Góra Św. Anny. Góra, która zatrzymuje chmury

Na Górę Świętej Anny, zwaną potocznie Anką, jeździ się z Gliwic, Katowic, Rybnika… Zwykle na szosówkach. To taka typowa niedzielna wycieczka, dojechać do wzgórza, wdrapać się wijącą łagodnie drogą na szczyt, napić coli i wrócić do domu. Ktokolwiek startował w Bike Maratonie w Zdzieszowicach, wie, że Anka to raj MTB. Na górala jednak mało kto wybiera się tam poza tą jedyną w roku okazją. A warto!



WZGÓRZE O HONORACH GÓRY

 

Góra Świętej Anny nie jest tak naprawdę górą, to niewysokie, rozległe i bardzo stare wzgórze. Wznosi się na wysokość 408 metrów nad poziomem morza. Jej wapienny masyw jak zamek błyskawiczny przecina autostrada A4. Zawsze była dla mnie punktem orientacyjnym w podróżach z Górnego na Dolny Śląsk. Podjazd, na którym słabsze samochody żyłują swoje silniki, i zjazd, na którym zdarza mi się wcisnąć pedał hamulca. Można ją minąć bez emocji, można ją zignorować, w końcu na południu majaczą często znacznie bardziej imponujące góry. A można, tak jak ja, czuć w niej jakąś świętość, ale nie taką kościelną (na szczycie istotnie znajduje się sanktuarium), tylko świętość przyrody, prastarej planety, której trwałość jest poza ludzką kontrolą. Anka mówi: „nazywam się Ziemia i przetrwam was!”.

 

 

Góra Św. Anny

 

 

GÓRA, KTÓRA ZATRZYMUJE CHMURY

 

Zerodowana, wypłaszczona przez czas, nie mówi otwarcie, że jest wulkanem. A tak naprawdę jest zboczem zapadniętej kaldery. Wapienne skały przywodzą na myśl Jurę. Kilkanaście kilometrów dalej pracuje cementownia Górażdże, a w okolicy, w Zdzieszowicach, Gogolinie (tam, gdzie poszła Karolinka) i na samej Górze spotkać można stare piece do wypalania wapna. Gdyby nie maraton w Zdzieszowicach, nigdy nie dowiedziałabym się, jak czarowne jest to miejsce. Porośnięte bukowym lasem zbocza, które kryją sieć szlaków i ścieżek. Nazywamy ją górą, która zatrzymuje chmury. Czasem z jednej strony szaleją żywioły, z drugiej słońce strzela laserami spomiędzy chmur, z jednej strony śnieg, z drugiej wiosna. Jest coś dziwnego w tym, jak Góra rozdziela niebo. Jest tylko małym wałem skał i ziemi, a zachowuje się jak potężny łańcuch górski. Okazuje się, że Góra kryje jeszcze inne niespodzianki.

 

 

Z DALA OD AUTOSTRADY

 

Wymyśliliśmy, że pojedziemy właśnie tam. Prognozy na południu Polski były niepewne, im bliżej gór, tym więcej deszczu pokazywały wykresy. Jak zmokniemy, przynajmniej będzie blisko do domu. Bez względu na to, z której strony przyjedziecie, na Górze po każdej ze stron autostrady znajduje się duży parking przy stacji benzynowej. Jedziemy z Wrocławia i parkujemy od południa. Parking jest ogrodzony, ale rowerem czy pieszo bez problemu wychodzi się z niego przez furtkę. Od rana pogoda się trzyma, nie jest upalnie, ale nie pada. Wyjeżdżamy w kierunku południowym, chcąc oddalić się od autostrady i od razu wpadamy w las.

 

 

Góra Św. Anny

 

 

Jedziemy na dwóch Orbeach OCCAM TR M20PLUS 19 (29”, 130 mm skoku przód, 120 mm skoku tył) i OCCAM AM M10 19 (27”, 150 mm skoku). Planujemy się zamieniać, by móc indywidualnie ocenić różnice między nimi. Nigdy nie siedziałam na Orbei. Żadnej! Nigdy nie przyglądałam się żadnej z bliska i te dwie trochę zbiły mnie z tropu. Mamy najtańsze wersje obu modeli i obie są bardzo lekkie. Detale ramy, malowanie, wszystko jest dopracowane, dopieszczone, schludne. Zachwyciły mnie te rowery! Teraz chcę wiedzieć, jak jeżdżą.

 

 

AMFITEATR

 

Odnajdujemy ścieżkę, którą pamiętaliśmy z Bike Maratonu. Dojeżdżamy nią na skraj bezlistnego jeszcze lasu i mamy go! Przed nami w dole otwarł się kamienny amfiteatr. To budowla, która trochę onieśmiela. Wybudowany przez Niemców w nieczynnym kamieniołomie, wraz z imponującym mauzoleum na szczycie skalnej skarpy, miał upamiętniać Niemców poległych w III powstaniu śląskim. Jest monumentalny, jego pełną pojemność szacowano na 50 tysięcy ludzi, z czego 7 tysięcy mogło wygodnie usiąść na kamiennych stopniach (koniecznie podkładając coś pod siedzenie). Jedziemy koroną amfiteatru i nie możemy go historycznie zdefiniować. Kojarzy nam się ewidentnie z berlińskim stadionem olimpijskim, jest trochę rzymski. Myli nas budowla na szczycie skarpy, która powstała już po wojnie, w latach pięćdziesiątych, w celach propagandowych. Miała mówić o polskości Śląska, zdobią ją więc socrealistyczne kariatydy przedstawiające powstańców, robotników, matki z dziećmi, uczniów, żniwiarzy i, jakże by inaczej, czerwonoarmistów. My dopatrzyliśmy się nawet kaczki oraz faceta w goglach.

 

 

Góra Św. Anny

 

 

PRZYBYLI – ZDOBYLI

 

Amfiteatr zdobył nas, a my jego! Orbea na 29‑calowych kołach stanowczo lepiej poradziła sobie z jazdą po schodach, zarówno w górę jak i w dół, po prostu większe koło mniej się zapadało i jazda nie wymagała takiego zaangażowania jak na 27”. Wbrew pozorom na żadnym z rowerów nie było to ani łatwe, ani szczególnie przyjemne. Z korony amfiteatru do sceny jest naprawdę sporo schodów!

Pionowe ściany kamieniołomu odkrywają wapienne skały. Nie trzeba długo szukać, by w gruzie u podnóża skarpy odnaleźć skamieniałe muszle. Nie są to amonity, jak często zdarza się w Jurze Krakowsko‑częstochowskiej, bardziej jakieś małżopodobne muszelki. Kręcimy się po amfiteatrze, robimy zdjęcia i w końcu postanawiamy wspiąć się pod socrealistyczną budowlę na szczycie. Wiedzie do niej okrężna droga wiodąca wzdłuż wąwozu, która potem gwałtownie odbija w bok, pod górę. Bardzo stromy podjazd zrzucił mnie z roweru, więc funduję sobie parę metrów wypychu. Okolica jest świetna, ścieżka wąska z paroma korzeniami. Jest sucho, więc nie ma mowy, by było ślisko, jednak z boku otwiera się niemała ekspozycja. U góry małe zaskoczenie. Szczyt jest placem o kamiennej posadzce, a budowla, z bliska, z socrealistycznej zmienia się w surrealistyczną, jest naprawdę spora i suto „zdobiona” (kaczki, faceci w googlach i sierpy z młotami w wieloklasowym towarzystwie przedstawicieli różnorodnych profesji). Z ręką na sercu, nie uważam, by była kiczem! Absolutnie godnie reprezentuje ducha epoki, w której powstała. Idealne miejsce na kawę z amerykańskiego termosu!

 

 

Góra Św. Anny

 

 

DOTRZEĆ DO URWISKA

 

Jedziemy dalej. Zjeżdżamy ze skarpy tą samą wąską ścieżką i kierujemy się w stronę szczytu Góry Świętej Anny, czyli miejscowości o tej samej nazwie. Wpadamy na asfaltową drogę prowadzącą na szczyt. Jest tak dobra widoczność, że można wskazywać poszczególne zakłady przemysłowe na Śląsku. Nie dojeżdżamy do samego szczytu, paręset metrów dalej zatrzymuje nas rezerwat geologiczny. Pakujemy się z rowerami na wysypane żwirkiem ścieżki i czytamy tablice informacyjne, na przykład o aktywnym 27 milionów lat temu wulkanie, wyrzucającym tu z siebie potoki lawy.

Odbijamy znów w las, znów mijamy kamieniołom z amfiteatrem i kierujemy się dalej dnem wąwozu w stronę parkingu, skąd zaczęliśmy naszą jazdę. Poruszamy się na razie w promieniu nie większym niż trzy kilometry i gdy docieramy do ogrodzenia parkingu, odbijamy na zachód. Jedziemy wzdłuż autostrady, uroczą ścieżką, przy której rosną gigantyczne buki. Zamieniamy się rowerami i w końcu mogę poczuć, co znaczy 29 cali. Akurat Orbea nie ma w sobie ani krzty mułowatości. Tutaj 29 cali nie czyni ją trudniejszą do manewrowania, a na pewno ułatwia jazdę po usłanej korzeniami ścieżce. Rower łyka wszystko. Przejeżdżamy kładką dla zwierząt przez autostradę i jesteśmy w miejscu, które było moim sekretnym marzeniem.

 

 

PUNKT OBSERWACJI ŚWIATA W ODDALI

 

Gdy wjeżdża się autostradą na Ankę od strony Wrocławia, po lewej stronie między drzewami widać skalisty grzbiet, zakończony wapiennymi skałami i stromym urwiskiem. Marzyłam, żeby zaszyć się tam i obserwować z góry drogę, jedząc kanapki z pomidorem i pijąc colę z bidonu, zresztą menu nie miało grać zbyt ważnej roli. Ważna była okolica. To miejsce po prostu zawsze wydawało mi się niezwykle piękne! Nie było łatwo się tam dostać. Przejechaliśmy polem pełnym agresywnych patyków, przedarliśmy się przez młode buczyny, trochę przepchaliśmy rowery przez najgorsze fragmenty i w końcu dotarliśmy do urwiska. Naprawdę było pięknie. W dole sunęły samochody, ludzie w nich słuchali sobie radia, popijali kawę z Orlenu, kłócili się, milczeli, a my siedzieliśmy schowani w lesie, przy wapiennych skałach i cieszyliśmy się ze znalezionych w mchu przebiśniegów i kilku fioletowych przylaszczek. Mieliśmy swoje zupełnie inne problemy. Na ich czele plasował się ten – „jak stąd zejść?”

 

 

Góra Św. Anny

 

 

IKAR

 

Stanowczo nie było szans na zjazd. Trochę za dużo patyków, jeżyn, ukrytych w trawie pieńków i dziur. Zeszliśmy pieszo do widniejącej w dole szutrówki i znów uderzyliśmy nią na zachód. Mogłabym oddać już dwudziestkędziewiątkę, ale jechało mi się tak dobrze, że nie chciałam się zamieniać. Wyjechaliśmy z lasu i poruszaliśmy się jego skrajem. Znów zaczęliśmy rozpoznawać maratonową trasę sprzed kilku lat. Dojechaliśmy aż do wioski Ligota Dolna (urocza opolska zabudowa, duże zadbane domostwa) i mieliśmy znów widok na Górę. Rozpoczęliśmy powrót usłaną wapiennymi kamieniami drogą w stronę dziwnej wieży na skraju zbocza. Zignorowaliśmy tablicę o prywatnym terenie i podjechaliśmy pod samą budowlę. Wapiennik podobny do innych w okolicy nie wzbudziłby naszego zainteresowania, gdyby nie przedziwna płaskorzeźba widniejąca na frontowej ścianie. Postać z rękami rozpostartymi na boki z daleka przypominała dzieło sakralnego artysty. Jednak ramiona postaci nie spoczywały na krzyżu, mężczyzna miał skrzydła. „To Ikar!” – krzyknął Grzegorz. Istotnie, płaskorzeźba Ikara powstała tu, by upamiętnić tragiczną śmierć niemieckiego pilota, który podczas ćwiczebnego lotu rozbił się o wapiennik. To pamiątka po nieistniejącym już lotnisku, na którym ćwiczyli kadeci wojsk lotniczych. Ikar to ich symbol.

Od wapiennika poruszamy się ścieżką wiodącą przez trawiaste łąki, brzegi, których porośnięte są kłującą tarniną. Roślinność nadaje okolicy trochę śródziemnomorski charakter, trawy i gęste zarośla przypominają hiszpańskie góry Sierra Nevada.

To miejsce stanowczo wygląda nieco egzotycznie. Znajdujemy się w Rezerwacie przyrody Ligota Dolna. Znów pojawiają się wapienne skałki, a my siadamy na ostatni łyk kawy i batonika. Znów z widokiem na A4, słoneczne lasery i widniejące w dali Jeseniki i Sudety. Zza Góry Świętej Anny wyłaniają się Zdzieszowice.

 

 

Góra Św. Anny

 

 

PODJAZD

 

Na koniec zostawiliśmy sobie najgorsze, czyli podjeżdżanie. Jakoś tak się złożyło, że powrót zafundowaliśmy sobie mozolny. Najpierw przejazd szczytem pierwszego ze wzniesień Góry, szybki zjazd do szutrówki i wspinaczka ku szczytowi (lokalnemu szczytowi, gdyż główny szczyt zostawiliśmy po drugiej stronie autostrady). Wracam na „moją” Orbeę i znów przekonuję się, że 29” stanowczo się producentowi udała. 27‑calowe koła znacznie gorzej wybierają nierówności, a większy skok wcale nie pomaga mi przy podjeżdżaniu. Mało było dziś okazji na przetestowanie rowerów na trudnych technicznie elementach, na Górze Świętej Anny wielu takich nie ma. Trasy, jeśli w ogóle po zimowych sztormach przejezdne, są raczej łatwe, choć wymagają trochę umiejętności, zwłaszcza wieszania się na kierownicy podczas podjazdów, bo te potrafią być chwilami bardzo strome. Na koniec spotykamy kolejny wapiennik (lub kamienny wiatrak bez skrzydeł i dachu) i kolejną kładką z widokiem na sanktuarium wracamy pod auto. Nie przejechaliśmy wielu kilometrów, ale spędziliśmy pół dnia w okolicy tak nasyconej „atrakcjami”, że starczyłoby ich na tydzień. Dwa różne rowery okazały się w gruncie rzeczy podobne, choć oboje wybralibyśmy dziewiątkę. Akurat w takim terenie dziewiątka stanowczo mniej nas męczyła!

Odwiedźcie Ankę, magia tego starego wulkanu na pewno was porwie. I koniecznie zapiszcie się na kolejne Zdzieszowice!

 

 

Przeczytaj również:

 

Miara mocy hamowania - test hamulców hydraulicznych

Bike Maraton Hero

Zipp 3zero moto - pierwsza jazda

Hope HB.130 - pierwsza jazda

 

 

Komentarze do artykułu