Reportaż: Tropem owiec

Gdzieś pośród wód dzikiego Oceanu Północnoatlantyckiego leży zaczarowany archipelag wysp Färöer, zwanych także Wyspami Owczymi. Rowerzyści nie ośmielali się dotąd na eksplorację tej trudno dostępnej, surowej i deszczowej krainy. Mieli ku temu powody. Ktoś jednak w końcu musiał spróbować.



Wśrod skalistych klifów

 

Morze gęstych chmur ustępuje czasem łaskawie, odsłaniając bezkres Atlantyku. Stoimy w przemokniętych butach, strzępy mgły wędrują ponad wyżyną, a niewielki strumień mruczy pośród soczystej zieleni. Nasze spojrzenia gubią się w bezmiarze skalistych klifów, które setkami metrów wystrzeliwują ponad wodę, szkicując kontury wysp. Färöer, mały archipelag wysp między Islandią i Norwegią, przywitał czterech cyklistów deszczem, ale mimo pierwotnej surowości wciąż był bajecznie piękny. Trzy dni wcześniej wyruszyliśmy z Monachium samochodami, przez Niemcy i Danię do Hirtshals, gdzie wjechaliśmy na prom. Narröna to jedyne połączenie między kontynentalną Europą a Wyspami Owczymi. Odległość około 1200 km. Tjornuvik, stolica Färöer, to dla większości pasażerów zaledwie przystanek przed dalszą podróżą. Dla nas punkt, z którego startujemy na rowerowy podbój Wysp. Oczywiście nie spodziewamy się tutaj infrastruktury znanej z Alp. Na mapach wciąż jednak odkrywamy kreski, które rozbudzają naszą wyobraźnię i karmią nadzieję. Obóz rozbijamy na północnym krańcu wyspy głównej Streymoy, obok lokalu rybnego. Przyjmują nas ciepło, po przyjacielsku, dlatego z radością, ale i pewnymi obawami, zabieramy się za składanie rowerów.

 

Wyspy Owcze

Już następnego dnia staje się jasne, że na Wyspach Owczych noszenie rowerów na plecach będzie częstym scenariuszem dnia.

 

Z rowerami na plecach

 

Ranek wita nas mżawką i smutnym niebem. Mimo tego wskakujemy na rowery. Już kilka metrów za Tjørnuvík droga zamienia się w wydeptaną ścieżkę. Musimy wrzucić rowery na plecy – będzie to częsty scenariusz następnych dni. Mijamy małe wodospady, a strumień prowadzi nas przez mistyczny i tajemniczy krajobraz. Naraz pojawia się problem natury praktycznej. Szukamy jakiejś ścieżki, przejezdnej linii, która poprowadzi nas przez kamienny labirynt u wejścia do skalistej, zablokowanej rynny. Ale nic z tego. Za kamiennymi schodami teren wypłaszcza się. Jedziemy przez soczystą trawę. Jest mniej lub bardziej stromo. Na wysokości ok. 500 metrów nad poziomem morza docieramy wreszcie do zaplanowanego na dziś celu. To skalisty grzbiet, na którego południowym zboczu powinna czekać nasza pierwsza trailowa ścieżka, przynajmniej teoretycznie powinna.

 

Wyspy Owcze

Każdego dnia rozbijamy nasz obóz w innym miejscu. Wspólnie gotujemy, spożywamy posiłki i mamy nadzieję, że pogoda się poprawi.

 

Pokonywanie śliskiego podłoża zmusza nas do wysiłku. Spadzista, grząska droga próbuje wymusić na rowerach kierunek jazdy. W poszukiwaniu trasy próbujemy pokonywać krótkie odcinki na piechotę. Przednie koło ponownie znika gdzieś w głębokich bruzdach. Obłe bloki skalne są równie śliskie. Zmniejszamy ciśnienie w oponach. Ścieżki trailowe Wysp Owczych są wymagające.

Pada coraz mocniej. Zróżnicowanym terenem docieramy w końcu do miejscowości Saksun. Malutki kościółek nad malowniczą zatoką przyciągnął także tłum autobusowych turystów. Szybko uciekamy od tej wrzawy. W drodze powrotnej do bazy pokonujemy 30 kilometrów szosą. Słońce zaczyna się nam przyglądać, w chwili gdy wywieszamy przemoczone ciuchy. Dopiero teraz!? Staramy się nie robić mu wyrzutów, a nawet jeśli, to tylko po cichu, żeby nie usłyszało.

 

Wyspy Owcze

Poniżej szczytu najwyższej na Wyspach Góry Slættaratindur rzeczywiście znajduje się przejezdna ścieżka.

 

Jak najwyżej się da

 

Następnego dnia chcemy wjechać tak wysoko, jak tylko się da. Ośmiosetmetrowy szczyt Slættaratindur bardziej przypomina pagórek niż górę. Łatwo go zdobyć pieszo. Chociaż raz lepsza, raz gorsza trasa wiedzie stromym południowym zboczem. Wydaje się, że wczorajsze wyrzuty odniosły sukces. Pogoda jest lepsza i jest sucho. Po półtoragodzinnej wspinaczce z rowerami na plecach docieramy do płaskowyżu pod samym prawie szczytem. Zjeżdżając długą ścieżką po płaskich skalnych stopniach, musimy się skoncentrować. Nie może nas sprowokować i rozproszyć uwagi ani widok dzikiego morza, ani surowej, surrealistycznie pięknej, wyspiarskiej krainy.

W końcu ścieżka gubi się gdzieś pośród kamienistej stromej łąki. Znów mamy problem z wyborem właściwej linii. Przedzieramy się, częściowo pchając rowery, częściowo jadąc w dół. Podłoże jest wprawdzie suche, ale opony nie mogą się z nim jakoś dogadać. Mimo zdradliwej, owczej łąki czerpiemy przyjemność z, jak by nie było, jazdy.

 

Wyspy Owcze

Miasteczko malowniczo przytulone do fiordu. Klaksvík liczy sobie 5000 mieszkańców, jest centrum Wyspy Północnej oraz drugą co do wielkości miejscowością Wysp Owczych.

 

W poszukiwaniu turystycznych ścieżek

 

Następnego dnia przedostajemy się podwodnym tunelem do Klaksvík, drugiej pod względem wielkości miejscowości, a zarazem centrum wysypy północnej. W centrum informacyjnym próbujemy podpytać o szlaki turystyczne, a tym samym możliwe ścieżki trailowe, ale bez sukcesu. Ostatecznie decydujemy się podjechać samochodem do punktu widokowego wysoko ponad miastem. Niestety, nisko wiszące chmury zasłaniają widok na fiordy. Trudno. Nic na to nie poradzimy. Mamy czas, żeby pograć w karty.

 

Wyspy Owcze

 

Rankiem rzęsisty deszcz dudni w tropik naszego namiotu, a wiatr szarpie odciągami. Ale nie, nie ma takiej siły, która kazałaby nam zostać. Nie zniesiemy jeszcze jednego dnia bezczynności. Naciągamy mocniej kaptury na głowy i decydujemy się na trekking. Bijący po twarzach wiatr nie wróży zmiany pogody. A jednak! Po 30 minutach niebo rozsuwa się niczym kurtyna, ukazując naszym oczom spektakularny widok. W dole miejscowość wtulona w zielone łąki z jednej strony, z drugiej w ciemnoniebieski fiord. Ze wzburzonego oceanu wyłaniają się kolejno malutkie wysepki. Skoncentrowani na podziwianiu obezwładniającego spektaklu przyrody porzuciliśmy, nie wiedząc nawet kiedy, poszukiwanie naszych trailowych ścieżek. Koniec końców rower to nie jedyna możliwość odkrywania regionu.

 

Worek miejsc niezbadanych

 

Niestety czas na Färöer nieubłaganie ucieka. Musimy zrezygnować z odwiedzenia różnorodnych wysp na południu. Można się tam dostać tyko helikopterem lub promem. Przed nami jeszcze tyle terenów do zbadania. Na zachodnim krańcu wyspy Vágar leży osiemnastoosobowa wioska Gásadalur. Do roku 2004, w którym ukończono tunel drogowy, do osady można się było dostać tylko helikopterem albo decydując się na forsowną pieszą wędrówkę. Przez długi czas miejsce to uchodziło za najbardziej odizolowaną część Europy. Zaraz przy przysiółku znajduje się wodospad Muláfossur, który widowiskowo wpada do małej zatoki Atlantyku. Wodospad jest chyba najczęściej fotografowanym motywem archipelagu Färöer. Prawdziwy instagramowy hotspot. Chcieliśmy przed powrotem zaliczyć tę fotogeniczną miejscówkę. W końcu pojawiła się też okazja, żeby ponownie wsiąść na rowery.

 

Ściana niewolników

 

Przez około 3 kilometry jedziemy szeroką drogą wzdłuż największego na Wyspach Jeziora Leitisvatn. W nieustannych podjazdach i zjazdach towarzyszy nam mżawka. Aż wreszcie docieramy do spektakularnego klifu zwieńczonego z jednej strony stromą ścianą spadającą wprost do morza, a z drugiej miękko przechodzącego w wody jeziora. Chmury wiszą zaledwie kilka metrów nad naszymi głowami.

 

Wyspy Owcze

Klif Trælanípa, zwany także Ścianą Niewolników, znajduje się na południowym wybrzeżu wyspy Vágar i opada 148 metrów wprost do wód Atlantyku. Gdy znikną niskie chmury, widok jest oszałamiający.

 

Co widzi kolarz górski, patrząc pod nogi? Kolejną ścieżkę, której nie da się pokonać bez pchania roweru. Lepki grunt nie grzeszy przyczepnością. A jednak jazda skrajem zielonego klifu zawieszonego 150 metrów nad morzem to odurzające uczucie. Wrzaski mew zakłócają cykanie tylnej piasty. Tej kakofonii dźwięków wtórują piski mokrych tarcz hamulcowych. Takie drobne rzeczy oraz surowy, baśniowy krajobraz, ocean, zimno i chimeryczna pogoda sprawiają, że ogarnia nas intensywne uczucie pulsującego życia.

Przyjechaliśmy po przygodę. Przemokliśmy do suchej nitki, zmagaliśmy się z przeciwnościami losu, błądziliśmy, ześlizgiwaliśmy się z rowerami na plecach, przepychaliśmy je przez ostępy. Co jednak dużo ważniejsze, odkryliśmy nieznaną nam dotąd, fascynującą krainę, która pozostawiła po sobie oszałamiające wrażenia.

 

Wyspy Owcze

Pochodzenie staronordyckiej nazwy Färöer (Wyspy Owcze) ujawniło się, i to dosłownie.

Informacje

 

Wyspy Owcze składają się z 18 wysp różnej wielkości i leżą między Islandią, Norwegią a Szkocją na Oceanie Północnoatlantyckim. Mają autonomię, ale formalnie należą do Danii.

Dojazd
Promem kursującym z Danii (Smyril Line) albo samolotem na Wyspę Vágar.

Poruszanie się na miejscu
Warto wynająć samochód lub podróżować swoim. Te stosunkowo krótkie dystanse można zasadniczo pokonywać także rowerem. W takim przypadku należy jednak dysponować większą ilością wolnego czasu. Na wiele wysp można dostać się wyłącznie promem albo helikopterem (Atlantic Airways). Koniecznie należy zapoznać się z warunkami oraz czasem odlotów. Transport rowerów jest możliwy, ale odbywa się za dodatkową opłatą.

 

Wyspy Owcze mapa

 

Wyposażenie
Nie wolno zapomnieć o ciepłych, wiatro- i wodoodpornych rzeczach. Trailowy full o skoku 120–140 mm w zupełności wystarczy. Opłaca się założyć opony, które sprawdzą się w błocie.

Orientacja w terenie
Klasyczne mapy turystyczne dostaniecie na miejscu. Poza tym dostępne są też mapy cyfrowe OSM na smartfony i urządzenia GPS. Pomocny okazał się także Google Earth.

Informacje:
visitfaroeislands.com
atlanticairways.com/en/helicopter
smyrilline.com

 

Przeczytaj również:

 

Zgrany duet - Mieszany test opon do maratonu

Sukces zaczyna się w głowie - maraton w świecie amatorów

Martyna Puda - nie zrażam się i jadę dalej!

Nowości - rowery na sezon 2020

Komentarze do artykułu