Bike park Malino-Brdo Ruzomberok

Ekipa wydaje się być wyjątkowa. Już rano na parkingu, podczas wyładowywania rowerów, wiadomo, że to będzie szczególny dzień. Nie ma chyba nikogo, kto nie zwróciłby uwagi na grupę roześmianych dziewczyn próbujących ogarnąć i przygotować swoje sprzęty do jazdy.



Marta nigdy nie nosi dwóch takich samych skarpetek. Zestaw na dziś to paski, kratka i Mickey Mouse. Chyba stąd wzięła się ksywa Mysza. A Mysza na rowerze robi cuda. Nie ma ścianki, której by nie ogarnęła. Mówi, że nie lubi szybko, a woli rozkminy. Dziwne, bo na każdym zjeździe znika mi w okamgnieniu.


Dwa długie Majkowe warkocze zna chyba każdy. Maja, dziewczę typowo słowiańskiej urody. Te jej warkocze są tak długie, że zastanawiam się, czy kiedyś czasem nie wkręcą się jej w korbę przy szybkim zjeździe. Mówi, że podobno pilnuje ich długości i wszystko jest pod kontrolą. Rower też ma pod całkiem niezłą kontrolą. Właśnie daje tego przykład… Sekcja szybkich zakrętów, wymagający, czujny trawers, rock garden i ostatnia prosta. Razem z Myszą zjeżdżają na parking, gdzie w przyjemnych podcieniach "tetrójki" (Volkswagen T3) już chillaoutuje reszta ekipy.

 

 

 

 

 

 

 

KOMPANIA


Śmiechy, chichy, ogólne zamieszanie, harmider. Ale o to właśnie chodziło. Jak z Majkowymi warkoczami, wszystko pod kontrolą. Korzystając z tak zwanego off sezonu, gdy nie ma już zawodów, wyjazdów, wakacji, czy czego tam jeszcze, wreszcie udało się spotkać. Dziesięć babek, dziesięć rowerów, jeden wyciąg, wysokie góry i słoneczny jesienny dzień. To musiało być dobre. Teraz po kilku rundach góra‑dół przyszedł czas na chwilę odpoczynku i babskie ploty. Tematy oczywiście też typowo babskie. Najaktywniejsza jest jak zwykle Agnieszka. Zresztą Aga zawsze robi wokół siebie dużo szumu. Potrafi rozkręcić każdą imprezę, przy niej nie ma problemu z tematami do rozmów. Zawsze uśmiechnięta i pełna energii. Jest całkiem prawdopodobne, że to ona zapoczątkowała w Polsce modę na kolorową enduro stylówę. Barwy, jakie ze sobą zestawia, sprawiają, że nie można przejść (przejechać) obok niej obojętnie, a fotografowie zwyczajnie ją uwielbiają. Teraz pilnie instruuje nas, jak zastosować wynalezione ostatnio przez nią w drogerii masło do ciała.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


LICZY SIĘ JAZDA


Po niezliczonej ilości wypowiedzianych słów, dzięki skutecznym namowom Natalii, wreszcie udaje nam się zebrać. Natala twardo stąpa po ziemi, lubi konkrety. Jak sama mówi, w końcu nie przyjechała tu plotkować, ale jeździć. To prawda, żal byłoby nie wykorzystać miejsca, w którym jesteśmy, i przegadać cały dzień. Poza tym pogadać można też w kolejce do wyciągu.

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdy ładujemy się do wagoników, obsługa wyciągu, jak i pozostali jeżdżący w bike parku w ten dzień bikerzy, są wyraźnie zainteresowani. Kto by się nie dziwił? Kobiety zazwyczaj stanowią dodatek do męskiego rowerowego świata. Dziś jest inaczej! Girls only. Fajnie jeździć z facetami, ale czasem fajnie jest od nich odetchnąć. Dziś oddychamy pełną piersią.
Polana przy górnej stacji wyciągu kusi, by znów zmarnować na niej kilka chwil. Po dokonaniu ostatnich poprawek w garderobie i oszpejowaniu, wspólną decyzją, choć raczej trochę zarządzeniem Ani, której przywódcze umiejętności dziś bardzo się przydają, ruszamy na ścieżkę. Blizzard to klasyczne enduro w wersji średnio zaawansowanej. Korzenie, skosy, trawersy, trochę kamieni. Jest przyjemnie, ale trzeba być czujnym. Ta trasa wszystkim nam chyba najbardziej przypadła do gustu. Jadę za Syską, staram się dotrzymać jej tempa. Już dobrze znam swoje miejsce w szeregu. Po kilku zjazdach szybko wyklarowało się, kto ma za kim jechać, by nie przeszkadzać sobie wzajemnie. Ania i Sylwia to dziewczyny, które na zawodach zawsze zajmują czołowe lokaty. Są dobre i szybkie. W ich przypadku widać, że talent, trening oraz odpowiednie miejsce zamieszkania dają efekty. Fajnie jest móc utrzymać się im na kole, podpatrzeć, jak radzą sobie przy kolejnych trudnościach.

 

 

 

 

MĘSKA POTRZEBA…


W przerwie między jedną sekcją a drugą dojeżdżają do nas jakieś chłopaki. Hmm, już wiemy, że nie dadzą rady nam odpuścić. Ego jest chyba silniejsze. Czekamy na Kinkę i Maję, więc zachęcamy ich, by pognali ścieżką, bo my potem nie chcemy ich blokować. Oczywiście nie dają za wygraną i postanawiają czekać z nami. Nie wiem, skąd to parcie, męska potrzeba pokazania się, udowodnienia czegoś? Tylko czego? Gdy dziewczyny dojeżdżają, chłopaki dalej czekają nie wiadomo na co. Po chwili odsapnięcia, gdy ruszamy, oczywiście dzieje się nie inaczej, niż myślałyśmy. Od razu ruszają za nami dzielni panowie. Nie muszę mówić, co następuje jakieś 30 sekund później. Po co psuć sobie, i co gorsza komuś, frajdę z jazdy niepotrzebnym wyprzedzaniem na wąskiej, singlowej, pokrytej korzeniami ścieżce? O to chyba trzeba zapytać panów… Na szczęście tego typu akcja wydarza się tego dnia tylko raz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

GÓRA – DÓŁ


Na kolejny zjazd wybieramy nieco trudniejszą ścieżkę. DH Intro brzmi wymagająco i okazuje się wymagająca. Każdej z nas poziom adrenaliny wyraźnie podskakuje. Zatrzymujemy się na chwilę na sekcji z zawodów EES. To fragment w sam raz dla Agi, ona lubi werty, stromizny i dla normalnego człowieka nieprzejezdne sekcje. Szybki ogląd sytuacji, wybór odpowiedniej linii i na naszych oczach, a właściwie za mrugnięciem oka, dziewczyna jest już na dole. My zbieramy szczęki z wilgotnej, zrytej oponami gleby.

Po wertowym zjeździe Agi robimy jeszcze kilka rund góra – dół. Pogoda dziś rozwala system, nastroje dopisują. Niestety, zabawę przerywa nam ostatni kurs wyciągu. Dzień minął wyjątkowo szybko. Jasne, ręce już bolą i skupienie nie takie jak na początku, ale wszystkie czujemy zdecydowany niedosyt. Wjeżdżamy więc ostatni raz do góry, by w świetle zachodzącego słońca zjechać jeszcze ulubionym Blizzardem. Gdy docieramy do parkingu, stoi tam już tylko kilka aut. To dobrze, bo tym razem nie musimy się przejmować ciekawskimi spojrzeniami gawiedzi.

 

Ostatnie wyzwanie na dzisiejszy dzień to sprawne zamontowanie rowerów na bagażnikach, by te po drodze nie odpadły. Udaje się. Kto, jak nie my? W końcu w kobietach siła! To był dzień pełny energii, babskiej energii, śmiechów, chichów, plotek, rozmów o wszystkim i o niczym.


PS Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

INFO Bike park Malino-Brdo Ruzomberok

 

BIKE PARK MALINO‑BRDO W RUZOMBEROKU to jeden z najlepszych bike parków na Słowacji. By do niego dojechać z Krakowa lub Katowic, potrzebujemy maksymalnie trzech godzin. Pewnie dlatego w wakacyjne weekendy na parkingu pod wyciągiem zobaczyć można sporo polskich tablic rejestracyjnych. Bliskość Wielkiej Fatry sprawia, że tereny te są atrakcyjne także dla rowerzystów, którzy wolą eksplorację, a nie tylko jazdę wspomaganą wyciągiem.


W Ruzomberoku do wyboru jest 10 zróżnicowanych pod względem trudności tras. Oznaczone są tradycyjnymi kolorami – niebieskim, czerwonym i czarnym. Wśród nich znajdują się dwa traile dla miłośników enduro. Na stronie www.bikepark.sk wszystkie ścieżki są bardzo dokładnie opisane.

Bike park Malino‑Brdo spodoba się zarówno osobie zaczynającej przygodę z rowerem, jak i zaawansowanym riderom. Na szczyt wyciągnie was ośmioosobowa kabina, która mieści spokojnie dwóch bikerów z dwoma rowerami. Obsługa jest pomocna i sympatyczna, a wagoniki dobrze przygotowane na ubłocone rowery. Koszt całodziennego karnetu w wysokim sezonie to 20 euro, jesienią i wiosną ceny są niższe. Można też kupić karnet na jeden lub trzy wjazdy.


Przy dolnej stacji znajduje się wypożyczalnia rowerów i sprzętu typu kaski, ochraniacze, zbroje. Można coś zjeść oraz napić się zimnych napojów izotonicznych. Nie ma problemu z noclegami, zaraz obok dużego parkingu znajduje się kompleks apartamentów, gdzie w przystępnych cenach dostaniecie pokój.

 

 

 

Artykuł został po raz pierwszy opublikowany w numerze 1-2/2018 Magazynu BIKE, wersja elektroniczna do kupienia TU

 

 

Komentarze do artykułu