Sabine Spitz – Niczego nie żałuję

Jedna z najbardziej utytułowanych zawodniczek w wieku 47 lat żegna się z karierą sportową. Czy tym razem definitywnie? Rozmawiamy z Sabiną Spitz o przeszłości i snujemy plany na przyszłość.



Wygrała olimpijskie złoto, srebro i brąz, dwukrotnie była mistrzynią świata i 19 razy mistrzynią Niemiec. Sabina Spitz pochodzi ze Schwarzwaldu, a ściga się już 26 lat. Żadna inna kobieta nie ma równie długiej kariery sportowej na koncie. Zyskała już nawet przydomek „babcia Spitz”. Maratonowe Mistrzostwa Świata w Szwajcarii były jej pożegnalnym występem w profesjonalnych zawodach. Po oficjalnym zakończeniu kariery Sabina Spitz zaplanowała przeprowadzkę do Afryki Południowej, swojego nowego miejsca na ziemi. Na kilka dni przed wyjazdem zaprosiła nas do siebie. Kiedy się pojawiliśmy, drzwi mieszkania (znajdującego się nieopodal jej domu rodzinnego) były już otwarte. Sabina uraczyła nas mocnym cappuccino. „Kawa to mój narkotyk” – powiedziała.

 

BIKE: Twoja kariera jest jedyna w swoim rodzaju, a zaczęła się w dyskotece…

 

SABINE SPITZ: (uśmiecha się) Prawdę mówiąc, nie dorastałam w sportowym otoczeniu. Grałam w piłkę nożną, ale w klubie mieliśmy tylko trzy dziewczyny, więc stworzenie drużyny było niemożliwe. Moi rodzice byli trochę na bakier ze sportem i nie chcieli mnie wozić dwa czy trzy razy w tygodniu na treningi. Trenowałam jeszcze hokej na lodzie, ponieważ w okolicy mamy zadaszone lodowisko. Mając dwanaście lat, zaczęłam przygodę z narciarstwem. Sprzedając karnety, mogłam też nieodpłatnie szlifować swoje umiejętności na stoku. Ale rzeczywiście, Ralfa, który wprowadził mnie w świat rowerów, poznałam w dyskotece. W piątki grali zawsze muzykę lat 80., Phil Collins… Rozumiecie.

 

Po wieczorze spędzonym w dyskotece „Oaza” w Bad Säckingen oboje spotykają się już następnego dnia na balu sportowców w Murg. Coś między nimi zaiskrzyło. Takie były początki 26‑letniego związku. Ralf został nie tylko mężem Sabiny, ale także menadżerem, a jako zapalony kolarz górski zaszczepił jej swoją pasję. Na pożyczonym sprzęcie marki Wheeler Sabina startuje w zawodach w Furtwangen i dojeżdża ostatnia. Ale nie użala się nad sobą i bierze w garść. Rok 1994 to dla niej pierwszy prawdziwy sezon wyścigowy. Ma już 23 lata. Nie odnajduje się w swoim wyuczonym zawodzie laborantki chemicznej. Za to jazda na rowerze dodaje jej skrzydeł. W Mistrzostwach Świata w 1995 roku zajmuje 45. miejsce i postanawia całkowicie skoncentrować się na sporcie. Porzuca dotychczasową pracę laborantki. Prawdziwą inspiracją staje się dla niej start na Igrzyskach Olimpijskich w 2000 roku.

 

Jakie znaczenie miał dla ciebie pierwszy udział w Igrzyskach?

 

Sydney było dla mnie jak zastrzyk motywacji. Spotykasz zawodników, których znasz tylko z telewizji, i czujesz się taki malutki. O rany, pomyślałam, przecież oni przyjechali tu walczyć o medale. Dla mnie liczył się już sam fakt startu w igrzyskach. Byłam świadkiem wielu ceremonii wręczania medali i wiedziałam, że mój czas jeszcze nie nadszedł. Ale następnym razem to ja chciałam stać na pudle.

 

Sabine Spitz

 

I stało się. Cztery lata później w Atenach spełniłaś swoje marzenie.

 

Wczesnym latem pojechaliśmy z drużyną narodową do Aten, żeby przyjrzeć się trasie. Pomyślałam wtedy – „cholera, jak to zostało zrobione”. Duże przewyższenia na rundach, luźna nawierzchnia, nie byłam zachwycona tym, co zobaczyłam. Z samą trasą nic nie mogłam zrobić, ale dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież wszyscy będą mieli te same warunki.

 

Największym osiągnięciem w sportowej karierze jest olimpijskie złoto, które w 2008 roku w Pekinie stało się faktem. Opowiesz, jak było?

 

W 2007 roku, a więc jeszcze przed igrzyskami, ścigaliśmy się na tamtej trasie. Od razu ją polubiłam i wiedziałam, że jeśli nie tu, to gdzie? Wymagania i profil trasy były jakby pode mnie skrojone. To był po prostu świetny odcinek. W ramach zawodów przedolimpijskich staraliśmy się zebrać tyle informacji, ile tylko się dało. Za pomocą GPS-u, miernika mocy SRM, nagrywaliśmy też filmy na GoPro. Dzięki temu mogłam odtworzyć w głowie trasę co do sekundy. Doskonale wiedziałam, jaki bieg muszę mieć na danym zakręcie, żeby zoptymalizować pedałowanie. Za nic na świecie nie mogłam sobie pozwolić na marnowanie sił, przyspieszając po zbędnym hamowaniu. I w ten oto sposób pojechałam optymalny wyścig, a w konsekwencji wygrałam złoto.

 

Czy była to najszczęśliwsza chwila w całej twojej karierze sportowej?

 

Szczerze mówiąc, srebro z Londynu w 2012 ma dla mnie taką samą wartość jak złoto z Pekinu. Aż do mojego niefortunnego błędu na rockgardenie wyniki nie były przesądzone. Georgia Gould, Julie Bresset i ja odjechałyśmy pozostałym zawodniczkom. Julie pierwsza wpadła na kamienisty zjazd. Nie pytaj mnie, nie wiem dokładnie, co zrobiłam. W każdym razie zakończyło się nagłym lotem przez kierownicę. Dzięki Bogu nic złego się nie stało, rower też nie został uszkodzony. Ale potrzebowałam przynajmniej jednego kolejnego przejazdu, żeby się ogarnąć. Szczęście w nieszczęściu. Dlatego srebro z Londynu ma dziś dla mnie niewiarygodną wartość.

 

W 2013 roku Sabina dwukrotnie trafiała na stół operacyjny – zwichnięcie stawu barkowego w lewym ramieniu (upadek w Albstadt), a później po prawej stronie (upadek w Pietermaritzburgu). Po czym szybko wraca do treningów i wygrywa Puchar Świata w Andorze. Nadzwyczajna jest wytrzymałość i motywacja Sabiny do walki z kontuzjami. Szczególnie trudny okazał się rok 2016. W wyniku upadku w Kandzie zraniła kolano. Doszło do zapalenia tkanki. Plany zakończenia kariery sukcesem w Rio legły w gruzach. Ostatecznie Spitz zajęła dopiero 19. rozczarowujące miejsce. Po igrzyskach kolano było operowane trzykrotnie, a skóra nie chciała narastać. Niekończące się tygodnie Sabina spędziła na kanapie, z wyprostowaną nogą i odkrytą rzepką kolana.

 

Sabine Spitz

 

W Londynie startowałaś, mając 40 lat, a jednak w 2016 wciąż myślałaś o ściganiu w Rio.

 

Rio było bolesnym doświadczeniem. Moje serce krwawiło z żalu, że tak głupio wyszło. Rio miało być zakończeniem kariery. Ale wszystko zawisło niedopowiedziane gdzieś w przestrzeni. Ostatni rozdział nie został zamknięty. Nie chciałam kończyć kariery wyścigiem z Rio.

 

Ostatecznie Mistrzostwa Kobiet w maratonie stały się twoim pożegnalnym wyścigiem. Zajęłaś

 

10. miejsce. Czy to godne zakończenie kariery? Z dziesiątego miejsca jestem zadowolona. Trasy ze stromymi podjazdami nie należą do moich ulubionych. Myślę, że klasyfikacja w top ten całego świata, i to w wieku 47 lat, to całkiem przyzwoity wynik (uśmiecha się). Tak, napisałam ostatni rozdział mojej kariery.

 

Igrzyska olimpijskie były dla ciebie zawsze czymś więcej aniżeli tylko wydarzeniem sportowym. W przededniu Igrzysk w Chinach brałaś udział w kampanii informacyjnej o sytuacji w okupowanym Tybecie. Jak dalece sportowcy powinni angażować się w sprawy polityczne?

 

Sytuacja w Tybecie nie jest w porządku. I nawet jeśli wtedy zwracano na to szczególną uwagę, moje zaangażowanie nie miało bezpośredniego związku z Igrzyskami. Każdy z nas ma przecież swoje zdanie na różne tematy. Jeśli ktoś mnie pyta, zamiast unikać odpowiedzi lub udawać, że nie mam zdania, po prostu mówię, co myślę. Wszelkie formy ucisku są bezprawne.

 

Co zatem dalej? Wyprowadzasz się z domu i planujesz spędzić zimę w Afryce Południowej. Czy to nowy początek?

 

Tak, Afryka Południowa będzie dla mnie w przyszłości ważnym miejscem, na chwilę obecną przede wszystkim na czas zimy. Myślę, że to rzeczywiście swego rodzaju nowy początek. Kocham ciepło, a ten kraj jest rajem dla miłośników kolarstwa górskiego. MTB cieszy się tam taką popularnością, jaką tutaj trudno sobie nawet wyobrazić. Kluby MTB liczą tysiące członków. W międzyczasie poznałam tam ludzi, dzięki którym Afryka Południowa stała się moją drugą ojczyzną. A teraz mam już możliwości i czas na podróżowanie między dwoma krajami. Afryka Południowa stała się dla mnie krajem na tyle istotnym, że chcę z nią związać moje plany zawodowe.

 

Czy zmieniłabyś cokolwiek w twoim dotychczasowym życiu?

 

Tak na szybko i spontanicznie to nic nie przychodzi mi do głowy. Jestem zadowolona zarówno z tego, gdzie teraz jestem, jak i z drogi, która mnie tu doprowadziła. Nigdy przecież nie wiemy, co by się stało, gdyby jakaś drobnostka z przeszłości zmieniła bieg wydarzeń.

 

Czy po 26 latach aktywności sportowej twoja finansowa przyszłość jest zabezpieczona?

 

Jestem w sytuacji, która nie zmusza mnie do zarabiania pieniędzy na bieżąco. Mam kilka lokat, z których spływa trochę środków. Konserwatywne myślenie opłaciło się (śmiech).

 

Pozostajesz w sporcie?

 

Na pewno, kolarstwo jest niezmiennie moją pasją. W 2019 roku trzykrotnie komentowałam dla Red Bulla starty w Pucharze Świata Cross Country. I to ma się nie zmienić. Oprócz tego zrodził się pomysł, żeby w ramach czegoś na wzór „Akademii MTB Sabiny Spitz” propagować moją wiedzę, doświadczenie i zamiłowanie do tego sportu.

 

Nie będziesz tęskniła za wyścigami?

 

Kiedyś trzeba zejść ze sceny. Na pewno wystartuję jeszcze w kilku zawodach, ale tym razem już na spokojnie i dla zabawy. Nie żałuję niczego. Jestem zadowolona z tego, jak jest. Moje motto życiowe brzmi – póki czerpiesz przyjemność i nie ma przymusu, jest dobrze.

 

Przeczytaj również:

 

Rowerem po sztolniach kopalnii

Jak się odchudzać jeżdżąc na rowerze

Thirty Three Bikes Studio, Wrocław

Fabryka Krossa w Przasnyszu i karbon z Polski!

Branża rowerowa w czasach pandemii

Komentarze do artykułu