Przez Alpy Nadmorskie i wąwóz Verdon

Rzeka Verdon wypływa z francuskich Alp Nadmorskich. Przecina Prowansję, by wpaść do słynnego kanionu, a przełomom rzeki towarzyszą niesamowite trasy.



Na końcu rozciągniętego zakrętu coś zadzwoniło pod oponami. Zatrzymaliśmy się i wzdrygnęliśmy – łuski! Na piasku leżały ich tuziny. Podniosłem jedną z błyszczących tulejek i trzymając dwoma palca- mi, obejrzałem pod światło: „Nie mogły tu długo leżeć, wyglądają jak nowe”. Kolega przytaknął. Zaczęliśmy się rozglądać. Być może znienacka znaleźliśmy się w środku polowania na dziki.

 

 

Moustiers Sainte Marie w departamencie Haute Provence, znana jako jedna z najpiękniejszych wiosek Francji

 

Mijamy więc dwa zakręty i trafiamy na kilka domów. Wszystkie zburzone, w ścianach niektórych zieją wielkie dziury, w innych coś zerwało dach. Zanim jesteśmy w stanie zebrać myśli, zauważamy na horyzoncie spalony czołg. Czy znaleźliśmy się w środku wojny? Obserwujemy i sprawdzamy we wszystkich kierunkach spalone słońcem zbocza gór. Tylko kilka białych motyli podryguje w kępach falujących traw niczym flagi wzywające do poddania się. Ok, szybko dalej. Tam w górze musi zaczynać się ścieżka, którą wypatrzyliśmy z dołu, z dna wąwozu. Piaszczysta droga nie chce jednak skręcić we właściwą stronę. Wije się szerokimi zakolami stosunkowo płasko wokół góry, zamiast wspinać się na szczyt. W końcu rozwidlenie! Wybieramy kierunek w prawo, droga wkrótce rzeczywiście zamienia się w ścieżkę. Tyle tylko, że zamiast prowadzić dookoła góry, szybko spada zygzakami w dół. Nieważne, jazda sprawia nam przyjemność. Na dole ścieżka otoczona jest czymś w rodzaju okopów, za nimi kryją się żołnierze, którzy kierują broń w naszym kierunku. Groza sytuacji dociera do nas w kilka sekund. Właśnie wjechaliśmy w sam środek prawdziwych ćwiczeń wojskowych! Przerażone twarze po obu stronach. Jeszcze w szoku, ale od razu dodajemy gazu, byle szybciej stąd! Zrujnowane domy rejestrujemy tylko kątem oka, kratery po bombach, spalone pola. W końcu docieramy do właściwej drogi.

 

Był rok 1989. Dopiero zaczynaliśmy jeździć na rowerach górskich i na szczęście za swoją głupotę nie zapłaciliśmy żadnymi konsekwencjami. Ale nie była to jedyna przyczyna, dla której do dziś nie zapomnieliśmy tamtej wyprawy.

 

 

Pierwszy genialny zjazd – z Col d’Allos do miejscowości Allos. W Hotelu Pascal czekało już jedzenie

 

Po 25 latach jestem z powrotem, by zmierzyć się z La TransVerdon. Tym razem wyposażony w dobrą mapę i GPS; w towarzystwie endurowców – Mario i Julii. Z Col d’Allos, gdzie Verdon wypływa, będziemy towarzyszyć rzece w drodze na południe przez 260 kilometrów. Aż w Greoux‐les‐Bains skręci w słynny wąwóz. Obecnie trasa jest już oznakowana. „Grande Traversee VTT La TransVerdon” – tak oficjalnie nazywa się szlak i należy do ośmiu najdłuższych tras MTB (VTT) we Francji. Od dawna w Internecie dostępne są też dane GPS, a wzdłuż trasy czeka wiele „Gites”, czyli miejsc, w których można przenocować i dobrze zjeść. Już sama liczba przewyższeń, wynosząca 8000 m, zdradza, że trasa nie przebiega wzdłuż rzeki, tylko przez góry francuskiej Prowansji.

 

Wystartowaliśmy w Alpach Nadmorskich, na przełęczy Allos. Odtąd pedałujemy ponad granicą lasów, na południe, grzbietem długiego masywu górskiego. Nad nami błękitne niebo. W lewo wzrok szybuje ku morzu szczytów parku narodowego Mercantour.

 

„Jeśli podobała się wam trasa z przełęczy Allos, zobaczycie, co czeka was jutro!” – gospodarz Hotelu Pascal zachęcająco opowiada nam wieczorem o atrakcjach następnego dnia. Pascal Gauidin sam jest fanem MTB i brał znaczący udział w wyznaczaniu La TransVerdon.

 

 

Na ścieżce wzdłuż Lac de Castillon. Początkowo szlak jest płynny, im bardziej na południe, tym staje się trudniejszy

 

„Powiedział siedemdziesiąt, tak?” – podjazd do cudownej krainy ścieżek jest niestety dość długi, dlatego próbujemy osłodzić sobie mękę zapowiedzianym zjazdem. „Tak!” – Mario potakuje w rytmie pedałowania – „Siedemdziesiąt! I to ze współczynnikiem przyjemności 100!”. Gdy w końcu znajdujemy się na przełęczy, wyluzowani patrzymy na dolinę St. Andre les Alpes w dole i odkrywamy najpierw tylko dwa zakręty. Czy rzeczywiście jest ich 70, jak obiecywano, wkrótce się przekonamy. Na górze ścieżka musi się najwyraźniej najpierw zapętlić. Zakręt numer jeden, zakręt numer dwa. Wkrótce jednak droga zaczyna zmieniać kierunek, i to błyskawicznie. Niekończące się to tu, to tam, w sosnowym lesie. Dalej w dole częstotliwość uderzeń serca zamiera, aż uspokajamy się w St. Andre. Oczywiście, nikt z nas nie liczył. Co to było jednak za szaleństwo!

 

 

Na najwyższy punkt trasy, Col d’Allos, na 2247 m n.p.n., można dać się wywieźć. Przyjemność z jazdy zaczyna się wtedy natychmiast

 

W St. Andre zatrzymujemy się w małym barze na cafe au lait i pochłaniamy kilka croissantów, zanim odjeżdżamy w kierunku następnego długiego podjazdu tego dnia. Tym razem niezbyt stromą leśną drogą, która prowadzi na płaskowyż z rozległymi widokami. Na dole, w dolinie, błyszczy intensywnie turkusowe Lac de Castillon, z nim falują wypalone słońcem góry Prowansji. Złoto i brązy, gdzie tylko okiem sięgnąć. Do tego pachnie jak w kredensie z przyprawami (mięta, tymianek, rozmaryn). W naszym kierunku zmierza trzech grzybiarzy, z dumą prezentując zawartość swoich koszyków. Niestety, nie zaprosili nas na obiad, tylko wskazując kciukami ku górze ostrzegli – „Tres difficile!”. Mogli tę informację zatrzymać dla siebie... Zaledwie 10 metrów dalej leśna droga nagle się kończy i zmienia w rynnę przecinającą zbocze góry, stając się trudną technicznie ścieżką. W jakiś sposób jednak znów odnajdujemy ślad i odzyskujemy płynność. Siedząc w siodłach, wjeżdżamy do Castellan, gdzie zaczyna się słynna część wąwozu Verdon.

 

Wielki Kanion Francji należy do największych, najpiękniejszych i najbardziej znanych wąwozów Europy. Na przestrzeni 21 kilometrów Verdon przecina tu skały aż do głębokości 700 metrów. W związku z tym, że w 1990 wąwóz został uznany za teren chroniony, jazda na rowerze jest tu niestety zabroniona. Właśnie dlatego trasa La TransVerdon balansuje po prawej stronie wąwozu, prowadząc grzbietami gór.

 

 

U źródeł Verdon. Rzeka wypływa z Alp Nadmorskich w pobliżu Col d’Allos

 

Jest jeszcze bardzo wcześnie rano, gdy toczymy się przez górską wioskę Rougon. Przed Creperie Le Mur d’Abeilles właściciel akurat zamiata ulicę. Nie, otwiera dopiero za dwie godziny, ale wie, czym możemy zająć się w międzyczasie. Nie wygląda przy tym jak kolarz górski, z powątpiewaniem więc podążamy za nim. Rzeczywiście, za naleśnikarnią zaczyna się ścieżka, która obiecująco znika w wąwozie. Mężczyzna śmieje się, widząc, jak błyszczą nasze oczy. Tak, tak, widział tu już bardzo wielu zjeżdżających. „To podobno jedna z najlepszych tras w regionie” – dodaje z dumą. Ścieżka połatana jest skalnymi płytami. Niektóre są jeszcze mokre od porannej mgły, ale już wystarczająco przyczepne. Upojeni połykamy setki metrów w pionie przez młody świerkowy las, aż zatrzymujemy się wreszcie na brzegu Verdon. W końcu możemy dotknąć turkusowej wody! Z powrotem do Rougon wspinamy się szutrową drogą. W międzyczasie zdążyły rozgrzać się patelnie naleśnikarni, nie odmawiamy więc sobie prawdopodobnie najsmaczniejszych crepes całej wyprawy. W trasie jesteśmy już od sześciu dni i tak właściwie powinniśmy być znacznie dalej. Nasze wypady w bok kosztowały zdecydowanie więcej czasu, niż zakładaliśmy.

 

 

Ponieważ naleśnikarnia w Rougon była jeszcze zamknięta, dostaliśmy podpowiedź, by zjechać ścieżką do wąwozu. Marzenie...

 

Nieważne, mamy za sobą najpiękniejsze fragmenty szlaku. Dlatego wypad kończymy zjazdem rzymską drogą do Moustiers St. Marie i ostatnim noclegiem w Gite Segries. Schronisko wygląda tak, jakby zostało wycięte z folderu reklamowego Prowansji. Gospodarz Noel także. Jego pieczeń z dzika jest tak soczysta i delikatna, że niemal rozpływa się w ustach. Potem częstuje nas domowymi lodami o smaku lawendy, miodu, fig i tymianku. Gdy w końcu przynosi kawę, dosiada się do stolika. Chętnie pokaże nam, skąd pochodzi mięso, które właśnie mieliśmy na talerzu. Do odkrycia jest tu wiele ścieżek wydeptanych przez dziki. Wiele kilometrów z nich wyciął wokół swojego domu specjalnie dla fanów MTB. Szkoda, że już nie mamy czasu. Jestem jednak ciekawy, czy strefa wojskowa, w którą wpadliśmy przed 25 laty, wciąż istnieje? „Tak, znajduje się na południowy wschód stąd. Tam jednak nie można jeździć!”. Uśmiecham się i potakuję ruchem głowy.

 

 

Mały prezent, Julia mogła zajrzeć do koszyka miejscowego zbieracza grzybów...

 

INFO

 

Grande Traversee VTT La TransVerdon liczy w sumie 260 km i 8000 metrów przewyższeń. Miejsce startu to wznosząca się na 2247 m n.p.m. Col d’Allos w parku narodowym Mercantour. To stąd wypływa rzeka Verdon, wzdłuż której zmierza się na południe w kierunku wąwozu Verdon. 

 

POZIOM TRUDNOŚCI

Trasa oficjalnie podzielona jest na 15 etapów, ale swobodnie można pokonać ją w tydzień. Zjazdy pierwszej części są dość trudne, im bliżej końca, tym trasa jest bardziej płynna.

 

TERMIN WYPRAWY

Jeśli ktoś chce zobaczyć słynne lawendowe pola, powinien wybrać się w okresie od połowy czerwca do września. W lipcu i sierpniu jest często zbyt gorąco, by jeździć na rowerze.

 

NOCLEGI

W gites (schroniskach) zawsze dostępne są śniadania.Wciągu dnia można coś zjeść w wioskach i schroniskach. Wszystkie informacje dotyczące map, danych GPS, dokładne opisy odcinków i adresy noclegów oraz kontakty z organizatorami dostępne są na stronie vtt.alpes‐haute‐provence.fr.

 

Komentarze do artykułu