planowaną trasę. „A później spróbujemy jeszcze znaleźć ścieżki w Parku Narodowym Küre”. Podkreślił przy tym słowo „spróbujemy” i dodał: „Według mapy istnieje cała sieć ścieżek. Pozostaje pytanie, czy da się po nich jeździć…”. Wszystko wyglądało niczym dobrze zaplanowana misja polowania na ścieżki. Na ekranie laptopa mogłem zobaczyć folder pełen śladów GPS i cyfrowych map, a nawet internetowe połączenie 3G. W międzyczasie za oknem migały krajobrazy wiejskiej okolicy – końskie dukty i rolnicy ręcznie ścinający zboże. Nagle znaleźliśmy się u wrót wielkiej, dosłownie, kopalni ścieżek regionu Morza Czarnego, kręcąc małą testową rundę na rowerach.

 

Najpierw jedziemy zakurzoną, wibrującą w upale drogą leśną pod górę, a następnie luźną, kamienistą ścieżką w dół. Bezpośrednio przed drzwi restauracji. Obiad! Całkowicie mokrzy zajmujemy miejsce za stołem i wkrótce siedzimy nad talerzami tureckich produktów. Wiele obiecujący start i zapowiedź tego, co nam jeszcze góry zaoferują. Nasza popołudniowa runda startuje na piknikowym placu. Stąd powinien prowadzić zjazd do miasta Safranbolu. Tuzin piknikujących patrzy na nas spoza kłębów gęstego grillowego dymu, gdy szukamy przerwy na skraju lasu, odkrywamy ją i wreszcie znikamy niczym kolorowa gąsienica. Igiełki pinii skrzypią pod oponami, wydając z siebie specyficzny zapach. Wkrótce ścieżka wspina się znów do punktu widokowego, a stamtąd toczymy się na południe w dół. Ścieżka, zanim doprowadzi nas do wejścia do wąwozu z romańskim akweduktem, przecina otwartą górską flankę ze świecącą na złoto trawą. Nasz turecki przewodnik Ali targuje się o cenę wstępu do wąwozu, a po tym, jak pokonujemy pełni respektu pierwsze drewniane stopnie, pozostaje nam jeszcze osiem kilometrów rewelacyjnej ścieżki do jazdy. Jestem pewien, że nigdy wcześniej nie jechał tędy żaden rower górski. Ścieżka faluje rytmicznie, aż wypluwa nas na brukowaną ulicę na obrzeżach miasta Safranbolu.

 

 

To nie jest muzeum na świeżym powietrzu dla oldtimerów! Posiadacz tego traktora należał tu do najnowocześniejszych rolników

 

Najlepsze za nami?!?

 

Jest niemal ciemno, gdy docieramy do dziwacznego, drewnianego domu – naszego miejsca noclegu na dzisiejszą noc. Przybijamy piątki, nie mając pojęcia, że tym samym najlepszą część całej trasy mamy już za sobą.

 

Po kolacji włóczymy się jeszcze po miejskich bazarach, pijemy kawę po turecku i próbujemy lodów z koziego mleka. Jako pomost między Europą i Azją Turcja to elektryzująca mieszanka starego i nowego, wschodniej i zachodniej kultury. Są tu meczety obok barów z piwnym wyszynkiem. Na lusterkach wstecznych samochodów kiwają się zdjęcia założyciela państwa Aratürka, w rytm zachodniej muzyki popowej. Podczas gdy turecki brzeg Morza Śródziemnego to gorące miejsce dla turystów plażowych, a kamienne wieże Kapadocji magnes dla bikerów, brzeg Morza Czarnego z punktu widzenia zachodniej turystyki praktycznie nie istnieje. Urlopy spędzają tu tylko Turcy i Ukraińcy. Co oznacza tyle, że na górskich ścieżkach wzdłuż wybrzeża nie będziemy spotykać żadnych turystów. W tym samym momencie konstatujemy jednak, że jeśli ścieżka nie jest używana, szybko zagarnia ją z powrotem dzika roślinność.

 

Przez kolejne dwa dni poruszamy się po niewybaczalnie nierównej i rozpalonej do czerwoności drodze leśnej. Czasami wypróbowujemy zarośnięte rozgałęzienia ścieżek, by następnie ścierać krew z podrapanych ramion. Ciernie są naprawdę ostre. Jedyne, co jest tu naprawdę przepiękne, to chmury motyli, które regularnie płoszymy. W małej wsi Catah parkujemy rowery w cieniu minaretu i zapoznajemy się z kolejnym odcinkiem do Kunari, najpierw pieszo. Tym razem mamy do wyboru trzy zjazdy wąwozem. Mapa turystyczna regionu zdecydowanie pokazuje ścieżkę pieszą, ale w terenie nie odkrywamy nic, co by ją przypominało. Następnie wspinamy się jeszcze z rowerami kolejne 800 metrów w górę. Zbliża się wóz ciągnięty przez konia. Jego ładunek – pół tuzina dzieciaków w drodze do szkoły. Mijamy domy z gliny ze spodkami satelitarnej TV. Obok przemykają samochody z lat 80. Ich kierowcy to mężczyźni w białych T-shirtach i błyszczących butach. Czasami nasza wycieczka wygląda naprawdę na podróż w czasie, a członkowie jak dobrani na zasadzie przypadku. Zatrzymujemy się w małym barze w pobliżu miasta Amsara, by kupić trochę orzechów laskowych. Spostrzegamy przy tym ścieżkę, wkrótce znikającą w lesie. Pomarszczona kobieta w chustce i z ciężkim koszem z warzywami na zgiętych plecach przesuwa się przed naszymi oczami. Kiwa głową bez mruknięcia okiem: tak, to piesza ścieżka do Amsary, w dół. To cel naszego kolejnego etapu! Oczywiście łapiemy się na tę przynętę. Dwie godziny i 400 metrów w pionie później rzeczywiście osiągamy Amsarę. Skąpani w pocie i krwawiący. To zdecydowanie była najbardziej zarośnięta ścieżka, jakiej kiedykolwiek próbowałem.

 

 

Na bazarze w Kastamonu. Ten mężczyzna wszystkie narzędzia stworzył własnymi rękoma.

 

Nadzieja w Küre

 

Niestety, kolejne dwa dni były niewiele lepsze. Co prawda mimo całego zwątpienia zdarzały się od czasu do czasu ścieżkowe niespodzianki, ale były niczym krople wody na rozgrzanym kamieniu. Naszą ostatnią deską ratunku miał być Park Narodowym Küre. Jego 370 kilometrów kwadratowych po prostu musiało kryć ścieżki. Lars, dla pewności, jeszcze raz rzucił okiem na Google Earth, portale GPS, a podczas kolacji zupełnie nie podnosił oczu znad map. Jedna z tych map wyglądała na całkiem aktualną i obiecywała numerowane ścieżki piesze.

 

Kolejnego ranka startujemy w Sahin, na zachodnim końcu parku narodowego. Tym razem dzielimy się na trzy grupy. To zwiększa szanse, że przynajmniej jeden team wróci z GPS-owym śladem ścieżki nadającej się do użytku. Lotny patrol znów jednak wraca z niczym. Można zwątpić. Mój rower nosiłem już przez najdziksze przełęcze Indii i ciągnąłem przez śniegi Afganistanu, w końcu zawsze była nagroda w postaci genialnej ścieżki. Tym razem jest inaczej. Po 30 latach po raz pierwszy poruszam się w terenie pozbawionym ścieżek.

 

Mimo tego nastrój ostatniej kolacji na promenadzie w Cide nie jest zły. To jasne, że nie można polecać podobnej wycieczki. W ciągu pięciu dni odkryliśmy zaledwie 20 kilometrów ścieżek. Mimo wszystko było interesująco. Podobała mi się przed wszystkim obserwacja pracy organizatora wycieczek. Jak bardzo trzeba chcieć i jak bardzo się napracować, by zaoferować klientom nową wycieczkę.  Biorę łyk piwa i patrzę na wieczorne słońce, akurat zanurzające się w morzu, to naprawdę nie byłaby praca dla mnie.

 

 

Podróż wehikułem czasu - jako pomost między Europą i Azją Turcja okazuje się podniecającą mieszanką starego i nowego, wschodniej i zachodniej kultury. Czasami ma się wrażenie, że podróżuje się wehikułem czasu. I to z zadanym, przypadkowym celem.

 

 

Kawa po turecku - mała, czarna, mocna, no i z fusami. Jeśli ktoś kawę po turecku potraktuje niczym espresso, ma problem. Taki błąd popełnia się tylko raz. Zaskakująco smaczne są lody z mleka koziego, które można kupić na bazarze.

 

 

Palący upał - słońce nad Morzem Czarnym nie jest tak gorące jak nad Śródziemnym. Nas jednak w trasie zastał oczywiście lipiec, z nietypowymi 28 stopniami. Jeszcze gorsze od słońca były kolce. Ręce i nogi zupełnie porysowane.

 

 

Tu były drogi

Ostatniego dnia przeczesaliśmy turystyczną część Parku Narodowego gór Küre i w końcu znaleźliśmy – między dwoma krzakami krył się początek drogi dla zwierząt jucznych, która po półgodzinie wypluła nas nad wodospadem Ilica (na dole)

 

 

 

 

Pionierskie wyprawy to czasami łut szczęścia. Nawet gdy człowiek wydaje się idealnie przygotowany dzięki GPS-owi, Google Earth i lokalnym mapom.

 

 

Schronienie dla niedźwiedzi - brak ścieżek pieszych zostawia zwierzętom więcej miejsca. Nad naszymi głowami często krążyły orły, wyprzedzaliśmy żółwie, a na jednym ze szlaków odkryliśmy nawet niedźwiedzią kupę, jeszcze ciepłą!

 

 

Informacje na temat wybrzeża Morza Czarnego

 

Region

 

Góry Pontyjskie rozciągają się wzdłuż ok. 1000 km tureckiego wybrzeża Morza Czarnego. Góry, na wschodzie i w środkowej części wznoszące się do 2000 m n.p.m., stromo opadają do morza, a za sprawą subtropikalnego klimatu są bardzo mocno zarośnięte. W związku z tym, że w regionie tym turystyka piesza jest słabo rozwinięta, pokazane na mapach drogi są niestety słabo przetarte. Dlatego region nie nadaje się na wielodniową wyprawę z finałem w Parku Narodowym Küre. Jeśli ktoś jednak chce poznać ten pierwotny krajobraz z użyciem roweru, za punkt wypadowy powinien wybrać miasto Safranbolu. Za wzorowe utrzymanie centrum miasta Safranbolu zostało uhonorowane przez UNESCO mianem pomnika światowego dziedzictwa kultury. Wokół miasta są doliny i wąwozy ze ścieżkami wartymi odwiedzenia.

 

Podróż

 

Najlepiej samolotem do Istambułu i stamtąd busem lub wynajętym samochodem do Safranbolu. Czas podróży ok. 6 godzin.

Komentarze do artykułu