30 LAT BIKE – Zawsze, w każdą niedzielę, czyli historia wyścigów MTB

Nic tak mocno nie wpłynęło na kolarstwo górskie jak WYŚCIGI. Thomas Frischknecht już w trakcie pierwszych Mistrzostw Świata stanął na podium. Komentuje dla nas najważniejsze wydarzenia i wspomina najbardziej zjawiskowe osobowości ostatnich 30 lat.



Komentarz Frischiego

„Pierwsze Mistrzostwa Świata w 1990 roku rozegrano spontanicznie. Wówczas już przez całe lato byłem w Ameryce i startowałem w serii NORBA. W Europie był w tych czasach Grundig Cup, jednak poziom w USA był znacznie wyższy. John Tomac, Ned Overend i Tinker Juarez byli w pierwszych latach najszybsi. Już wtedy jeździli dla zawodowych ekip. Pod koniec sezonu dowiedzieliśmy się, że UCI w Durango zamierza dekorować pierwszego mistrza świata. Było oczywiste, że chciałem brać w tym udział. Niestety, jak na złość, tydzień przed MŚ kończyła się moja wiza do Stanów. Dlatego do Durango pojechałem przez Kanadę, by tam w szwajcarskiej ambasadzie załatwić sobie nową wizę. W trakcie wyścigu Ned Overend okazał się nie do pokonania, jednak jestem bardzo dumny z mojego drugiego miejsca”.

 

 

Komentarz Frischiego:

„W 1991 po raz pierwszy UCI zorganizowało oficjalny Puchar Świata. Sponsorem głównym był Grundig. Wtedy również po raz pierwszy cross country i downhill zaczęto rozgrywać osobno. Wcześniej w wyścigowy weekend każdego kolarza czekał zarówno downhill, jak i cross country. Dodatkowo czasami rozgrywany był hillclimb. W tych czasach całą nagrodę pieniężną wypłacano zwycięzcy generalki z wszystkich dyscyplin. Greg Herbold czy Myles Rockwell (zdjęcie) w downhillu byli mocarzami, również do 1991 roku stawali na starcie każdego wyścigu cross country. Po rozdzieleniu dyscyplin przemysł rowerowy zaczął pracować nad ulepszeniem sprzętu. Nie myślałem nawet wtedy o tym, żeby w wyścigach zjazdowych opuszczać sobie siodełko. Na początku lat 90. sport był w totalnie odkrywczej fazie. Rozkoszowałem się tymi szalonymi latami”.

Mike Kluge, Jürgen Beneke i Regina Stiefl na początku lat 90. rządzili w Pucharze Świata Grundiga. Beneke i Stiefl wygrali w 1993 roku klasyfikację

 

 

Mimo bardzo ciężkich tras pierwsze maratony górskie stały się sportem masowym. W trakcie pierwszych edycji Cristalp Marathon  i pierwszych Transalp Challenge (u góry) amatorzy częściej pchali swoje rowery, niż na nich jeździli. W 2003 roku pierwsze Mistrzostwa Świata w Maratonie sprofesjonalizowały również i tę dyscyplinę. Wtedy w Lugano wygrali Thomas Frischknecht i Maja Włoszczowska!

 

Thomas Frischknecht w Lugano

 

Komentarz Frischiego

„Kiedy na początku lat 90. sprofesjonalizował się Puchar Świata, stało się jasne, że musi istnieć sport amatorski. Temat kolarstwa górskiego dopiero co nabierał tempa. Coraz więcej osób chciało brać udział w wyścigach i być częścią grupy. Wymagające trasy i wysoka intensywność cross country nie była zachęcająca dla mas, dlatego maratony stawały się coraz bardziej popularne. Takie imprezy jak Cristalp Marathon w połowie lat 90tych miały przepełnione listy startowe. Maraton sprawił, że kolarstwo górskie stało się sportem masowym. Olbrzymia liczba startujących kolarzy stała się również atrakcyjna dla regionów turystycznych. Zimowe ośrodki narciarskie, jak Ischgl lub Scuol, organizowały olbrzymie imprezy, by zwabić kolarzy. Z upływem czasu dorobiliśmy się maratonowych zawodowców, ale cross country nadal było królewską dyscypliną w kolarstwie górskim”.

 

 

Komentarz Frischiego:

„Postrzeganie tego sportu całkowicie się zmieniło, gdy w 1996 ogłoszono, że cross country stanie się dyscypliną olimpijską. Do tego czasu kolarze górscy w mediach byli postrzegani jak szaleńcy. Mimo iż już wtedy zawodowcy byli bardzo profesjonalni, o kolarzach panowała opinia, że to rajskie ptaki, jak Tinker Juarez lub Missy Giove. Po Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie zmieniły się opinia i nastawienie. Zaczęły powstawać drużyny narodowe, a sport uległ profesjonalizacji. Wielcy sponsorzy, jak Volvo lub Siemens, wnieśli duży wkład finansowy w dyscyplinę. Szybcy kolarze szosowi na początku lat 90. zwęszyli swoją szansę w MTB. Poziom znowu się podniósł. Brentjens (po lewej) po zdobyciu złotego medalu został przez holenderską rodzinę królewską pasowany na rycerza. Ja (w środku) byłem wtedy drugi”.

 

Robiące wrażenie teamowe ciężarówki i niezwiązani z branżą sponsorzy, jak Volvo lub Siemens, w połowie lat 90. przyczynili się do profesjonalizacji sportu. Sabine Spitz zdobyła w Atenach brąz, później złoto i srebro na kolejnych igrzyskach w 2008 i 2012 roku.

 

Król Palmer i Missy Giove pod koniec lat 90. sprawowali władzę w światku downhillowym.

 

Komentarz Frischiego:

„Downhillowców dłużej niż nas, ścigających się w cross country, traktowano jak rajskie ptaki. Shauna Palmera i Missy Giove z końcem lat 90. postrzegano niczym gwiazdy rocka, ponieważ swoim wyglądem wywierali wpływ na cały sport. Wielu uważa, że stylizowali się tak tylko dla mediów. Brałem udział w tych wyścigach i wiem, że niczego nie udawali. Wyluzowanie było w nich od urodzenia. Kiedy Missy stała na starcie wyścigu downhillowego, jej myśli sięgały tak daleko, jak spojrzenie. Obydwoje, Palmer i Missy, rozkoszowali się byciem tu i teraz. Kiedy w przeddzień wyścigu mieli okazję zapalić jointa, palili, nic sobie z tego nie robiąc. Podziwiałem ich nastawienie do życia, ale równie szybko uświadomiłem sobie, że tak się nie da! Mimo wszystko należy być im wdzięcznym. Oni sprawili, że ten sport jest wyluzowany”.

 

 

 

WYWIAD | THOMAS I ANDRI FRISCHKNECHT

Mój trening był kiedyś bardziej romantyczny.

Kiedy w 1996 Thomas Frischknecht został mistrzem świata, jego syn Andri miał dwa lata. Teraz Andri sam jeździ w Pucharze Świata w cross country. Frischknechtowie opowiedzieli nam, jak zmieniło się kolarstwo górskie na przestrzeni czasu.

 

Thomas Frischknecht siedzi pod namiotem teamu Scott-Sram. Ma na sobie espadryle i szorty. Espresso pije z filiżanki w pasy mistrza świata. Na zewnątrz mechanik dopieszcza rower Nino Schurtera. Jest czwartek wieczór. Nazajutrz rozpoczyna się Puchar Świata w Val di Sole. Po południu „Frischi” trenował na trasie z mistrzynią świata Kate Courtney, teraz ma czas na rozmowę. Kiedy jego syn Andri siada obok, Frischi kiwa głową. Możemy zaczynać.

 

BIKE: Andri, w Pucharze Świata stale zajmujesz miejsca w pierwszej dwudziestce. Gdyby istniał wehikuł czasu, który przeniósłby cię do lat 90., byłbyś szybszy od taty?

ANDRI FRISCHKNECHT: Pewnie przez pierwszą godzinę tak, później prawdopodobnie zabrakłoby mi siły. W dzisiejszych czasach wyścigi Pucharu Świata trwają 90 minut. Wtedy jazda trwała powyżej trzech godzin. Mój trening nie jest nastawiony na taki dystans. Ale ciekawe byłoby porównanie danych wydolnościowych z dzisiejszymi, tylko że w 1990 nie było jeszcze standardowych testów wydolnościowych lub korb z pomiarem mocy.

THOMAS FRISCHKNECHT: Poziom na przestrzeni ostatnich 30 lat na pewno wzrósł. Niemniej nie chciałbym odpowiadać na to pytanie. Już w latach 90. światowa czołówka była ekstremalnie dobra. Poza tym Andri musiałby sobie poradzić ze sprzętem, na jakim wtedy jeździliśmy. Jeżeli o to chodzi, młodzi kolarze są totalnie rozpieszczeni.

 

Thomas, mówisz, że poziom w Pucharze Świata wzrósł. Czy na początku lat 90. zawodowiec mógł sobie jeszcze pozwolić na luźniejsze życie?

THOMAS: Luźniejsze życie to niewłaściwe określenie. Powiedziałbym, że mój trening był wtedy bardziej romantyczny niż dzisiejszych zawodowców. Wytrzymałość trenowałem z kolegami. Jeżeli miałem ochotę, jeździłem szosówką po malowniczych przełęczach. Przy dobrej pogodzie spontanicznie wydłużałem sobie trening o godzinę. W dzisiejszych czasach byłoby to nie do pomyślenia. Trening Nino lub Andriego jest w 100% zaplanowany. To czysta praca, którą muszą wykonać. Ale luzu kiedyś też nie było. W trybie wytrzymałościowym rzadko kiedy trenowałem w tygodniu poniżej 20 godzin. Takich objętości w dzisiejszych czasach nie dadzą rady przejechać nawet najambitniejsi kolarze.

ANDRI: Trenuję przeważnie od dwóch do czterech razy w ciągu dnia. Jeździmy krótsze, ale za to bardziej intensywne jednostki treningowe. Jeżeli wsiadam na rower, trening dyktuje mi pomiar mocy. Przede wszystkim podczas interwałów lub ważnych jednostek trzeba jechać „dokładnie”. Nie mogę się sugerować jazdą kolegi. W światowej czołówce nie ma miejsca na zabawę. Jeżeli chcesz jeździć w czołówce, musisz przede wszystkim trenować intensywnie i sposób zdyscyplinowany.

 

Mimo tego jesteś gotowy podporządkować swoje życie kolarstwu? Gdzie tu urok dyscypliny?

ANDRI: Z zawodu jestem stolarzem i wiem, że w innych branżach również trzeba ciężko pracować. Trening i wyścigi dają mi więcej radości, niż gdybym musiał zrobić więźbę dachową. Poza tym lubię stan, kiedy zamęczam do maksimum mój organizm. Chcę zobaczyć, jak daleko mogę zajść. To moja motywacja. A tak naprawdę, który kolarz nie chciałby, żeby jego hobby stało się zawodem?

THOMAS: Dla mnie kolarstwo zawsze było środkiem do celu. Od początku motywował mnie styl życia, który związany jest z kolarstwem zawodowym. Przede wszystkim w pierwszych latach, gdy ten sport był zdominowany przez Amerykanów, samo bycie kolarzem miało w sobie coś niezwykłego. Na przykład w 1990 całe lato spędziłem w Stanach, by startować tam w wyścigach MTB. Wtedy było to cennym doświadczeniem. Jako zawodowiec możesz jeździć dokoła świata na najlepszych ścieżkach tej planety. Nie ma niczego lepszego! Takie życie możesz jednak wieść pod warunkiem, że osiągasz najlepsze rezultaty w Pucharze Świata. Myślę, że jako zawodowy pływak lub łyżwiarz nie dałbym rady przebić się do czołówki światowej. Po prostu w tych dyscyplinach brakowałoby mi motywacji, tego wyluzowanego stylu życia.

 

A propos stylu życia. Przez długi czas image tego sportu był kreowany przez rzucających się w oczy zawodników, jak Shaun Palmer lub Tinker Juarez. Czy w dzisiejszych czasach w wyścigach brakuje takich charakterów?

THOMAS: Obojętne, czy był to Shaun Palmer, Greg Herbold czy Myles Rockwell. Amerykanie po prostu od urodzenia mają gen gwiazdy rocka. Ale Nino Schurter, Henrique Avancini czy Mathieu van der Poel też mają mocne charaktery. W dzisiejszych czasach po prostu nie można już imprezować do wczesnych godzin porannych i potem jeszcze zaliczyć wyścig. Ale każdy z nich wykonuje swoją pracę we własnym stylu. Nino swoimi whipami odcisnął piętno na tym sporcie. Dla mnie gwiazda rocka to taka osoba, która potrafi porwać tłumy, a to właśnie udaje się tym sportowcom. Inaczej niż kiedyś, oni nie potrzebują alkoholu czy szalonych imprez jako otoczki.

ANDRI: Myślę, że image pijących piwo i biegających do kamer zawodników jest dziś nie do przyjęcia. Tamte czasy minęły, sport wydoroślał. Uważam, że to dobrze. Atmosfera podczas Pucharu Świata dalej jest wyluzowana. Cieszy nas to, co robimy, i to jest dla mnie najważniejsze.

 

W latach 90. rozpoczęły się transmisje z Pucharu Świata. Niezwiązani z branżą sponsorzy, tacy jak Grundig, Siemens lub Volvo, byli w nich dostrzegalni. Czy trudniej jest zarobić pieniądze w sporcie bez transmisji telewizyjnych?

THOMAS: Wyścigi transmitowane wtedy w Eurosporcie były nudne. Jeździliśmy trzy godziny po szutrowych drogach, a downhillowcy zjeżdżali po łąkach. Nie można mieć za złe widzom, że z chęcią przełączali na piłkę nożną. Relacje na żywo na Red Bull TV całkowicie to zmieniły. Międzynarodowa Unia Kolarska i Red Bull zrobili wszystko co w ich mocy, by sport stał się bardziej atrakcyjny. Trasy są, jak do tej pory, najbardziej spektakularne, a walka o zwycięstwo bardzo ciekawa. Sport rozwija się wyśmienicie i dociera do coraz większej grupy odbiorców. Prawdopodobnie w tym sporcie jest teraz więcej pieniędzy niż dawniej. Podobnie z pensjami kolarzy. Niewielu zarabiało bardzo dobrze, inni zostawali z niczym. Najlepsi kolarze świata mogli i mogą utrzymać się ze sportu.

ANDRI: Jeżeli patrzysz na ogólną klasyfikację UCI, czołówkę możesz odfajkować. Pierwsza dziesiątka zarabia naprawdę dobrze. Kolejna dwudziestka i tak więcej niż w swoim wyuczonym zawodzie. Później jest już troszkę gorzej. Może jest dwudziestu lub dziesięciu zawodników, którzy mogą się utrzymać, ponieważ mieszkają z rodzicami. Dalej już nikt nie stanie się bogatym. Powiedzmy, że aktualnie jest od trzydziestu do czterdziestu zawodników cross country, którzy utrzymują się ze sportu. Myślę, że w latach 90. nie było ich aż tylu. Czyli kiedyś było trudniej zarobić pieniądze na sporcie.

 

Thomas, w 1996 zdobyłeś tytuł mistrza świata z poślizgiem. Jérôme Chiotti, zwycięzca mistrzostw, został przyłapany na dopingu. W jakim stopniu problem dopingu dotyczy dzisiejszych czasów?

THOMAS: Pod koniec lat 90. EPO było nie do wykrycia. Powiem tak, wielu sportowców znalazło wtedy jakiś skrót do światowej czołówki. Pewnie był to też powód, dlaczego w latach 1995-2000 nie mogłem walczyć o zwycięstwo w Pucharze Świata. Kiedy w końcu na początku 2000 roku EPO stało się wykrywalne, zacząłem ponownie zdobywać medale na mistrzostwach świata. Nawet dzisiaj mamy czarne owce w naszym sporcie, to nie do uniknięcia. W międzyczasie kontrole stały się już tak profesjonalne, że oszuści w większości przypadków są wyłapywani.

ANDRI: Mnie kontrolerzy odwiedzają regularnie. Raz nawet zrobili to trzy razy w jednym tygodniu. Podczas wyścigów kontrola dopingowa należy już do normalnej procedury. Dodatkowo muszę mieć paszport, którym dokumentuję wyniki krwi zmieniające się w naturalny sposób. Będąc w czołówce świata, jestem regularnie kontrolowany. W takiej sytuacji nie ma możliwości oszustwa. Zakładam, że sport jest w 99 procentach czysty.

 

W 1976 roku grupka szalonych Amerykanów po raz pierwszy pojechała wyścig na rowerach górskich. 13 lat później ukazał się pierwszy magazyn BIKE. Nasze 30 urodziny świętujemy serią artykułów retro, dokumentujących rozwój dyscypliny.

 

Komentarze do artykułu