JEDEN DO WSZYSTKIEGO – MŚ Singlespeedów

Na Mistrzostwach Świata Singlespeedów w Bend w USA wszystkie zasady przestają się liczyć. Jest właściwie tylko jedna – medale zwycięzców są tatuowane. Jakie to uczucie przejechać maraton na tylko jednym biegu? Nasz reporter nadal jest w szoku.



Balanga bez znamion ścigania

 

Do wczoraj jeszcze wszystko wyglądało jak niekończąca się impreza. Od kilku dni roześmiane tłumy pedałowały przez Bend, niepozorną mieścinę w amerykańskim stanie Oregon, która swoją ponadregionalną sławę zawdzięcza temu, że ma najgęstszą w kraju sieć knajp przypadających na mieszkańca. Co dla znawców sceny jednobiegowej było dobrą prognozą w perspektywie rozegrania tu corocznych mistrzostw. Goście zjechali się ze wszystkich stron świata. Japonia, Słowenia, Filipiny. Zaplątał się nawet Tasmańczyk.

 

MS Singlespeed

 

Jak z grubsza oszacowano, po okolicy kręciło się ich ośmiuset. Kolorowa, krzykliwa parada typów, różniąca się od typowych użytkowników rowerów charakterystycznym zachowaniem. Poruszająca się grupami i w karnawałowych upodobaniach, cały czas jeżdżąca na rowerach pozbawionych biegów, co zapewniało minimalną ilość kwasu mlekowego w mięśniach. Gdy tylko słońce zaszło, przed najbliższym pubem rowery rzucano na stos – symbol rodzinnej wspólnoty. Następnie pito piwo. Ale nie jak normalsi, lecz jak gwiazdy rocka. Idealny moment dla Jacquie Phelan (63), wielokrotnej mistrzyni USA w latach osiemdziesiątych i legendy MTB, która straszyła ich penisem z materiału, wskazującym w niebo, gdy tylko rowerową spódniczkę zadzierała do góry.

 

MS Singlespeed

 

Dziwne. Stanąłem na starcie mistrzostw świata, a brak szmacianego penisa zaniepokoił mnie i sprawił, że zaczęła siadać psychika. Każdego poprzedniego dnia Jacquie miała na sobie spódniczkę. Dziś, w dzień wyścigu, ubrała się w lajkrę. Sprawiło to, że czułem się nerwowo. Jacquie znała wszystkie sekrety mistrzostw jednobiegowców, niemal każdego roku była na starcie.  Wiedziała coś, o czym ja nie wiedziałem? Czyżby był to prawdziwy wyścig? A jeśli tak, dlaczego obok mnie stoi Sponge Bob, a po drugiej stronie Elvis? Jest tuż przed dziesiątą, parking palarni kawy Thump jest pełen po brzegi.

 

MS Singlespeed

 

UCI? Nie znam typa.

 

Wszyscy gadają. Miejsce startu zostało ujawnione na FB dopiero wczoraj. Nikt nie wie, w którą stronę pojedziemy. Nikt wcześniej nie widział trasy, nie wspominając o jej przejechaniu. Co do długości wyścigu i liczby podjazdów krążą tylko pogłoski. Plotkuje się, że specjalnie pod imprezę zbudowano super ścieżkę (na prywatnym terenie). Tradycyjnie na mistrzostwach świata singlespeedów jest tylko jedna reguła – zwycięzca dostaje medal w postaci tatuażu. Pozostałe nie istnieją.

 

MS Singlespeed

 

W czasie upojnej imprezy przed startem poprzedniego wieczoru bez przerwy typowano miejsce rozegrania następnych mistrzostw, dopingując się piwem i bezsensownymi konkursami. Każdy uczestnik sam wybiera taktykę na wyścig. Nie do końca wiadomo, co się wydarzy. Nawet joint w blokach startowych potwierdza, że nie trzeba się specjalnie martwić o trasę. I tak wszystko nie do końca zgadza się z wytycznymi UCI. Niemal wszyscy noszą dziwaczne, nie do końca pasujące do aktywności sportowej stroje. Ktoś zamknął się w kostiumie Bigfoota, który z racji przykrycia całego ciała i dużej zawartości tworzyw sztucznych powinien skutecznie odcinać od świata zewnętrznego.

 

MS Singlespeed

 

Inna uczestniczka błyszczącym, jednoczęściowym strojem umiejętnie przekracza granicę między ubraniem i jego brakiem, wyglądając niczym ulana ze złota. Każdy zdaje ię starać, by w najmniejszy sposób nie zdradzić, że się niepokoi albo ma ambicje. Nieprawdopodobna scena. Przypadkowy przechodzień byłby zapewne zdziwiony. Mistrzostwa Singlespeedów to inny świat, pełen zagadek, hermetyczny. Nie wiadomo nawet, jak go opisać.

 

MS Singlespeed

 

Nagle słychać warczenie silnika. Podniecenie, wpinamy się w pedały. „Have fun!” – woła szef wyścigu, dryblas David Marchi. W końcu ruszamy.

 

MS Singlespeed

 

Start

 

Tempo jest nieoczekiwanie żwawe. To dopiero dojazdówka, a moje przeczucia związane z Jacquin już  zdają się potwierdzać. Nadciąga chwila prawdy. Na naszej trasie wyrastają pagórki. W dodatku kostiumy tych, którzy są przed nami, nie są w stanie zamaskować ich brutalnej siły mięśni. Maratonowy twardziel Payson McElveen (25 lat) zgolił brodę, ale widać, że ma ochotę na atak. Na  jego  tylnym  kole wisi wytrenowany były profi Carl Decker (43 lata), który w 2008 roku wygrał wyścig, startując w stroju Borata. A do tego niemal pozbawiona tłuszczu zawodniczka XC Rachel Lloyd (44 lata) pedałuje rytmicznie w kierunku ostrego startu w efektownym stroju superbohaterki, włącznie z peleryną. „Hey, where are you from?” – zagaduje mnie, mijając. „I’m the German National Team” – krzyczę. Mój towarzysz się uśmiecha. Rzeczywiście, jestem jedynym Niemcem na starcie. Jednoosobowa drużyna, o której nic nie wie trener narodowy.

 

MS Singlespeed

 

Zaledwie pojazd prowadzący zjeżdża z trasy, a już wszyscy startują jak do pożaru. Kadencja przynajmniej 150. Jest jeszcze płasko. Mój kciuk pstryka odruchowo. Ale tam, gdzie zwykle jest dźwignia, czeka tylko suche, zakurzone powietrze.  Pedałuję z typowym przełożeniem 2:1, co odpowiada 32:16. Większość kręci szybciej, mają lżejsze przełożenie. Być może przypuszczali, że dumne szczyty otaczające Bend nie pozostaną niezdobyte. To wielka sztuka wybrać właściwe przełożenie przy jeździe na jednym biegu. Nawet najlepsze jest zaledwie kompromisem. Jazda na singlu to jakby minimum egzystencji MTB. Zwraca uwagę na to, co istotne, na pedałowanie. Szczęście osiągane prostymi metodami. Tak, jak robili Gary Fisher i spółka, którzy w latach 70. wywołali bum swoimi Klunkerami.

 

MS Singlespeed

 

Pierwszy bufet zaprasza do przyjemnego spędzania czasu. Abstrakcyjna sceneria, ponieważ meble stoją pośrodku niczego...

 

Czysta jazda

 

Jazda na singlespeedzie w pewien sposób jest czysta. Człowiek kontra góra. Pojedynek, który za sprawą postępu technicznego przez lata został „rozwodniony”, a dziś nawet zneutralizowany silnikami. Być może największym problem branży rowerowej jest zagubienie w liczbie możliwości. Taka myśl przemyka mi przez głowę. I wtedy przed przednim kołem droga zaczyna się wznosić. Szutrowy olbrzym. Pojedynek się zaczyna. Człowiek kontra góra. Nierozwodniony, nieunikniony. Kwas mlekowy zamiera na chwilę w oczekiwaniu na zmianę biegu. Potem w nogach pojawia się ból, jakby ktoś strzelił mi z dwururki w uda.  Puls reaguje histerycznie. To podjazd z typu jadowitych. Głęboki szuter, mało zakrętów. Ciężko dysząc, przebijam się do przodu, wstaję w pedałach, próbuję utrzymać resztki prędkości.

 

MS Singlespeed

 

Kadencja 20? To możliwe? Czy to jeszcze jazda czy już próba stójki? Przez dłuższą chwilę góra wydaje się nie do zdobycia. Dzięki Bogu krótkie wypłaszczenie stabilizuje tempo i tętno. To już jasne, że chęć obrotu korby tylko siłą woli z biegiem czasu będzie musiała zakończyć się niepowodzeniem. Gdy tylko pedały odbijają zbyt mocno, trzeba zeskoczyć. Rozpędzenie taczki, skok i znowu jazda.

 

MS Singlespeed

 

Singlespeed to intensywny sport. Jeśli idzie dobrze, człowiek rozkoszuje się chwilą. Gdy idzie źle, wszystko przeszkadza – dystans, podjazdy, szuter. Ale jeszcze jest nieźle. Pot wydostaje się wszystkimi porami. Słyszę, jak ktoś mówi, że słyszał, że ktoś inny powiedział, że ktoś przeczytał, że trasa liczy 65 km i 1400 metrów podjazdów.

 

MS Singlespeed

 

Słodki smak lat pionierskich

 

Biedak w kostiumie Bigfoota, pomyślałem. O co chodzi? Setki ludzi w kostiumach jadące maraton bez zmiany biegów, a na mecie nie ma nawet listy wyników!  Niemal wszyscy mają numer 69.  Podczas gdy jedni celebrują ślimacze tempo, inni cisną ile sił do mety. Tatuaż zwycięzcy to upragnione trofeum. O co więc chodzi? O przyjemność? Jasne. Jazdę z naciskiem na ból mięśni? To także. A jednak i o coś więcej. To ruch przeciwstawny do profesjonalnego ścigania i jego wszystkich godnych pożałowania skutków ubocznych. Ruch amatorów, którzy wiedzą, co czyni kolarstwo górskie tak szczególnym - przeżycie, przyjemność, bycie na zewnątrz.

 

MS Singlespeed

 

MS Singlespeedów chcą utrzymać słodki smak lat pionierskich. Dlatego piwo, dlatego przebrania, stąd i zakaz zmiany biegów. Po to, by naprawdę każdy to pojął. Pierwsze mistrzostwa w 1995 zostały rozegrane pod hasłem W.H.I.R.L.E.D – „Wasted Hairy Insanely Retro League of Enlightened Degeneration” – „bezsensowna, owłosiona retro liga oświeconych degeneratów”!

 

MS Singlespeed

 

Jest chwila po 13.00, gdy zupełnie wyczerpany osiągam metę. Ktoś wciska mi w dłoń butelkę z piwem, po chwili kulę się na trawie. To sygnał dla hormonów szczęścia. Ogarnia mnie fala euforii, godna absolutnie idealnego momentu. Obok przejeżdża ktoś z dumnie sterczącym penisem na głowie. Nie dziwię się ani trochę. To prawdopodobnie upojenie.

 

 

MISTRZOSTWA ŚWIATA JEDNOBIEGOWCÓW   

FILOZOFIA – pierwsze mistrzostwa singlespeedów zostały rozegrane w 1995 w kalifornijskim Big Bear Lake jako przeciwwaga dla profesjonalnego ścigania, które wówczas coraz mocniej ulegało wpływom komercji. Od tego czasu Singlespeed World Championships (SSWC) rozgrywane są corocznie w różnych miejscach. Jedyna zasada – zwycięzcy tatuuje się medal. Kto go nie chce, jest dyskwalifikowany. W SSWC w Bend USA wygrali Payson McElveen i Rachel Lloyd.

Dowiedz się więcej na: singlespeedworldchampionship.com

 

Przeczytaj również:

 

Żar torpików - Beskid elektryczny

Dla pewności - Dirk Zedler

Propozycja na wakacje - Massa Marittima

Komentarze do artykułu